Tak jak w dziedzinie polityki, demokracja walcząca ewoluuje w kierunku demokracji pułkowników służb specjalnych, tak w gospodarce ujawnia się jako ekonomika demokracji walczącej.
Podczas gdy premier deklaruje patriotyzm (a nawet – nacjonalizm) gospodarczy, to trzeci największy bank w kraju, będący w rękach zagranicznego kapitału, przechodzi do innego zagranicznego właściciela. Z jego oświadczenia wynika, że kapitał ma narodowość. Szkoda w tym przypadku, że nie polską. W ten sposób krajowa bankowość (w konsekwencji gospodarka) będzie miała tylko 45% polskiego udziału. Tymczasem wobec bezspornych osiągnięć nieudolnej administracji 13 grudnia, jak gigantyczna dziura budżetowa, drożyzna i zwolnienia grupowe – zapowiadany przez premiera patriotyzm gospodarczy wydaje się równie wiarygodny.
W sytuacji krajowego deficytu mieszkań (szacowanego na 1-2 mln), najlepiej radzą sobie parlamentarzyści. Kolekcjoner 12 mieszkań nie zdradza jednak, jak to osiągnąć z poselskich wynagrodzeń. Lewicowa kandydatka na prezydenta traktuje swoje 6 mieszkań jako inwestycję. Charakterystyczne, że minister sprawiedliwości też ma kłopoty z ilością mieszkań, z których usiłowała go wybawić sędzia, awansowana w strukturze resortu. Rotacyjny marszałek sejmowy, który tak skompromitował się na pogrzebie papieża, też ma kłopoty z nieruchomością (zaniżona wartość). Niemniej oba te przypadki nie przeszkadzają mu w wyborach prezydenckich. Tak jak stołecznemu prezydentowi, który toleruje pretekst rewitalizacji kamienicy do usuwania mieszkańców, czyli po staremu „reprywatyzacja”. Niezależnie od tego, imponuje liczba mieszkań nabywanych przez cudzoziemców (w 2024 roku – 17,3 tys., czyli 10% rynku). Najwięcej w Warszawie (3535), Krakowie (1523), Wrocławiu (1491). Wśród kupujących najwięcej Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Hindusów, Brytyjczyków, Wietnamczyków.
Za „pierwszego” Tuska wyprzedano ok. 900 przedsiębiorstw państwowych. Żałosna kwota 56 mld zł nie wystarczyła do zasypania dziury budżetowej (trzeba było przejąć OFE). Teraz – gdy firmy dołują – widmo ich „prywatyzacji” staje się coraz bardziej realne. Niemniej Prokuratoria Generalna, której zadaniem jest kontrola następcza (niestety po sprzedaży, a nie przed) umów prywatyzacyjnych nie przejawia dostatecznej aktywności. Niewywiązywanie się nabywców z warunków umów powinno skutkować ich nieważnością, bądź odszkodowaniem. Nie wykorzystuje się tych możliwości, czego przykładem są „prywatyzacja” Telekomunikacji Polskiej (przejętej przez francuską firmę państwową), czy wrocławskie „Elwro”, które po przejęciu przez Siemensa przestało istnieć.
Zwijanie przemysłu
Położenie geopolityczne naszego kraju predestynuje go do roli mocarstwa środkowoeuropejskiego. Nic więc dziwnego, że od wieków nasi sąsiedzi chcą tę rolę unicestwić. Tym bardziej, że obfite zasoby naturalne (węgiel, gaz, miedź, siarka, wody geotermalne) byłyby podstawą do wysokorozwiniętej gospodarki. Niestety brukselskie zielone szaleństwo uniemożliwia (ogranicza) korzystanie z elektrowni węglowych, czyli najtańszej energii elektrycznej. Gdyby było to możliwe, polski przemysł byłby bezkonkurencyjny w brukselskiej gospodarce. Do tego jednak brukselokraci nie dopuszczą – nie po to przyjmowali „nowe” kraje do unii, by nie pracowały na „stare”, by nie były neokoloniami (rynek zbytu, rezerwuar taniej siły roboczej). I żadne organizacje pozarządowe nie protestują.
Co innego przeciw polskim inwestycjom surowcowym, czy elektrowniom węglowym. Wtedy ekologiści łączą się z sądami. Ich sojusznikami są niemieccy urzędnicy, blokujący odwiert Wolin East-1 w Zatoce Pomorskiej pod pretekstem szkodliwego oddziaływania na środowisko. Tymczasem byłoby zadaniem dla polskich ekologistów, by powstrzymać zwiększoną emisję siarki z niemieckiej rafinerii w Schwedt, z której docierają w dolinę dolnej Odry „kwaśne deszcze”, gdzie ma powstać Park Narodowy.
Dziełem PO-fachowców jest kryzys w tzw. holdingu Tuska, czyli w 21 spółkach Skarbu Państwa. Osiągnęły najgorszy wynik w historii – strata na giełdzie 3,3 mld zł w IV kw. 2024 roku. Dla kompetentnych menadżerów byłoby wyzwaniem wyciągnąć spółki z dołka, ale co robiliby wówczas PO-fachowcy. A byłoby co robić, gdy polskie huty dogorywają, a 80% stali trzeba importować. Hutnicy domagają się wsparcia resortu przemysłu i Komisji Europejskiej, ale sytuacja nie zmienia się (polskie huty wykorzystują tylko 67% mocy produkcyjnej). Bo jak konkurować z firmami pozaeuropejskimi, gdy energia w Azji czy Ameryce jest kilkakrotnie niższa. Dla odważnych byłaby likwidacja zielonego szaleństwa, ale jak na razie nie widać takich.
W kraju, gdzie złoża węgla szacuje się na setki lat, rośnie ubóstwo energetyczne. Liczba ludzi, którzy muszą redukować wydatki, by mieć ogrzewanie i prąd, to nawet 2-3 mln. Gdy resort klimatu stawia na OZE (import starych niemieckich wiatraków), awaria systemu energetycznego w Portugalii, Hiszpanii i Francji pokazała zawodność odnawialnych źródeł energii, nie mówiąc o miliardowych stratach w gospodarce. Byłby więc interes w rozwoju czystych technologii węglowych. Czy ktoś go podejmie – po latach indoktrynacji ekologistycznej – wątpliwe, ale Nobel pewny.
Rezygnacja z budowy pełnowymiarowego CPK to rezygnacja z miliardowych dochodów, także z ceł za transport cargo. Widać administracji 13 grudnia nie zależy na dochodach, bo spadają obroty przeładunkowe w naszych portach (w 2024 roku o blisko 9% wobec poprzedniego roku). Właściciele zachodnioeuropejskich portów zacierają ręce. Mimo trwającej wojny, krajowy przemysł zbrojeniowy nie ożywił się, nie powstała fabryka amunicji. Być może PO-fachowcy liczą na zbrojeniówkę krajów brukselskich, ale nie jest to przecież żadne rozwiązanie.
Zielone rolnictwo
Polscy rolnicy mogliby wyżywić cały kontynent europejski, ale nie po to wstępowali do soc-chozu brukselskiego, by zarabiać. Brukselokraci wiedzą lepiej, jak gospodarować na roli. Wykończą rolników zakazami, dyrektywami, normami. Zresztą po co nam rodzimi rolnicy, skoro żywność Mercosur jest tańsza, a w zamian niemiecki przemysł motoryzacyjny zarobi na eksporcie. Poza tym po co w ogóle rolnicy mają się trudzić, gdy można produkować sztuczną żywność, nie mówiąc o robakach. W ten sposób będzie można zrenaturyzować całe połacie ziemi, co ma niebagatelne znaczenie, skoro „planeta płonie”.
Tymczasem strategia rozwoju rolnictwa może zależeć nie tylko od rewolucyjnych przemyśleń ekologistów i klimatystów, ale także od zwykłego przypadku. Gdy ulubiony kuc brukselskiej komisarzycy został pogryziony przez wilki, zaraz zmieniła się polityka wobec tych drapieżników, które rozmnożyły się nad podziw na naszym kontynencie. Zagrażają rolnictwu i mieszkańcom wsi. Niemniej nasz resort klimatu nie zamierza ograniczać populacji tych szkodników. Króluje miłośnictwo zwierząt nad człowiekiem, chyba że brukselokraci zmienią zdanie.
Chociaż podstawową powinnością lasów państwowych jest pozyskiwanie drewna, to nie dla resoru klimatu. Zamierza on w ciągu 5 lat zmniejszyć zatrudnienie o ponad 3 tys. pracowników (do tej pory pracę straciło ok. 3 tys. osób) i wyłączyć z użytkowania 1,5 mln ha gruntów leśnych (20%). Celem ma być ustanowienie bliżej nieokreślonych lasów społecznych. Byłaby to cena za ograniczenie potencjału branży drzewnej.
Jak na razie maleją dochody lasów państwowych – w 2023 roku było blisko 640 mln zł, na bieżący rok przewiduje się 400 mln zł. Oczywiste, że im mniej surowca, tym gorsza sytuacja firm meblarskich, będących do tej pory w światowej czołówce. Skorzysta na tym konkurencja, ale to jak widać nie interesuje resortu klimatu. Tak jak eksport drewna do Chin – w 2024 roku o 26% więcej niż w 2023 – oraz zalew produkcji meblarskiej z tego kraju na naszym rynku. Co innego wiatraki. Te będzie można stawiać już 500 m od domów. Natomiast parki narodowe zostały troskliwie uszanowane: 1500 m minimalnej odległości od wiatraka. Jest więc pole do popisu dla organizacji pro-ludzkich, dotychczas zdominowanych przez pro-przyrodnicze.
Krętacka judykatura
Jednolity unijny rynek pozostaje jedynym argumentem za obecnością naszego kraju w soc-chozie brukselskim (9-krotny wzrost eksportu rolno-spożywczego). Jednak gdyby zbilansować te korzyści materialne, wliczając utrudnienia wynikające z ideologizacji gospodarki, a przede wszystkim indoktrynację społeczeństwa neomarksizmem – to cena tej akcesji nie byłaby jej warta. Tym bardziej, że nie jest tajemnicą, że firmy wynoszą się z krajów unijnych ze względu na zielone technologie, obniżające ich konkurencyjność. Z drugiej strony brukselokraci, posługując się pretekstem wojny rosyjsko-ukraińskiej, dynamizują proces konstrukcji unijnego superpaństwa i destrukcji NATO, których to okoliczności nie było podczas akcesyjnego referendum.
Wybory parlamentarne wyborami, ale przecież brukselokraci dobrze wiedzą, kto powinien rządzić w krajach członkowskich. W Rumunii „przekręcono” wybory prezydenckie, pod pretekstem ruskich wpływów (były brukselskie). We Francji z wyborów prezydenckich wyeliminowano prawicową opozycję. W Polsce brukselokraci mamili prawicowy rząd jakimiś funduszami, które blokowali. Wynika z tego, że demokracja brukselska jest wtedy, gdy rządzi liberalna lewica. Nawet – a może tym bardziej – wtedy, gdy rezygnując z podmiotowości państwa, podporządkuje się brukselskim ambicjom super państwowym.
Katalog brukselskich praw człowieka coraz to się rozszerza. Aborcja, eutanazja, in vitro, homo-związki, tranzycja, surogacja, eksperymenty na embrionach, handel zarodkami, eutanazja czyli „godna śmierć”. Wszystko dla dobra człowieka. Brukselski humanizm w każdym kraju członkowskim. Obywatele brukselscy powinni mieć świadomość, że człowiek jest szkodnikiem, który zagraża dobrostanowi „matki ziemi”, tym bardziej gdy „planeta płonie”. W tym ideologicznym bełkocie zapomina się, że obowiązkiem państwa jest także rozwój przemysłu farmaceutycznego, który w naszym kraju pozostaje nierozwinięty (unijne normy środowiskowe).
Wykorzystując neomarksistowską technologię podmiany pojęć, przekręcania znaczeń, forsuje się w naszym kraju brukselskie absurdy, jak choćby ten, że migracja wzbogaci kulturowo zachodnią cywilizację. Zaś prawnicy brukselscy łatwo orzekną, że wyroki unijnych trybunałów są ważniejsze od konstytucji państw członkowskich. Taki brukselski mędrzec może nawet orzec, że polski Trybunał Konstytucyjny nie musi być finansowany, bo jego legalność podważył unijny trybunał. Brukselska judykatura stawia się ponad demokracją, wolą obywateli, choć jest samozwańcem i uzurpatorem z politycznego nadania. W tej sytuacji można tylko postulować powrót do źródeł, do ideałów ojców-założycieli.