Pieniędzy nie ma, i nie będzie. Między zdradą stanu, a nieudacznictwem, sabotażem, a złodziejstwem. Administracja 13 grudnia skutecznie realizuje plan zagłady ekonomicznej kraju
W ciągu ostatniego roku deficyt budżetowy wzrósł o 90%. Dochody budżetowe po siedmiu miesiącach tego roku wyniosły 313,8 mld zł (49,6 % planu na 2025 rok). Z dochodami podatkowymi też nie lepiej – wyniosły 277,3 mld zł (niższe rok do roku o 44,7 mld zł, czyli 13,1%). Mimo powiększającej się dziury budżetowej (na koniec lipca – 156 mld zł), przywraca się uprzywilejowane emerytury esbeckie, pączkuje biurokracja, przybywa rządowych limuzyn, a centralna biurokracja wypłaca sobie sowite premie.
Niezależnie od tego, administracja 13 grudnia bije kolejne rekordy. W ciągu 18 miesięcy opóźniła budowę CPK o dwa lata. Udostępnia krajowe tory przewoźnikom niemieckim, czeskim, ukraińskim, dołując PKP Cargo, co jest oczywistym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, gdyż transport kolejowy to dziedzina strategiczna. Tymczasem ogłoszony przetarg na nowoczesne pociągi jest w sposób oczywisty sprzeczny z interesem publicznym, gdyż wyklucza polskich producentów, w tym wyspecjalizowaną firmę PESA z Bydgoszczy. PKP Intercity chce kupić za 17 mld zł piętrowe pociągi (42 elektryczne zespoły trakcyjne). Zarobią zagraniczne firmy, co powinno budzić czujność odpowiednich służb.
Z drugiej strony wydaje się to być zgodne z filozofią zarządzania krajem przez PO (założoną – jak wiadomo – przy pomocy niemieckich pieniędzy i polskich agentów), która od ponad 20 lat prowadzi destrukcję państwa i narodu, opóźniając rozwój kraju i paraliżując potencjał społeczeństwa. Nasz kraj, będąc handlowym i komunikacyjnym centrum Europy, wegetuje jako gospodarka peryferyjna, eksportując półprodukty i tanią siłę roboczą.
Mija trzeci rok wojny, a budowa fabryk amunicji jakoś nie postępuje, nie mówiąc o przemyśle dronowym. Bałtyk stał się wewnętrznym morzem NATO, ale polskich okrętów jak na lekarstwo, ledwo starczyło na paradę. Zmniejszając zakupy uzbrojenia i możliwości produkowania go w kraju, administracja 13 grudnia organizuje z największą pompą defiladę wojskową. Tymczasem nawet z obroną granic są problemy, bo nie wiadomo, jak traktować bojowników wojny hybrydowej białorusko-polskiej, albo czy przyjmować migrantów podrzucanych przez niemieckie służby na granicy zachodniej. W każdym razie zabójca żołnierza na granicy wschodniej dotąd nie został złapany i ukarany.
Niemiecka gospodarka w kryzysie. Rośnie więc polski eksport do Niemiec (w I półroczu 2025 roku wzrost o 4,6 mld euro, czyli o 5,4% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku) i niemiecki eksport do Polski (wzrósł o 2,6 mld euro). Tak polska gospodarka – w ramach brukselskiej współpracy – wspiera niemiecką, a w naszej rośnie bezrobocie. Właśnie pracodawcy zgłosili potrzebę zwolnienia 80 tys. pracowników (to więcej niż w 2020 roku podczas pandemii). Gdy Odra znalazła się w rękach „miłośników przyrody”, a rozwój portów zahamowany – niemieckiej gospodarce przybywa impulsów rozwojowych.
Tymczasem w naszym kraju rozwija się przedsiębiorczość – tak, jak ją rozumieją PO-fachowcy. Pracownicy udają firmy (mniejsze składki), a koncerny zagraniczne pozorują straty (agresywna optymalizacja podatkowa, transfer zysków). Ostatnio powstał internetowy rynek handlu spółkami ze stratami kowidowymi. Podobno każdy mógł zgłosić wniosek o dofinansowania z KPO (trzeba było wiedzieć kiedy i do kogo). A teraz senator Stanisław Gawłowski (skazany na 5 lat więzienia) lobbuje za ustawą wiatrakową, zapewniającą zwierzętom lepsze prawa niż ludziom (w tle bankrutujący Siemens, producent OZE-sprzętu).
Ułaskawianie kopalnych
Mimo wzrastającego ubóstwa energetycznego (objęło ponad 14% gospodarstw domowych, nadmiernie obciążonych kosztami energii), resort klimatu – opanowany przez aktywistów-ekologistów – zamierza wyrugować węgiel jako źródło indywidualnego ogrzewania do 2035 roku. To fanatyczna eko-ideologizacja tej dziedziny gospodarki. Przecież mieszkańców po prostu nie stać na ogrzewania gazowe czy pompy ciepła. W rezultacie resortowych ambicji 3-4 mln polskich gospodarstw domowych może pozostać bez ogrzewania. Tymczasem nasi zachodni sąsiedzi rozbudowują kopalnictwo i elektrownie węglowe. Rozsądek ekonomiczny ponad zielone zaczadzenie to oznaka suwerenności gospodarczej, której administracji 13 grudnia nie staje. Ulega globalnemu biznesowi, forsującemu „zieloną transformację”, tak jak bajdurzeniu, że CO2 powoduje zmiany klimatyczne. Niedawny energetyczny paraliż półwyspu Iberyjskiego niczego nie nauczył. Zideologizowani brukselokraci odporni na rzeczywistość.
Poczynania brukselokratów-mitomanów, zmierzających do usunięcia z terenów unijnych przemysłu ciężkiego, by ratować planetę – są zarówno utopijne, jak szkodliwe. Jeżeli europejskie powietrze będzie „czyste”, to pozostanie „brudne” na innych kontynentach. I ktoś na takiej „transformacji” będzie zarabiał. Polski przemysł metalurgiczny zwija się, traci. Zamiast produkcji stali – import (w ostatnich 100 latach produkcja zmalała o 22,8%, gdy średnia UE – 16,6%). W konsekwencji maleje zatrudnienie, inwestycja, jak również – co nie bez znaczenia technologiczna suwerenność kraju, jego bezpieczeństwo gospodarcze. Obecnie – w końcu w warunkach wojny za granicami – trzeba importować 84,5% stalowych wyrobów płaskich i 41,3% długich. Właśnie UE umożliwiła napływ taniej (bez ETS) stali ukraińskiej.
Działalność administracji 13 grudnia i przestrzegania brukselskich utrudnień w gospodarce (ceny energii, handel uprawnieniami OZE) nie sprzyja inwestycjom w naszym kraju. W 2024 roku zmalały o 55% w stosunku do poprzedniego roku. Tymczasem niemiecka agencja energetyczna AGEB podaje, że w I pół. br. produkcja energii elektrycznej z węgla wzrosła o 23% (w porównaniu z analogicznym okresem ub. r.) W tym samym czasie węgiel kamienny to już blisko 7% produkcji energii elektrycznej (systematycznie wypiera energię wiatrakową). Wynika z tego, że zdroworozsądkowe myślenie w gospodarce jest możliwe, czego jakoś nie dostrzega administracja 13 grudnia. Co dopiero resort klimatu „odpuścił” eksploatację złóż węgla brunatnego (między Głogowem a Legnicą), jednego z największych w Europie – jakby nie chciał taniego prądu z tego surowca. Niezależnie od tego, likwidowanie kopalń węgla kamiennego na rozkaz brukselokratów, to nieodpowiedzialność, ignorancja i sabotaż – są przecież czyste technologie, są nowoczesne metody gazyfikacji.
Import żywności
Podczas złodziejskiej prywatyzacji w latach 90-tych krajowy sektor rolnictwa pozbył się w zasadzie wszystkiego, co stanowiło o jego dorobku. Wyprzedano, bądź zlikwidowano placówki naukowo-badawcze, zajmujące się nasiennictwem, hodowlą, przetwórstwem rolno-spożywczym. Zagraniczne koncerny przejęły za bezcen cukrownie, rzeźnie, gorzelnie, handel warzywami i owocami, pozbywając się polskiej konkurencji. Zakrawa więc na cud, że polscy konsumenci mają jeszcze dostęp do zdrowej i taniej (w miarę) żywności. Niemniej i to może być zagrożone, bo brukselokraci śledzą ślad węglowy każdego zwierzęcia, choć nie mają nic przeciwko importowi taniej żywności ukraińskiej (poza normatywnej), i takiej z krajów Mercosur, byle zapewnić zbyt niemieckiemu przemysłowi motoryzacyjnemu.
Przez lata nasz kraj przodował w hodowli wieprzowiny. Nie za PO-rządów. Doszło do tego, że z 19 mln zabijanych świń, aż 9 mln to importowane warchlaki. Sprowadzanie świń do naszego kraju kosztuje rocznie 3,5 mld zł, ale uchodzi to uwadze rządzących. Zarabia głównie Dania (w 2024 roku sprzedała naszemu krajowi świnie za 3,28 mld zł), ale także Niemcy (116,9 mln zł), Litwa (49 mln zł), Czechy (27,7 mln zł). Resort rolnictwa bezradny, a zagraniczni rolnicy, sieci handlowe, dystrybucyjne – zacierają przysłowiowe ręce. Nie rozwiązano problemu ASF (nie odstrzela się dzików), co jest pretekstem do dyskryminacji polskich świń. W tej sytuacji mówienie o bezpieczeństwie żywnościowym kraju – to tylko okolicznościowa nowomowa. Przed akcesją brukselską polscy rolnicy musieli dostosować się do unijnych przepisów. Gdy to zrobili – dobija ich brukselska wolna amerykanka. I co tam konstytucyjny zapis o gospodarstwach rodzinnych, od których zależy bezpieczeństwo żywnościowe.
Kolonializacja ideologiczna
Silna Polska – lider Międzymorza – nie jest w interesie ani niemieckim, ani rosyjskim, ani brukselskim. I tak się właśnie dzieje. Górnictwo i hutnictwo na skraju zagłady. Gospodarka krajowa spowalnia, rośnie zadłużenie państwa. Tak dzieje się zawsze, gdy PO – nie bez udziału mediów polskojęzycznych i populistycznych kłamstw – udaje się dojść do władzy. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza sprzyja wypieraniu krajowych pracowników przez tańszych, zagranicznych. W konsekwencji – jak to już było za poprzednich PO-rządów – polscy pracownicy będą szukali zatrudnienia w zachodnich firmach. Migracja zarobkowa to symbol upadającej gospodarki. Świadczą o tym raporty strat w państwowych spółkach. W tej sytuacji polska gospodarka nie może być kimś innym, jak tylko „junior partnerem” gospodarki unijnej (niemieckiej, francuskiej).
Normalnym odruchem zdrowego społeczeństwa jest „wybijanie się na niepodległość”. Niełatwe to w kraju, gdzie rządzący stosują prawo bezprawia, gdzie cały proces edukacji nakierowany jest na kształtowanie „nowego człowieka europejskiego”. I tak krajowi ekologiści blokują polskie inwestycje pod pretekstem zagrożeń środowiskowych. I nawet przez myśl im nie przechodzi, by zrobić to samo u naszych zachodnich sąsiadów. To rezultat ofensywy ideologicznej w szkolnictwie, wdrażanie tzw. pedagogiki wstydu. A przecież jest jeszcze zalew genderyzmu na uczelniach. Młody człowiek staje się podatny obróbce – ubezwłasnowolniającej intelektualnie, bezbronnym wobec manipulacji i oszustw. W sam raz jako podatnik gospodarki braków i niedoborów.
Można zrozumieć niemiecką politykę gospodarczą (także informacyjną), że nie chce tolerować polskiej konkurencji (dezinformując, manipulując mediami), ale to przecież nie znaczy, by ulegali jej polscy podatnicy, by przyjmowali argumenty eko-terrorystów, jak to w przypadku świnoujskiego terminalu kontenerowego, by nie byli w stanie zrozumieć, że niedorozwój polskich portów – to interes do zrobienia dla niemieckich.
Polscy obywatele powinni w końcu uświadomić sobie, że dalsze administrowania PO-rządu to pogłębiająca się dziura budżetowa, powiększająca się luka vatowska, mniej inwestycji, brak rozwoju. Powinni domagać się sprawdzenia, czy powrót do administracji skarbowej PO-fachowców, którzy zostawili rekordową lukę VAT, jest właśnie przyczyną zapaści w pozyskiwaniu podatków. Nie ulega przecież wątpliwości, że silne państwo to silne jego finanse. Wtedy jednak nie daje się „zarabiać” na państwie, jak to za PO-rządów. Ostatecznie podatnicy i tak zapłacą – chyba że zmienią rządzących.