Zwycięstwo Karola Nawrockiego w polskich wyborach prezydenckich zostało na Węgrzech przyjęte z satysfakcją w kręgach prorządowych oraz z rozczarowaniem wśród większości elektoratu opozycyjnego. Wyjątek stanowiła radykalna prawica, która również raczej z zadowoleniem odniosła się do decyzji polskich wyborców. Odżyła nadzieja, przynajmniej po stronie rządu i radykalnej prawicy, że tradycja polsko-węgierskiej przyjaźni i współpracy wyszehradzkiej – która w dużej mierze ucierpiała z powodu rozbieżnej interpretacji sytuacji na Ukrainie – może zostać ożywiona w nadchodzących latach.
Reakcje zarówno zwolenników, jak i przeciwników rządu Viktora Orbána można tłumaczyć przede wszystkim żywą pamięcią zjawiska nazywanego na Węgrzech „ekspresem warszawskim”. Chodzi o zwycięstwo postkomunistów w Polsce w 1993 roku, a rok później na Węgrzech, oraz o późniejsze kilkukrotne powtórzenie się tego zjawiska. Dla jednych to powód do ulgi, dla innych – do zmartwienia, że tym razem polscy pasażerowie wysiedli z ekspresu, zanim zdążył on przekroczyć granicę. Może to być znakiem, że tym razem ten „ekspres” – który ruszył z Polski w październiku 2023 roku – w ogóle nie dotrze do Budapesztu. Byłoby to jednak zaskoczeniem, ponieważ sytuacja gospodarcza na Węgrzech się pogarsza, co skutkuje coraz bardziej widocznym spadkiem poparcia partii rządzących i rosnącym elektoratem opozycji.
Tak wygląda cała sprawa z lotu ptaka. Są jednak pewne szczegóły, na które warto zwrócić uwagę z punktu widzenia zarówno Polski jak i Węgier.
Mało znanym wątkiem węgierskiego echa polskich wyborów jest problem udziału George’a Simiona, kandydata w równoległych rumuńskich wyborach prezydenckich, w polskiej kampanii wyborczej (wystąpił on po stronie Nawrockiego w Zabrzu), a także rola węgierskiego premiera w kampanii samego Simiona. Po pierwszej turze rumuńskich wyborów prezydenckich, w debacie kandydatów Simion zapowiedział, że przygotowuje się do wspólnej z Viktorem Orbánem walki o chrześcijańską Europę. Orbán zareagował na to bardzo pozytywnie, obiecując, że nie będzie popierał żadnych sankcji przeciwko Rumunii – nawet jeśli Simion wygra tamtejsze wybory.
Tą deklaracją lider węgierskiego rządu wywołał dotychczas największe zamieszanie wśród własnego elektoratu – zwłaszcza w szeregach węgierskiej mniejszości w Rumunii, ale także na Węgrzech i w innych krajach, w których żyją liczne węgierskie wspólnoty. Simion jest bowiem symbolem agresywnego, antywęgierskiego nacjonalizmu wśród sąsiadów Węgier. Rok wcześniej większa partia węgierskiej koalicji rządzącej, Fidesz (której prezesem jest premier Orbán), nie przystąpiła do ugrupowania Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR), pod pretekstem, że została do niego przyjęta partia Simiona.
Węgrzy w Rumunii ogłosili, że – w przeciwieństwie do premiera z macierzy – nie mają zamiaru zapomnieć ani słów, ani czynów (na przykład aktów agresji wobec węgierskich cmentarzy z czasów pierwszej wojny światowej) skrajnego rumuńskiego polityka. W drugiej turze rumuńskich wyborów Seklerzy (Węgrzy stanowiący większość ludności w dwóch województwach Rumunii) stanęli murem za prezydentem Bukaresztu, Nicuşorem Danem, który był kontrkandydatem Simiona. Oburzenie na sympatię premiera Węgier wobec Simiona prawdopodobnie w dużej mierze przyczyniło się do ich mobilizacji. Zwycięstwo Dana nad Simionem Węgrzy żyjący w Rumunii przeżywali niemal jak własne zwycięstwo nad rządem macierzy, który dotąd cieszył się wśród nich ogromną popularnością. (To właśnie Orbán nadał im węgierskie obywatelstwo, którego zostali pozbawieni w traktatach pokojowych po pierwszej i drugiej wojnie światowej.)
Oczywiście wizyta Simiona w Polsce i jego wspólne wystąpienie z Karolem Nawrockim nie należały do tematów pierwszorzędnych ani na Węgrzech, ani wśród Węgrów mieszkających w krajach ościennych, jednak z całą pewnością nie wpłynęły pozytywnie – ani tam, ani tutaj – na wizerunek Polski i polskich konserwatystów. Pozostali zwolennicy Fideszu nie mogą jednak mieć pretensji, ponieważ ich przywódca postąpił podobnie w sprawie Simiona jak przyszły prezydent Polski w czasie swojej kampanii.
Orbán tłumaczył swoje podejście do Simiona koniecznością pojednania i pokojowego współżycia z Rumunami. Jest to poważny argument. Od 1920 roku, kiedy jedna trzecia Węgrów została przyłączona do państw sąsiednich (najwięcej do Rumunii), cała polityka regionalna Węgier koncentruje się wokół dylematu: czy priorytetem powinna być obrona praw mniejszości, czy raczej pojednanie z sąsiadami. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego rząd węgierski jest bardziej skłonny pojednać się z Simionem, który od wielu lat osobiście podsyca antywęgierskie nastroje w rumuńskim społeczeństwie, niż z Wołodymyrem Zełenskim, który może nie darzy Węgrów sympatią, ale nigdy nie był tak otwarcie antywęgierski jak Simion?
Odpowiedź prorządowych Węgrów brzmi, że Zełenski jest o tyle gorszy, że rzekomo chce wciągnąć Węgry i całą Europę w wojnę z Rosją. Zdaniem jednak zwolenników opozycji, prawdziwym powodem sympatii Orbána do Simiona i antypatii do Zełenskiego jest fakt, że Simion – podobnie jak sam Orbán – budzi podejrzenia o związki z Rosją, podczas gdy Zełenski zbrojnie sprzeciwia się rosyjskiej agresji. To znaczy, że solidarność Orbána z Simionem jedynie potwierdza jego prorosyjskie nastawienie. Podobnie opozycja komentuje przyjaźń Orbána z jawnie prorosyjskim premierem Słowacji, Robertem Ficem, który również w przeszłości odznaczał się postawą antywęgierską.
I tutaj widać pewne podobieństwo między Polską a Węgrami, ponieważ przyszły prezydent Nawrocki również był krytykowany za jego wspólne wystąpienie z rzekomo prorosyjskim kandydatem z Rumunii. W odpowiedzi na te zarzuty przedstawiciele PiS ogłosili, że Simion nie jest prorosyjski, a jedynie jego przeciwnicy rozpowszechniają taki obraz. To, czy naprawdę jest prorosyjski, czy nie, oczywiście zależy od tego, co uznajemy za prorosyjskość. Premierowi Orbánowi niewątpliwie sprzyja fakt, że partia stojąca za zwycięzcą polskich wyborów prezydenckich nie uważa za prorosyjskie stanowiska George’a Simiona, który twierdzi, że należy bezwzględnie wstrzymać dostawy broni dla Ukrainy. Wynika z tego, że identyczne stanowisko Orbána, niegdyś ostro krytykowane w Polsce, między innymi w kręgach PiS, również może przestać być postrzegane jako prorosyjskie.
Rządzącym na Węgrzech prawdopodobnie bardzo podoba się również fakt, że przyszły prezydent Polski, w interesie zwycięstwa wyborczego, pozyskał znaczną część głosów elektoratu Konfederacji – polskiej partii, o której mówi się, że jest podzielona w sprawie oceny Rosji. Niekoniecznie ta jawnie prorosyjska część Konfederacji jest interesująca dla Fideszu. Naprawdę korzystni mogą okazać się dla Orbána raczej ci, którzy eksponują swój krytycyzm do kwestii ukraińskiej a potrafią współistnieć w jednej partii i elektoracie z prorosyjskimi konfederastami – sami może nie zachwycają się Rosją, ale nie uważają jej dążeń za problem pierwszoplanowy. Ich powiązanie z elektoratem PiS może bowiem złagodzić dotychczas stanowcze podejście Polski do Rosji – i do tolerancji, jaką okazuje rząd węgierski wobec Rosji.
Nikt nie mówi tego otwarcie, ale z zasadniczej logiki warstwy kierującej rządem węgierskim wynika, że w obecnej sytuacji dostrzegają oni historyczną szansę na zasymilowanie geopolitycznego spojrzenia polskich konserwatystów. Nie ulega wątpliwości, że kryje się w tym możliwość poprawy stosunków polsko-węgierskich po obecnym kryzysie. Istnieje jednak poważny dylemat: która strona upodobni się do drugiej w ramach tej przyjaźni? Czy tradycja przyjaźni z Polską pozostanie nadal szansą dla Węgrów, aby porzucili pozycję quasi-sojusznika Putina, czy też raczej Polska będzie się zbliżała powoli do węgierskiej polityki „otwarcia na Wschód”? Wydaje się, że nowy prezydent Rzeczypospolitej będzie musiał podjąć strategiczną decyzję w sprawie tego dylematu.