Z góry wiadomo, że polityczny scenariusz poza codzienną mniej lub bardziej spodziewaną fabułą, nudnymi albo namiętnymi dialogami oraz udanymi ale też chybionymi akcjami – będzie stanowił przełom dla dalszego przebiegu zdarzeń. Druga tura obecnych wyborów prezydenckich w Polsce jest właśnie takim incydentem decydującym w znacznej mierze o przyszłości kraju.
Dla tych wszystkich obserwatorów politycznego życia, którzy – jak niżej podpisany są zaangażowani emocjonalnie w śledzenie obecnej kampanii – wynik głosowania na prezydenta Rzeczpospolitej z 1 czerwca 2025 roku będzie wyznacznikiem poziomu niepodległości naszego kraju. Niestety już od dłuższego czasu zdaję sobie sprawę, podobnie jak niektórzy moi znajomi, że w Polsce działają siły niemal jawnie antypolskie lub nieudolnie skrywające wrogość do „własnego” kraju. Ta brutalna i brudna kampania miała przynajmniej jeden pozytywny element, iż zaczęto wyraźnie wskazywać i nazywać po imieniu te środowiska polityczne a również i osoby, których skojarzenie z Targowicą jest dosłowne a nie metaforyczne.
W normalnym kraju – gdzie panuje zgoda ze strony wszystkich sił politycznych co do podstawowych interesów państwa – zmiana w wyniku wyborów partii rządzącej jest zjawiskiem naturalnym, będącym przejawem przestrzegania zasad demokratycznych. Rywalizacja środowisk politycznych umownie określających się jako patriotyczne nie wyklucza konfrontacji programowych między nimi. Różnice w propagowanym modelu gospodarczym, systemie podatkowym, kierunków inwestycji, polityce zagranicznej czy organizacji służby zdrowia mogą budzić czasem nawet gwałtowne emocje wśród elektoratu wyborczego, co jednak nie narusza powszechnej świadomości bezpieczeństwa kraju i jego suwerenności.
Rzadko się zdarza, by polityczny obraz był tak wyraziście czarno-biały. Z jednej strony Rafał Trzaskowski reprezentujący zdegenerowaną postkomunistyczną tzw. elitę, podpiętą pod liberalną brukselską kastę, rozpaczliwie broniącą się przed odradzającą się w wielu krajach europejskich konserwatywną prawicą. Z drugiej Karol Nawrocki obywatelski kandydat, który wystartował raczej niemrawo w tym prezydenckim wyścigu, by z czasem dzięki swej sile charakteru i ciężkiej pracy wysunąć się na czoło – z wielkimi nadziejami na zwycięstwo. Wydaje się, iż prawicowy elektorat w dominującej części jest zdecydowany poprzeć Karola Nawrockiego. Hasło „byle nie Trzaskowski” stało się powszechnie akceptowalne po prawej stronie sceny politycznej, również przez przywódców Konfederacji, do których osobiście odczuwam pewną rezerwę, ale zdecydowana postawa ich wyborców nie pozostawia im marginesu balansowania jak choćby 5 lat temu.
Ta kampania wyborcza, o czym napomknąłem wcześniej, wyróżniała się wyjątkowym przepełnieniem propagandowego szamba wymieszanych kłamstw, półprawd i manipulacji. Przerażona przebiegiem kampanii i prawdopodobnie wewnętrznymi sondażami, rządząca koalicja 13 grudnia chwytała się sposobów rodem ze stalinowskiej przeszłości, wciągając w tę grę tajne służby i posłuszne jej media, włącznie z zagarniętą siłowo TVP. Również liberalne media skupione w Agorze (Gazeta Wyborcza i in.) oraz w trzech koncernach niemieckich Ringier Axel Springer (Fakt, Onet), Bauer z Hamburga (m.in. Interia, RMF FM) i Polska Grupa Press czyli d. niemiecki koncern V.Pasau, który opanował 90% rynku prasy regionalnej (m.in. Gazeta Wrocławska) – wydatnie wspierały wiceprzewodniczącego PO Rafała Trzaskowskiego w sposób jawnie kolidujący z dziennikarskim etosem.
Pomimo tej koncentracji medialnej, przy całkowitym pomijaniu przez kandydata rządowego mediów niezależnych, mimo nielegalnego odebrania subwencji największej partii opozycyjnej i tym samym drastycznemu utrudnieniu prowadzenia kampanii wyborczej – i przy milczącej aprobacie instytucji unijnych dla ewentualnych przestępczych działań naruszających lub mogących wypaczyć rezultat wyborczy – przewaga jaką miał na początku kampanii prezydent Warszawy stopniała praktycznie do zera. A wynik wyborczy być może okaże się w najbliższą niedzielę początkiem końca rządów tej zwasalizowanej konfidenckiej formacji kierowanej przez Donalda Tuska – największego szkodnika Polski po roku 1989. Człowieka, który wymyślił „demokrację walczącą”, instytucję zwalczającą politycznych przeciwników w imię (a jakże!) obrony demokracji i praworządności.
Ponad 2500 lat temu w ówczesnym sanktuarium demokracji w starożytnych Atenach zmuszono do wypicia cykuty (trucizny) jednego z największych mędrców, wychowawcy Platona, nazywanego też ojcem filozofii – Sokratesa. Zarzucono mu obrazę oficjalnej religii i zwodzenie, psucie młodzieży, gdy w rzeczywistości krytyka Sokratesa wobec państwa-miasta ateńskiego była na tyle celna, że brakowało argumentów dla jej odparcia. To pokazuje jak kruchą i niestabilną formą rządów jest demokracja, jak łatwo i beztrosko głosując dopuszczamy do władzy ludzi gotowych pozbawić nas naszego państwa czyli też naszego domu.
Cieszę się, że Stowarzyszenie Solidarność Walczącą jednoznacznie opowiedziało się za kandydaturą Karola Nawrockiego. Cieszę się, że dwutygodnik Prawda jest ciekawa oraz Instytut Kornela Morawieckiego wspierają słowem i czynem obywatelskiego kandydata na Prezydenta. Nigdy nie zwątpiłem w moich przyjaciół z SW, którzy są odporni na wszelkie kłamstwa i manipulacje, mając wszczepiony jeszcze w czasach komuny i sprawdzony w różnych bojach ten niezawodny gen – gen patriotyzmu.