Debiut prezydenta Karola Nawrockiego na arenie międzynarodowej był najwyższej marki. U prezydenta USA pojawił się polityk, który potrafił przedstawić jasno aspiracje swojego kraju i uzyskał zobowiązanie zabezpieczenia naszej obronności. Czy na ten obraz rzuca cień fakt, że Polska jest częścią kontynentu dryfującego w niebyt?
Sam sobie zarzucam, że ta świadomość psuje radość z efektów spotkania prezydenta Nawrockiego z prezydentem Donaldem Trumpem. Nie było to przecież, przy wszystkich różnicach, poselstwo Ateńczyków do Sparty o pomoc w bitwie pod Maratonem. Ani misje do Europy cesarza Konstantego Paleologa, ostatniego obrońcy Konstantynopola przed Turkami. Lub podobne, których historia zna bez liku. Prezydent-historyk wybaczy mi nadużywanie tych przykładów.
Nie jest Europa aż w takiej sytuacji. I co z tego, że 13 maja tego roku SpaceX Elona Muska wystrzeliło na orbitę 28 satelitów w ciągu jednego dnia, podczas gdy Europa w ciągu całego roku cztery, co i tak jest postępem wobec poprzedniego roku, kiedy nasz kontynent korzystał, jeżeli chodzi o rozmieszczenie na orbicie infrastruktury krytycznej, wyłącznie ze SpaceX. Przecież przemysł kosmiczny nie świadczy o wszystkich aspektach powodzenia gospodarczego. Jeszcze niedawno były polski ambasador w USA Marek Magierowski pisał w przedmowie do swojej książki „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej”, że w istocie nasz kontynent jest zmęczony, ale jeszcze trochę pożyje. Jak rozmawiać jednak w imieniu kraju, niechby i sojusznika, który integralnie należy do Europy, mającej jeszcze trochę pożyć, choćby pod pewnymi względami z tego kontynentu się wybijał. To pokazuje, że misja Nawrockiego była podwójnie trudna. I jego polityki także.
Są dane, które świadczą, że sytuacja jest gorsza niż zła. Zawdzięczam je także raportowi Wall Street Journal „Europa przegrywa”, który – odwołując się do historii – pisze, że udział Europy w światowej gospodarce jest obecnie prawdopodobnie najniższy od średniowiecza.
Należy sięgać do innych opinii. To pewne. Przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego utrzymują niemal zespołowo, że „Europa przetrwała dobrze serię bezprecedensowych wstrząsów, pandemię, a następnie kryzys energetyczny, który został wywołany przez rosyjską inwazję na Ukrainę. Widzieliśmy też, że obeszło się bez surowych scenariuszy negatywnych, i (…) to duże osiągnięcie”. Cytuję opinie, które zaliczam do pełnych nadziei i beztroskich, bo ważny jest ich kontrast z sytuacją Europy, która od dłuższego czasu dryfuje, tracąc systematycznie wpływy gospodarcze, militarne i polityczne. Duże wrażenie robi tylko jedno słowo użyte przez Jamie Dimona, prezesa JP Morgan, podczas przemówienia w lipcu br. w Dublinie: „Przegrywacie”.
Jeden z najbardziej wpływowych ekspertów w dziedzinie światowych finansów ostrzegł europejskich przywódców, by byli świadomi narastających problemów z konkurencyjnością z USA i Chinami. „Europa w ciągu 10 lub 15 lat zeszła z 90 procent PKB USA do 65 procent. Udział Europy w globalnej produkcji gospodarczej, mierzony w dolarach bieżących, spadł z około 33% do 23% w latach 2005-2024, według danych Banku Światowego.” Ten względny spadek w dużej mierze wynika z rozwoju Chin i Indii (i jest mniej drastyczny, jeśli weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki produkcji), ale udział USA w globalnej produkcji trzyma się znacznie lepiej. Majątek europejskich gospodarstw domowych wzrósł ledwie o jedną trzecią tego, co majątek Amerykanów od 2009 roku.
Komisja Europejska w swoich prognozach wiosną 2025 stara się prezentować optymistyczny ton: „gospodarka UE rozpoczęła ten rok silniej niż oczekiwano. Przewiduje się, że będzie powoli rosła w 2025 roku, z oczekiwanym przyspieszeniem wzrostu w 2026 roku”. Szukajmy gdzie indziej optymizmu. Europejczycy żyją dłużej, ale demografia powoduje, że jesteśmy starzy – starsi niż Amerykanie. Europejczycy mają więcej wolnego czasu, mniejsze nierówności dochodowe, ale to Amerykanie częściej cieszą się wyższym standardem życia. Mają średnio o ponad 50% więcej powierzchni mieszkalnej na osobę. Zwykli asystenci zarządów średnich firm w Nowym Jorku zarabiają mniej więcej tyle samo, co lekarze specjaliści w Londynie. Według Wall Street Journal, do 2050 roku liczba osób w wieku produkcyjnym na kontynencie spadnie o prawie 50 milionów, co spowoduje potężne kłopoty w utrzymywaniu społeczeństw przez spadający odsetek pracujących.
Pewien model europejski – niektórzy nazywają go niemieckim – miał gwarantować Europie rozwój: Amerykanie zapewniają nam bezpieczeństwo, Rosjanie energię, a Chińczycy rynki zbytu. „I wiecie co? To wszystko przepadło” – powiedział w marcu tego roku brytyjski historyk Niall Ferguson.
„Europa raczej unikała cięć wydatków na rzecz wyższych podatków, co hamowało jej wzrost. Przez lata Unia Europejska wierzyła, że jej wielkość gospodarcza, z 450 milionami konsumentów, niesie ze sobą geopolityczną potęgę i wpływy w międzynarodowych stosunkach handlowych. Ten rok zostanie zapamiętany jako rok, w którym ta iluzja rozwiała się” – powiedział Mario Draghi, były szef EBC podczas dorocznego spotkania w Rimini, kluczowego wydarzenia we włoskiej polityce. Wtóruje mu Neil Shearing, główny ekonomista grupy w Capital Economics: „Europa stoi w obliczu ciągłego upadku bez fundamentalnych reform w swoim rdzeniu. Jeśli nie zostaną one przeprowadzone, przyszłością Europy będzie bardzo niski wzrost i wieczne obawy o fiskalną stabilność”.
Bez znaczących zmian Europa stoi w obliczu kryzysu fiskalnego, rosnącej niestabilności politycznej i rozwścieczenia wyborców. Jakich zmian? Właśnie. Nie byłem entuzjastą (w obawie przed dalszą centralizacją Europy) tzw. raportu Draghiego, który proponował szereg zmian, obejmujących: rynki kapitałowe, oszczędnościowe i energetyczne; zmniejszenie obciążeń regulacyjnych dla startupów oraz ogromny program wydatków publicznych, mający na celu przyspieszenie rozwoju innowacji, infrastruktury i obronności. Ale warto się przyjrzeć jego losom, żeby zobaczyć anatomię Europy. „Mówicie nie długowi publicznemu, mówicie nie jednolitemu rynkowi, mówicie nie tworzeniu unii rynków kapitałowych. Nie można mówić nie wszystkiemu” – powiedział przybity słabym przyjęciem swojego raportu Draghi, w przemówieniu do europejskich parlamentarzystów w lutym br. „Więc kiedy pytacie mnie: Co teraz najlepiej zrobić? – odpowiadam: Nie mam pojęcia. Ale zróbcie coś!”
Życie potrafi przynieść nieoczekiwane odpowiedzi. Być może ktoś wymyśli procesy integracyjne, które nie będą zagrażać istnieniu państw narodowych, przeciwnie – będą z nich czerpać. Nowy model Europy mógłby być fascynującym tematem dla ważnych dyskusji. Ale na razie nie jest. Na razie wszechobecna biurokracja, ideologizacja życia politycznego, nieefektywność przeregulowanego modelu funkcjonowania – nie pozwalają na optymizm. Upadek gospodarczy Europy idzie w parze ze spadkiem potęgi militarnej. Według WSJ udział naszego kontynentu w światowej potędze militarnej jest również najniższy od średniowiecza, po dekadach koncentrowania się na wydatkach socjalnych zamiast na obronności.
Polska, jak wiadomo, wyłamała się z tego trendu, zasługując w oczach amerykańskiego prezydenta, na miano istotnego sojusznika. Do pewnego stopnia. Do jakiego, niech dyplomaci starają się odpowiedzieć na to pytanie. Niewątpliwie, Polska musi być więcej niż Europą, po to żeby przetrwać. Profesor Zybertowicz poprawił mnie w prywatnej rozmowie, mówiąc: Nie po to, żeby przetrwać, ale żeby się rozwijać. Dzieli nas skala optymizmu. Nie zmienia to jednak faktu, że autentyczni politycy muszą tworzyć polityki w oparciu o powyższe założenie.
Zmienia to azymut polityczny dla Polski: dostosowywać się do Europy nie warto. Walka z nią grozi utratą energii i zasobów. Być więcej niż Europą oznacza budowanie pozycji strategicznej naszego kraju na wybranych kierunkach z uporem, który pozwala na likwidację przeszkód. Polityka trudna. Niekiedy możliwa.