Tuż przed świtem o czwartej rano w niedzielę 3 sierpnia 2025 roku Pan powołał Ją do Siebie.
Młodzieńcza i piękna do końca, dzielna i pogodna mimo trudów życia, serdeczna i uważna wobec każdego człowieka, pełna zachwytu nad światem jako Dziełem Bożym, ciepła i zatroskana o każdego z nas, z żarliwością przejęta losem Polski i Polaków, żyjąca wiarą. Marzyła, aby mieć dużo dzieci i z miłością i pokorą to realizowała. Arystokratka człowieczeństwa. Pani Marszałkowa. Cudowny szlachetny niezwykły człowiek.
Ileż Ty Mamusiu przeżyłaś, ile się natrudziłaś!
Zanim przyjechałaś po wojnie z Kresów do Wrocławia dzieciństwo spędziłaś w Stanisławowie w różnych wynajmowanych przez rodziców mieszkankach a na wakacje jeździłaś do babci na północno-wschodni kraniec II Rzeczpospolitej – Kolonia Janki, gmina Dokrzyce, powiat Dzisna, województwo nowogródzkie. Dom i przedwojenna szkoła wpoiły Ci gorącą miłość do Ojczyzny. Wraz z II wojną światową zwalił się na Ciebie strach, głód, zagrożenie ze strony Sowietów, Niemców, Ukraińców. Twoją ukochaną nauczycielkę rozstrzelali Gestapowcy. Gdy stygła pożoga wojny Jałtańska Trójka postanowiła wygnać Ciebie i miliony Polaków z Kresów. Na chwilę zatrzymaliście się u rodziny w Wieluniu, a potem zamieszkałaś z rodzicami w kamienicy przy ul. Kilińskiego we Wrocławiu. Wokół bardzo wiele domów leżało w gruzach. Nie wróciła Polska, nastał PRL, jeden z krajów okupowanych przez imperium sowieckie.
W I Liceum Ogólnokształcącym upodobałaś sobie katechetę, ks. Aleksandra Zienkiewicza, dzisiejszego kandydata na ołtarze. Przyjaźniłaś się z Nim do końca. Studia chemiczne na Uniwersytecie Wrocławskim a następnie Jagiellońskim zapoczątkowały kolejne serdeczne znajomości, które trwały przez całe życie. Kilka lat pracowałaś na uczelni u prof. Trzebiatowskiego, ale gdy wyszłaś za mąż i pojawiły się dzieci, wolałaś zamiast kariery naukowej budować rodzinę. Wtedy zmieniłaś pracę na Medyczne Studium Zawodowe. Uczyłaś młodzież a wśród nauczycieli pozyskałaś kolejnych wiernych przyjaciół.
Do dziś podkreślam, że jestem bogata przyjaciółmi moich rodziców. Z czasem moi przyjaciele stali się Twoimi bliskimi, Mamusiu.
Tatę poznałaś na wycieczce w góry – przystojny, dowcipny, trochę zuchwały. No i nieprzeciętnie mądry, a tylko tacy zwracali Twoją uwagę. Do tego jak mówiłaś, uważnie kreślił znak krzyża, gdy się żegnał. Decyzję podjęliście błyskawicznie.
Dziadkowie przenieśli się do Wielunia a wy zamieszkaliście w skromnym mieszkaniu na Kilińskiego. Dwa pokoje z ciemną kuchnią na III piętrze i wspólną z sąsiadami ubikacją na klatce schodowej. Piece, kuchnia węglowa, zlew z zimną wodą. Chcąc umyć naczynia grzałaś Mamusiu wodę i rozkładałaś dwie miski. Przy rosnącej liczbie dzieci i mężu pochłoniętym czytaniem, pracą naukową i knuciem nie było łatwo o porządek. Nie wiem jakim cudem zawsze znajdowałaś to, czego potrzebowałam. Miałaś wrodzoną wadę kolan – nawykowe wypadanie rzepek, powodujące okropny ból. Nie pojmuję jak byłaś w stanie wnosić nas krętymi schodami na to wysokie trzecie piętro.
Straszną tragedią dla Ciebie i Taty była śmierć Magdusi, malutkiej naszej siostrzyczki, która zmarła na skutek nieuleczalnej wady serca. Byliście przy jej grobie na Osobowicach niemal codziennie. Gdy zmarła babcia w Wieluniu, nie chcieliście, aby dziadek Józek był sam. Z jego pomocą i dla niego powstała chata w Pęgowie, słynna Kornelówka, budowana przez męża i przyjaciół pod lasem niedaleko Wrocławia. I się zaczęło. Nie tylko trzeba było piłować potężne belki ale i zbudować kominek i wykopać studnię. A potem dyskusje do białego rana. Przyjeżdżało mnóstwo ludzi. Początkowo rodzina i przyjaciele Twoi i Taty z uczelni, potem też wielu innych, którzy buntowali się wobec komuny. Rodziła się wrocławska opozycja. Zaczął się druk bibuły.
Byłaś duszą i sercem chaty, bez cienia znużenia zajmowałaś się dziećmi i wszystkimi gośćmi. Karmiłaś ich, uczestniczyłaś w rozmowach i śpiewach. Gdy w 1979 roku papież Polak pierwszy raz pielgrzymował do Ojczyzny uszyłaś wraz z ciocią Bronią transparent WIARA NIEPODLEGŁOŚĆ. Kornel z kilkorgiem znajomych witał nim Jana Pawła II podczas słynnej Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Ponieważ na Jasnej Górze SB-cy wydarli Tacie transparent, przygotowałaś drugi Mamusiu, aby pojechał z nami wszystkimi na Błonia Krakowskie, na zakończenie pielgrzymki Ojca Świętego. Tam już były nas miliony.
Po euforii okresu Solidarności nastał mrok stanu wojennego. Twoje życie zmieniło się drastycznie wraz z waleniem ZOMO do drzwi o północy w pamiętną grudniową noc. Mąż, znany już wcześniej działacz opozycyjny zaczął się ukrywać, a Ciebie i nas zaczęto nękać rewizjami, przesłuchaniami, zastraszaniem, śledzeniem, działalnością nieznanych sprawców, którzy wybijali szyby pod lasem i przebijali opony w maluchu. Usiłowali na wszelkie sposoby dopaść przywódcę Solidarności Walczącej. Dwa tygodnie przed 13 grudnia zmarł nagle dziadek Józek. Zabrakło gospodarza, jeździłaś zatem z przyjaciółmi, aby ocalić chatę. Dzięki temu w dalszym ciągu w Pęgowie spędzaliśmy święta, wakacje i mnóstwo niedziel w roku. Ognisko, które umiałaś tak sprawnie rozpalać, nie gasło.
Chcąc mocniej włączyć się w walkę o wolność, oprócz kolportowania prasy i poszerzania kontaktów pojechałaś w 1985 roku na głodówkę do Krakowa Bieżanowa. Tam poznałaś i zaprzyjaźniłaś się z Anią Walentynowicz. Z jej inicjatywy organizowałaś potem wyjazdy do Suchowoli, do rodziny księdza Jerzego Popiełuszki. Polubiła Cię bardzo mama księdza Jerzego. Spałaś nawet w jego łóżku. Pani Marianna mimo osobistego bólu potrafiła także Ciebie wspierać w tym wielorako trudnym dla Ciebie czasie. Mądre rozmowy dzielnych kobiet.
Nowa rzeczywistość po transformacji ustrojowej wcale nie była wymarzona. Przeżywałaś Mamuniu bardzo obalenie rządu Jana Olszewskiego, widziałaś zło pochodzące z kręgów Gazety Wyborczej. Mąż przestał się ukrywać, ale nie wrócił do domu. Dalej trzeba było samemu sobie radzić. Twoją radością były dzieci. Byłaś z nami na każdym zakręcie naszego życia – czuła, wspierająca, mądrze doradzająca, mówiąca niestrudzenie, co w życiu jest ważne. Z czasem pojawiły się wnuki. Gdy urodził się pierwszy prawnuk, powiedziałam, że zostałaś królową.
Staraliśmy się nie martwić Cię, nie obciążać dodatkowo, ale przecież nieraz przez nas smutniałaś czy się denerwowałaś. Byłaś wielkoduszna. Mówiłaś, o tych, którzy Cię ranili: żal, że ona tak trwa w tej złości, albo – zobaczysz, on po latach to zrozumie. Nie była w stanie pojąć ludzi szkodzących Ojczyźnie, złych, przewrotnych. Modliła się za nich i o pomyślną przyszłość Polski.
Lubiłaś Mamo książki, kochałaś wiersze. Wspólnie z Tatusiem czytaliście Norwida. Umiałaś na pamięć bardzo wiele strof, bez zająknięcia recytowałaś długi wiersz Marii Konopnickiej „Przed sądem”. Jeździliście na żagle, na spływy, całą rodziną dotarliśmy rowerami nad samo morze. Przepadałaś za piosenkami – patriotycznymi, turystycznymi, harcerskimi. Przy ognisku w Pęgowie zawsze rozbrzmiewało: „Na włóczęgę już wyruszyć przyszła pora”, „Płonie ognisko i szumią knieje” i „Na pokładzie od rana ciągle słychać bosmana”. Z czasem pokochałaś też piosenki śpiewane przez grono moich przyjaciół z duszpasterstwa akademickiego. „Rzeka”, „Sielanka o domu”, „Majster Bieda” weszły do Twojego repertuaru.
Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, po zmianach w Pęgowie, zabieraliśmy Cię na każde święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy z Krynickiej do mnie i Uli, na Racławicką. Kilka pięknych dni spędzaliśmy razem wraz z Marysią, Antosiem i odwiedzającymi nas bliskimi. A ostatnio też z Twoją przyjaciółką, a moją mamą chrzestną, ciocią Anią. Gdy Twój syn został premierem, postawiłaś warunek, że muszę kupić telewizor, bo chcesz oglądać wszystkie ważniejsze wiadomości. Nie było rady.
Pamiętam nasze cudowne wyjazdy nad morze. I wyzwanie, gdzie znaleźć najkrótszą ścieżkę na plażę, abyś była w stanie przejść ją o kulach. Kiedyś sama świetnie pływałaś, teraz obserwowałaś gonitwę wnuków z falami. Kochałaś wyjazdy do Przytkowic, niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej. Ksiądz Franciszek i wszyscy pracownicy Oazy Życzliwości otaczali Cię ogromną serdecznością. Zawsze cieszyłaś się jak przyjeżdżał Mateusz, gdziekolwiek byłaś, to było zawsze święto. Gdy byłaś jeszcze sprawna, zabrał Cię do Stanisławowa. Cóż to były za wzruszenia! Polecieliście też do Ameryki.
W ostatnich miesiącach zdrowie zaczęło Ci się sypać. Naprzód jeden upadek, potem drugi, w wyniku którego zostałaś zupełnie unieruchomiona. W dziewiątym tygodniu leżenia jakiś mikroudar odebrał Ci niemal doszczętnie wzrok. Bardzo podcięło Ci to skrzydła.
Nikt tak jak Ty, Mamusiu, nie umiał zachwycać się urodą tego świata. Cieszyłaś się obserwując ze swojej kuchni zachody słońca, podziwiałaś mądrość pszczoły i misterną strukturę liścia na drzewie. Twarz dziecka zawsze wzbudzała Twoją tkliwość, a z wnuczką Ulą dziwiłaś się skomplikowanej maszynerii ludzkiego organizmu. Na koniec przyszedł rozległy zawał, po którym w kilka dni straciłaś przytomność. A jeszcze tydzień wcześniej rozwiązywałyśmy krzyżówkę, tak cieszyłaś się ze zwycięstwa Nawrockiego.
Byliśmy Mamusiu z Tobą do ostatnich Twoich chwil. Przepraszam za to, co przysparzało Ci zmartwień. Dziękuję za ogrom miłości. Nie można sobie wyobrazić cudowniejszej Mamy. Bardzo mi Ciebie brakuje.
Znajomy rodziny, Mariusz, powiedział: są osoby, które w młodym wieku umierają ze starości. Ale są też takie, które w bardzo podeszłym wieku zachowują młodość i wydaje się, że będą żyć wiecznie. Taka byłaś, Mamusiu!
W dobrych zawodach wystąpiłaś, bieg ukończyłaś, wiary ustrzegłaś. I wierzymy, że – na ostatek odłożono dla Ciebie wieniec sprawiedliwości, który Ci w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko Tobie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego.
Do zobaczenia Mamusiu!
Z Bogiem!
Msza pogrzebowa śp. Jadwigi Morawieckiej – homilia ks. dr hab. Tomasz Błaszczyk
Msza pogrzebowa śp. Jadwigi Morawieckiej – pożegnanie Marta Morawiecka
Msza pogrzebowa śp. Jadwigi Morawieckiej – pożegnanie Mateusz Morawiecki