A dokładnie – kiedy pojawili się „naziści” w przestrzeni publicznej, jako sprawcy niemieckich zbrodni dokonanych podczas drugiej wojny światowej? I jakie to przyniosło konsekwencje dla Polski w wymiarze historycznym? Pamięć jest ulotna, z czasem zaciera się, mieszając fakty, okoliczności i miejsca. Dlatego, aby zachować prawdę, należałoby jak najszybciej dokonać jej poznania, upowszechnienia i rozliczenia.
Czternastego marca 1960 roku w hotelu Waldorf-Astoria w Nowym Yorku, doszło do nieformalnego spotkania premiera Izraela Dawida Ben Guriona z kanclerzem Niemieckiej Republiki Federalnej Konradem Adenauerem. Rozmowa trwała około dwóch godzin i stała się przełomem dla niemieckiej polityki historycznej. Oto bowiem Ben Gurion zaproponował, by w tekście modlitwy odmawianej w intencji Żydów, ofiar niemieckich zbrodni z II wojny światowej, zmieniono słowo „Niemcy” na „naziści”.
Spotkanie, jak wspomniałem wcześniej, miało nieformalny charakter. Co więcej, było ściśle tajne, zatem nie zostało udokumentowane oficjalnym protokołem dyplomatycznym. Przynajmniej takowy nie został upubliczniony. Skąd zatem wiemy o spotkaniu i zawartej umowie?
W spotkaniu uczestniczyło kilka osób, w tym attache handlowy Izraela Arie Manor i tłumacz. Robiono notatki ze spotkania, których urywki „wypływały” na światło dzienne. Spotkanie nie umknęło także uwadze dziennikarzy, którzy z uwagą śledzili przybycie do Nowego Yorku przedstawicieli obydwu państw. Na podstawie fragmentarycznych informacji, uzupełnionych nowymi danymi, jakie zostały w części udostępnione w 1992 roku, a więc po zjednoczeniu Niemiec, można było dokonać analizy spotkania i ustaleń. A te dotyczyły ważnych dla obu państw kwestii.
Niemcy zostały „rozgrzeszone”, a tym samym „dopuszczone na salony” światowej polityki, w zamian za udzielenie Izraelowi wsparcia finansowego, tak potrzebnego na rozwój gospodarki i zbrojenia. Nie wiadomo dokładnie o jaką kwotę chodziło, w literaturze przedmiotu wymienia się kwotę coroczną wynoszącą 50 mln dolarów. Według dzisiejszej siły nabywczej odpowiada to ok. 300 mln dolarów. Nie musiały to być środki wypłacane w gotówce, mogły nimi być odpowiednio ustalone umowy w zakresie dostarczanych do Izraela produktów czy licencji.
Premier Izraela, nota bene urodzony w Płońsku, znający dobrze język polski, był wytrawnym politykiem. Wiedział, że oficjalne „rozgrzeszenie” sprawców zbrodni na swoich pobratymcach, może mu zaszkodzić w dalszej karierze politycznej. Jeżeli zatem doszło do spisania jakiegokolwiek protokołu, nie został z pewnością na nim ślad dokonany jego ręką. Handel ofiarami niemieckich zbrodni nie zostałby przyjęty w Izraelu z zadowoleniem.
A Niemcy? Oni mieli problem związany z przekonaniem światowych polityków do idei „nowych Niemiec”, wyraźnie odcinających się od czasów III Rzeszy i Hitlera. Inna sprawa, że tak naprawdę wielu działaczy z okresu hitlerowskiego znalazło dla siebie w „nowych Niemczech” miękkie lądowanie. Niemcom zależało zatem na pozyskaniu nie tylko polityków izraelskich, ale także, a może przede wszystkim żydowskich środowisk opiniotwórczych na świecie, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych. Adenauer pisał potem: „Umowa z Izraelem miała decydujące znaczenie dla wizerunku Niemców w świecie. Gdyby nie doszło do jej zawarcia, wizyta w Stanach Zjednoczonych nie przebiegałaby tak owocnie”.
W latach 60. XX wieku było za wcześnie, by w relacjach i opracowaniach o zbrodniach niemieckich, wymieniać jako sprawców inne narody, a nie Niemców. Wtedy jeszcze żyli świadkowie tamtej hekatomby. Ale można było wprowadzać powoli do oficjalnego obiegu termin „naziści” zamiast podawania narodowości niemieckiej. Rozpoczął się proces „przywracania Niemcom dobrego imienia”.
Kto zatem za tamte zbrodnie był odpowiedzialny? Skoro nie Niemcy, a „naziści”, to pod tą nazwą mogli się kryć również „współwinni”. Szukano więc „współwinnych” i znajdowano ich na zasadzie prostego skojarzenia – skoro Żydzi przed wojną mieszkali w Polsce, na ziemiach polskich budowano obozy koncentracyjne, w których ginęli Żydzi, współwinowajcami byli Polacy. Profesor Ludwik Hirszfeld, Polak pochodzący z asymilowanej rodziny żydowskiej, pisał w swoich wspomnieniach „Historia jednego życia”, wydanych w 1957 roku, a więc trzy lata przed ustaleniami Adenauera i Ben Guriona: „Niemcy kiedyś zechcą doprowadzić do zapomnienia o ich odpowiedzialności za zbrodnie na Żydach, być może nawet z pomocą niemieckich Żydów. Wyrzuty za zbrodnie załatwią zamianą za gotówkę lub wpływy. Może na ministra gospodarki wezmą Żyda. I powiedzą sami Żydzi: „Ciszej nad tym grobem”.
A kiedy w 1968 roku miały miejsce w PRL wzajemne rozliczenia w komunistycznym rządzie, w którym tzw. antysemityzm był jedynie przykrywką dla jednych komunistów, by atakować drugich, tych wywodzących się z tego samego pnia – Paweł Jasienica, znany publicysta, mówił podczas posiedzenia Związku Literatów Polskich: „Dzisiaj jakikolwiek akcent antysemicki jest wiązaniem sobie kamienia młyńskiego na szyi, niczym więcej. Bo wystarczy rozejrzeć się po świecie, żeby się zorientować, że odbywa się wielki proces zdejmowania odpowiedzialności za zbrodnie z Niemiec hitlerowskich i przerzucania na nas. O tym pisze prasa na świecie, co do nas nie dochodzi. Te rzeczy temu procesowi tylko pomagają, dostarczają argumentów.”
„Te rzeczy”, to antysemickie hasła w rodzaju „Żydzi do Dajana” (gen. Mosze Dajan, izraelski minister obrony) i im podobne, tak chętnie podejmowane przez ekipę rządzącego w Polsce I sekretarza PZPR Władysława Gomułki. A kiedy w 1979 roku w Stanach Zjednoczonych ukazała się powieść Wiliama Styrona „Wybór Zofii”, na podstawie której nakręcono film w reżyserii Alana Pakuli, książka znalazła się na liście 100 książek XX wieku według francuskiego dziennika Le Monde. W powieści polski profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego o nazwisku Biegański, jest nie tylko przedwojennym antysemitą, ale i rzekomym współautorem planów likwidacji narodu żydowskiego.
Paryska „Kultura” pod redakcją Jerzego Giedroycia, w jednym z numerów zaprotestowała przeciwko tym fałszerstwom. Oczywiste oszczerstwa rzucane wobec narodu polskiego nie przeszkodziły, by jedna z firm wydawniczych wydała w Polsce „Wybór Zofii”. Powieść, dzięki szerokim rekomendacjom polskojęzycznej prasy, znalazła szybko czytelników.
Podtrzymywanie fałszerstwa o polskiej odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie – to był szlagier niektórych wydawców w III RP. I jak tu się dziwić, że ministra rządu kierująca edukacją, czyta z kartki przejęzyczenie: „Na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.
Oczywiście, żadnych konsekwencji nie poniosła.