Poszukiwanie nadziei

Wybraliśmy się 6 lipca br. na autorskie oprowadzanie Mariusza Mikołajka po jego wystawie pt. „Poszukiwanie nadziei” w Katedrze Wrocławskiej. Wielkie płótna rozwieszono w głębi lewej nawy oraz w przestrzeni strychowej na piętrze pomiędzy sklepieniem nawy a konstrukcją dachu. Przejmujące malarstwo można oglądać do końca sierpnia 2025 roku. Warto.

Mariusz Mikołajek. Urodzony w 1958 roku we Wrocławiu artysta malarz i animator wydarzeń kulturalnych. Dyplom uzyskał w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu w pracowni prof. Konrada Jarodzkiego w 1984 roku. Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych, uczestnik wielu wystaw zbiorowych, animator działań plastycznych, akcji, warsztatów, happeningów i spotkań. Organizuje wystawy i akcje plastyczne w niekonwencjonalnych miejscach: dworzec, schronisko dla bezdomnych, podwórko, kino, galeria handlowa, więzienia.

Przy inauguracji wspomnianej wystawy 29 listopada 2024 roku artysta mówił tak:

W tych przedmiotach przechowujemy coś tajemniczego, coś co o nas bardzo głęboko mówi. To jest takie świadectwo, które mamy zapisane w historii. Człowiek umiera, ja za jakiś czas nie będę istniał, pięć lat czy dziesięć, nie będzie mnie tutaj, a te przedmioty zostaną. Praktycznie jedynym weryfikatorem jest właśnie czas.

Skąd krzyż? Krzyż przyszedł do mnie, do moich obrazów, jak byłem człowiekiem niewierzącym. W stanie wojennym zacząłem malować takie motywy stamtąd, internowani. Zawieszono mnie na uczelni, miałem czas, malowałem tak jak czułem, siebie, ludzi, w zamkniętych pomieszczeniach. Te pomieszczenia były bardzo ciasne, duszne, to był taki czas w naszym życiu. I potem uczestniczyłem w takich wydarzeniach, jak walki uliczne na placu Pereca, pamiętam. Jak zamykałem się w pracowni, to nagle ruch zaczął dominować w tych obrazach. I te pomieszczenia zaczęły się walić, zostały z nich tylko konstrukcje, piony i poziomy. I ktoś powiedział: malujesz krzyże. I to było dla mnie tak frapujące, że to doprowadziło do tego, że wziąłem w mieszkaniu u przyjaciela, u którego marihuanę kupowaliśmy, Pismo Święte, gdzie był znak krzyża na grzbiecie i wziąłem, zacząłem czytać.

A podczas autorskiego oprowadzania 6 lipca pojawiło się wiele wątków bardzo osobistych.

Jak miałem sześć czy siedem lat, to oprócz gier podwórkowych, po prostu bardzo dużo czasu spędzałem przy kawałkach papieru, a potem płótna, żeby wyrazić swoje emocje, bo to jest taki niesamowity czas terapeutyczny – tworzenie obrazów. Potem w stanie wojennym zacząłem malować obrazy – internowani, górnicy, szczątki. Walczyliśmy też na ulicach z komunistami, walki do samego rana na placu Pereca.

Udało mi się umknąć przed ZOMO. Dzięki Bogu weszliśmy po prostu do mieszkania, ktoś nam otworzył drzwi, bo to różnie mogłoby się potoczyć. Chodziłem do tej swojej małej pracowni i zacząłem malować, wyrażać, wyrzucać z siebie to wszystko, co działo się naokoło. Z jednej strony doświadczenie potężnego zamknięcia, w którym żyliśmy, ale z drugiej strony, jak jest ta dynamika w ruchu, zawsze jest jakaś nadzieja. Jak jest ruch, dynamika, to jest szansa, że coś z tego się urodzi, jeżeli to nie jest tylko chaos.

I faktycznie te pomieszczenia zaczęły się walić i zostały tylko konstrukcje tych pomieszczeń. I dzisiaj pamiętam, kilka takich obrazów namalowałem i te obrazy pokazywałem najbliższym. Wtedy akurat pokazałem właśnie mojej babce Gabrieli i ona mówiła, że krzyże zaczęły ci się malować, co się dzieje.

I faktycznie z tych pionów poziomów zostały tylko krzyże. I właściwie były szczątki, fragmenty ludzi, które próbowały łapać te krzyże, były przywalone przez te krzyże. No były w różnej relacji z tym pionem i poziomem. I to doprowadziło do tego, że zacząłem czytać Pismo Święte, które wziąłem z półki mojego przyjaciela, też malarza, artysty. Po prostu my się często spotykaliśmy, bo ja też wtedy paliłem marihuanę. On miał na półce dużą czarną księgę właśnie ze znakiem Krzyża.

I to mnie tak zafrapowało, że pożyczyłem tę księgę od niego i zacząłem czytać. No i po prostu potem już to szło tak, że te obrazy wychodziły, stawały się, te krzyże zaczęły się wcinać i sobie wymyśliłem właśnie przez to, że zrobię wystawę w Kościele Świętego Krzyża we Wrocławiu, tu niedaleko. Ale to też nie było tak przypadkowo w Kościele Świętego Krzyża.

Jak już mówiłem, nie chodziłem do kościoła. Ale z moją żoną, z którą mam siedmioro dzieci – pamiętam jak poznałem Madzię, ona miała 16 lat. Ja miałem 17 lat i pamiętam jak ona mnie wzięła za rękę i zaprowadziła właśnie do Kościoła Świętego Krzyża.

I my tam klęknęliśmy, ja jako niewierzący człowiek, ale ona się bardzo modliła i po prostu tam przyrzekliśmy sobie wierność. Potem bardzo dużo perturbacji było w naszym życiu, bardzo dużo różnych sytuacji dramatycznych, trudnych, które udawało nam się pokonywać przez te lata.

Tak powstała rodzina. Madzia przy pierwszym dziecku zrezygnowała z pracy, zajmuje się teraz tylko dziećmi, a mi się udało zarobić na nasze życie, potem na mieszkanie, które udało nam się pierwsze kupić dopiero przy piątym dziecku, ale już przy trzecim udało mi się wyremontować takie małe pomieszczenie i tam zamieszkaliśmy wynajmując je. Także to była droga trudna. Jak patrzę teraz, jak młodzi, dzieci teraz mają pewne trudności, a patrzę jaką my drogę przebyliśmy, to faktycznie to jest nieporównywalne, to w ogóle nawet nie ma o czym mówić.

Także taka jest sytuacja, że nieprzypadkowo była wystawa w Kościele św. Krzyża. Moja obrona pracy dyplomowej była w tym kościele. Tylko bardzo dzielna postawa wszystkich profesorów doprowadziła do tego, że ten dyplom nie został unieważniony. Dlatego, że faktycznie obrona była w kościele św. Krzyża, a nie w szkole.

Zresztą ja ostatnie dwa lata w ogóle nie pojawiałem się na uczelni, bo miałem indywidualny tok studiów, bo byłem wcześniej relegowany z uczelni. Udało się to skończyć. Zrobiłem tę wystawę w grudniu 1984 roku, to w maju roku 1985 doświadczyłem łaski wiary. Byłem wtedy w podróży, jechałem do Warszawy, chciałem dać taką grafikę poświęconą księdzu Popiełuszce.

Jak byłem w przedziale, czytałem Pismo Święte, kolejny raz i kolejny raz, czytałem fragment jak Jezus umierał na krzyżu, tylko że już trochę inaczej czytałem, bo wtedy naprawdę całym sobą zacząłem płakać. I to pierwszy raz płakałem takimi łzami, których się nie wstydziłem i które po prostu wychodziły ze mnie.

Wyszedłem na Dworcu Centralnym w Warszawie, i w jednym momencie popłynęła do mnie wiara, napełniając mnie od stóp do czubka głowy, że Jezus jest Panem i Stworzycielem. Ja nie znałem żadnych przykazań bożych, tylko czytałem Pismo Święte, nie miałem żadnego doświadczenia z przekazaniami, z katechezą. A otrzymałem wiarę.

To było tak mocne doświadczenie. I wiecie Państwo z czym ono się wiązało? Ono się wiązało z jednym odczuciem, w tym momencie wszystko zaczęło emanować delikatnie światłem. To nie było światło słońca. Światło było we wszystkim, co się wokół mnie działo, poruszało. I czułem prawdę, a mnie wypełnił głęboki pokój. W tym momencie poczułem, czym jest Boży pokój. Ten Boży pokój usunął z mojego życia absolutnie lęk, strach, samotność. Ja od tego momentu nie miałem chwili życia, kiedy czułem się samotny i sam.

Po prostu Bóg jak przychodzi, to On wlewa właśnie pokój.

Jak wróciłem do Wrocławia była trzecia w nocy, to leciałem do mojej siostry. Otworzyła mi i ja jej powiedziałem, że Jezus żyje. A ona patrzyła na mnie i była pewna, że to już jest ostatni moment mojego życia. Ja rozumiem ją. Może ja tak samo bym tak pomyślał. Ale potem wyluzowała.

Proszę Państwa, robimy niesamowite rzeczy. Bo ja nazywam sztukę następnym obszarem łaski. Ja nie wiem, dlaczego wszyscy ludzie nie wierzą. Nie wiem dlaczego. Bo uważam, że powinni wierzyć, ale wiara jest łaską. Nie wiem, dlaczego nie wierzą ludzie. Z wiarą żyje się łatwiej. Gdybym miał ciężką sytuację w życiu, to jest zawsze zdecydowanie łatwiej. Zdecydowanie.

Dzielimy się sztuką z ludźmi. I faktycznie sztuka jest obszarem nieprawdopodobnym, bo to jest jedyny obszar w życiu, gdzie my możemy coś wspólnie zrobić. I taką wartością dodaną jest coś, co podsumowuje te moje doświadczenia kilku dziesięcioleci.

Teraz te kolorowe podwórka we Wrocławiu. Miasto wówczas starało się o europejską stolicę kultury. Udało nam się w miejscu obskurnym, porzuconym stworzyć przestrzeń, którą ogląda i odwiedza cały świat. Ci ludzie, którzy tam są, żyją w tym miejscu, oni po prostu są w relacji między sobą. To jest niesamowity projekt, on samego mnie zaskoczył.

Powiedziałem, że jak widzę te obszczane, w najgorszym stanie podwórka, groźne miejsca, ludzie piją, handlują gorzałą, policja często przyjeżdża – to ja nie mogę malować ludziom coś na tych elewacjach. Muszę zrobić najpierw remont. Więc zorganizowałem pieniądze, 200 tysięcy złotych i zrobiliśmy remont.

Jeżeli dotyka się obszaru sztuki, tej wspólnoty działania, czyli nie żeby kogoś zafascynować, tylko żeby autentycznie wejść w naszą wrażliwość. W siebie, po prostu głęboko w serce. To budujemy właśnie na tych najbardziej właściwych uczuciach. Na szacunku. Na przyjmowaniu człowieka takiego, jaki on jest. Czy wykształcony, czy niewykształcony.

Tam nikt nic nie zniszczył od trzynastu lat. Ludzie chronią tego miejsca. Po prostu autentycznie dla mnie to jest wielki cud, którego doświadczyłem. . Absolutna dodana wartość – 25 telewizji, japońska, chorwacka, odwiedziło to miejsce i zrobiło filmy. Mamy te 10 ksiąg gości, które założył Zenon Głogowski, mieszkaniec. Już w tej chwili uzbierało się kilkadziesiąt tysięcy wpisów ludzi z całego świata, z Meksyku.

No tak, powinienem już przestać gadać, zaprosimy teraz Państwa do oglądania wystawy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *