Fiasko strategii lizbońskiej – przyjętej w 2000 roku przez państwa Unii Europejskiej na kolejne 10 lat w zamyśle dorównania w tym czasie USA pod względem wielkości PKB, a zwłaszcza poziomem rozwoju technologicznego i tempem innowacyjności – można oceniać już wyłącznie w aspekcie historycznej doktryny.
Stara i nowa polityka celna USA ukazuje słabość Europy. Moim zdaniem nie jest ona wynikiem braku większych postępów w jej gospodarczej i politycznej centralizacji. Pokutuje nadal europejski syndrom średniowiecznego miasta otoczonego murami, chroniącymi je przed prowincją. Patrycjat ignoruje lub wykorzystuje okolicę, a wewnątrz murów utrzymuje się często sztuczne, kierowane zamysłem ideologicznym, zasady „miejskie powietrze czyni wolnym”.
Zdaniem ekonomisty Piotra Kuczyńskiego gospodarka USA rozwija się ostatnio dwa razy szybciej niż UE. Jego zdaniem, głównym hamulcowym europejskiego wzrostu są Niemcy, które popadły w recesję. Pod względem PKB Chiny wyprzedziły Niemcy, największą gospodarkę na Starym Kontynencie. Niemcy liczyły w ostatnich 15 latach na tanie surowce z Rosji, tanią siłę roboczą imigrantów i intensywny eksport do Chin. Przypomina to stare zależności polityki kolonialnej w sferze gospodarki, której zarys historyczny przedstawiłem we wcześniejszym artykule. Nie mogą zatem dziwić niemieckie praktyki monopolizacji strategicznych sektorów gospodarczych wobec krajów położonych między nimi a Rosją. Podobne zjawisko można obserwować na kierunku bałkańskim w krajach między Turcją a Dunajem. Parcie na wschód (Drang nach Osten) ma nowy wymiar, ale stare koleiny. Niemcy, ale również większość krajów UE odczuwają dotkliwie mocarstwową konkurencję Chin i USA. Dziś przecież Chińczycy sami potrafią produkować alternatywy dla niemieckich samochodów i maszyn. Nie są już „prowincją za murami europejskiego miasta”.
Potwierdzają to spostrzeżenia niemieckiego ekonomisty, Ole Lehmanna. Jeszcze w 2008 roku amerykańskie PKB względem krajów strefy euro były porównywalne, a w 2023 roku gospodarka amerykańska była o 50% wyższa niż suma PKB krajów wyżej wspomnianej strefy. Dystans między USA a UE nadal się poszerza, rośnie bowiem luka technologiczna i inwestycyjna. Zdaje się przy tym umacniać europejski podział na dwie strefy unijnych państw (tzw. dwóch prędkości). Ci co biegną szybciej, chcą w swoim peletonie centralizować gospodarkę, ale również sferę polityczno-ideologiczną. Uzależnieniu strategicznemu mniejszych państw na polu gospodarczym towarzyszy masowy obieg medialny ideologii „europejskiego społeczeństwa”, „europejskich wartości”, forsowanych przez błędnych rycerzy ekologizmu i klimatyzmu, którzy swoim postępowaniem przypominają doktrynerów przebrzmiałej epoki panowania „socjalistycznej” rzeczywistości w państwach dawnego bloku sowieckiego. Centralizacji gospodarczej przesiąkniętej biurokracją i ukrytym lobbingiem ma tu towarzyszyć konsolidacja ideologiczna. Oczywiście w imię tak ukazanego „postępu” poglądy konserwatywne, a nawet wprost wypływające ze zdrowego rozsądku – są stygmatyzowane.
Bieg ku centralizacji może się okazać strategicznym błędem UE. Kraje byłego bloku sowieckiego tego doświadczały przez blisko pół wieku. Wiemy czym się to skończyło w latach 1988-90. Komplementarność gospodarek przy dużej autonomii regionalnej wytwórców jest lepsza z uwagi na elastyczność i lepsze radzenie sobie z kryzysem gospodarczym. Jednak monopoliści technologii, „ponadnarodowe” koncerny oraz producenci masowej konsumpcji elektro-mechanicznej (samochody, produkty AGD, itp.) koncentrują zarządzanie w swoich rękach bez względu na opinie państw członków Unii. Do tego dochodzi swoista ideologia koncentracji, zazwyczaj proweniencji lewicowej lub hurraoptymistycznej, zwłaszcza w wydaniu aktywistów pseudorewolucyjnych.
„Nowe” projekty traktatów unijnych często powołują się na Manifest z Ventotene z 1941 roku trzech socjalistów i komunistów Altiero Spinellego, Ernesta Rossiego i Eugenia Colorniego. To twórcy deklaracji powstania ruchu federalistycznego socjalistycznej proweniencji, projektujący federalistyczne „ponadnarodowe” państwo europejskie. Ich zdaniem, dalsze istnienie państw narodowych jest złem, który toczy Stary Kontynent. Można ich zrozumieć w 1941 roku, kiedy w dobie wyniszczającej totalitarnej wojny siedzieli w faszystowskim więzieniu. Ale czy dzisiaj, w krajach obecnej Unii Europejskiej stoimy przed groźbą takiego konfliktu między tymi krajami, gdzie podłożem byłby zintegrowany nacjonalizm nie cofający się przed ludobójczymi metodami skierowanymi na unicestwienie innych narodów?
Rezygnacja z pojęcia narodu i integracja na zgoła innej podstawie niż etniczna, korzystająca z dorobku poszczególnych narodów europejskich, wydaje się szczególnie iluzoryczna, wręcz anachroniczna. Zdaniem twórców manifestu z Ventotene rezygnacja z „integracji narodowej” to konieczny warunek reform. Jednak ich pogląd świadczy raczej, że podstawą tej koncepcji było stworzenie „nowego porządku” i „nowego człowieka” – w myśl dawnych pomysłów rewolucji społecznej i przebudowy świadomości ogółu społeczeństwa – jak to było już we Francji po 1789 roku, w rewolucji bolszewickiej i radykalizmach posuniętych do zbrodni ludobójstwa, nie tylko w rasistowskich wynurzeniach faszyzmu.
Dziś Rola Europy, całego kontynentu maleje. Niepokojący jest wymiar demograficzny i technologiczny. Niekontrolowana migracja tylko pogłębia ten stan rzeczy, choć zdaniem niemieckich kierowników z czasów największej europejskiej gospodarki miało być inaczej. Minęły jednak dwie dekady…. Stany Zjednoczone nadal wyprzedzają Europę, a mocarstwowe Chiny rosną w siłę. Powstają nowe regionalne mocarstwa, które nie chcą być uważane za prowincjuszy – Indie i Brazylia.
Próba ratowania europejskiego wizerunku i wzmocnienia europejskiej gospodarki poprzez sojusz gospodarczy z blokiem południowoamerykańskim (umowa z Mercosurem) nie wszystkim Europejczykom przyniesie korzyści. Przypomina to wcześniejsze porozumienia z Rosją z początku XXI wieku. Z uwagi na wojnę Rosji o Ukrainę kierunek rosyjski niejako został „zawieszony”.
Wypracowano nowe rozdanie gospodarcze, z którego skorzystają największe gospodarki europejskie, zwłaszcza Niemcy. One oraz Francja chcą sobie w ten sposób powetować „błąd rosyjski”. Rysuje się jednak przywództwo Chin jako wyraz sprzeciwu wobec amerykańskiej polityki celnej Donalda Trumpa, swoista konsolidacja państw „lądowych” wobec państw „oceanicznych”, których liderem są Stany Zjednoczone. Ostatnie spotkanie „lądowych” w Pekinie potwierdza tezę, że Rosja przychyla się do chińskiego stanowiska. Kreml nie tyle jest pod urokiem Chińskiej Republiki Ludowej, lecz coraz bardziej klientem w tej „chińskiej” konstelacji państw – najpotężniejszego porozumienia gospodarczego w świecie.
Powtórzę raz jeszcze – współcześnie imperia buduje się głównie poprzez tworzenie i przejmowanie obcej technologii, drenaż mózgów. Każdemu imperium nie obca jest swoista kradzież myśli, innowacyjności lub wręcz szantażu wobec twórców nowych technologii. Słabsi podlegają eksploatacji. Problem Europy najbliższych dwóch dekad to nie kwestia, w którym bloku się odnajdzie, tylko czy rozwój politycznych i gospodarczych zdarzeń nie pozostawi ją po prostu z boku.