Natura ludzka jest taka, że wojen nie da się uniknąć. Można jednak prawdopodobieństwo ich występowania zminimalizować. Pewien nieżyjący już Papież proponował, żebyśmy w tym celu przestali produkować broń. Nie wiem jednak, czy Polaków przekonał. Tak jak – sądząc z wyników wyborów – chyba nie przekonał nas pan Maciej Maciak, wysuwający podobne koncepcje.
Tym niemniej problem jest poważny, bo ostrzeżenia o zagrożeniu pokoju światowego coraz bardziej stają się realne. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI w. Rosja nie ośmieliłaby się napaść na Ukrainę – choć próbowali zająć Gruzję. Iran nie ośmieliłby się uruchomić Hamasu do zaatakowania Izraela, nikt by nie myślał z troską o Tajwanie, a bezpieczeństwo Polski po wstąpieniu do NATO i UE zdawało się nienaruszalnym dogmatem. Teraz wiemy, że tak już nie jest. Cóż więc się zmieniło, że głosy niepokoju o naszą suwerenność i bezpieczeństwo międzynarodowe wydają się brzmieć bardzo poważnie? Tylko pani prof. Joanna Senyszyn pewna jest, że nic nam nie grozi, ale słyszałem głosy, że nie jest ona najpoważniejszym polskim politykiem (choć ma piękne korale).
Warto więc postawić sobie parę pytań. Myślę, że nie wystarczy informacja, kto jest zły, kogo więc należy zwalczać. To tylko reakcja, a nie poważna analiza. Tak powstają reaktywne ideologie wierzące, że eliminacja jakiejś kategorii ludzi uczyni świat lepszym.
W pierwszym rzędzie zapytałbym o przyczyny wojen. Ostatnio słyszałem, że ich przyczyną jest nienawiść. To na pewno prawda, ale człowiek o zacięciu analitycznym raczej powinien poszukiwać głębszych ciągów przyczynowo skutkowych. Narastanie nienawiści, które może skutkować wojną, też ma swoje przyczyny.
A może przyczyna rosnących napięć, zarówno międzynarodowych, jak i do nich prowadzących napięć wewnątrz poszczególnych krajów, jest analogiczna do tej, która leżała u podstaw dwóch wielkich wojen w pierwszej połowie XX wieku, uruchamiając przy tym zwariowane ideologie, które wymordowały miliony ludzi na świecie? Na największą skalę w historii.
Otóż gdzieś od przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, wszędzie w krajach rozwiniętych, i nie tylko, znów narastają rozpiętości dochodów, eliminujące klasę średnią, podporę demokracji i stabilnego rozwoju. Historia uczy, że narastanie nierówności, nawet jeżeli najpierw może przyspieszyć rozwój gospodarczy, z czasem zaczyna go hamować. Klasy możnych i wpływowych zamykają się, uniemożliwiając awans ludziom najzdolniejszym i rozwój dużych biznesów przedsiębiorcom, którzy nie są z nimi związani. Oligarchowie zaczynają też bać się zmian, a te w epoce narastającej globalizacji stają się niezbędne dla utrzymania i rozwoju konkurencyjności przez adaptacyjność i innowacyjność gospodarki. Te procesy powodują kumulowanie się poczucia krzywdy i niezadowolenia wśród biedniejszych, odsuniętych od wpływów. Owa kumulacja łatwo przy różnych załamaniach i wywołanych przez nie zmianach zamienia się w gniew i bunt. Tego boją się rządzący i wspierający ich możni, przez co często próbują skierować wrogość ludu na zewnątrz. Wcześniejszą otwartość na współpracę i związaną z nią, postulowaną przez Jana Pawła II, długomyślność, zastępują powodowane lękiem strategie egoistyczne. Napędza się w ten sposób sprzężenie zwrotne nienawiści. Dlatego zwykle w historii to właśnie narastanie nierówności leży u podstaw różnych rewolucji i wojen.
Bardzo dobrze więc, że mamy nowego Papieża, który przyjmując imię Leona XIV świadomie nawiązał do osoby i wielkiego dzieła twórcy nowoczesnej katolickiej nauki społecznej. Wielka Encyklika Leona XIII, z końca XIX wieku, Rerum Novarum – o kwestii robotniczej, wskazała drogę i przyczyniła się najpierw do powstania ruchu chrześcijańsko-społecznego, potem zaś do zrozumienia procesów rozwoju społecznego i gospodarczego pełniej i głębiej niż proponowały to reaktywne i przez to jednowymiarowe ideologie, chcące przez eliminację jakiś wyimaginowanych wrogów uczynić świat lepszym, ponoć opartym na nauce i postępie.
Katolicka nauka społeczna, rozwijana potem przez następców Leona XIII, pokazywała w różnych wymiarach i kontekstach historycznych, że nie walka i nienawiść prowadzą do stabilnego i sprawiedliwego rozwoju, ale dialog i współpraca, docenianie każdego człowieka. Że różni ludzie i różne grupy społeczne – jeżeli dobrze się ułoży między nimi relacje – są sobie nawzajem potrzebne. Uświadamiała skłóconym społecznościom, że z pozoru przeciwstawne wartości w istocie nie stanowią sprzeczności, tak jak to widziały walczące ideologie, ale – przy pełnym, holistycznym spojrzeniu na te problemy – okazuje się, że jedne bez drugich są niepełne i kulawe.
I tak:
1. Postawienie jako najwyższej doczesnej wartości godności każdego indywidualnego człowieka, przestanie być fikcją, jeżeli realizować ją będziemy we wspólnocie, którą scala wynikająca z najważniejszego przykazania Ewangelii zasada miłości. Ta perspektywa pokazuje, że wolność jest w istocie niemożliwa bez sprawiedliwości, zaś sprawiedliwość bez wolności staje się fikcją ideologiczną.
2. Podobnie w wymiarze wspólnotowym – dobrego uniwersalizmu i różnych wspólnot międzynarodowych nie da się zbudować rozbijając i tłumiąc łączące ludzi i mobilizujące do wspólnych wysiłków, zakorzenione w historii tożsamości narodowe. Z drugiej zaś strony koncentracja na egoizmie narodowym hamuje rozwój i przecina na dłuższą metę szanse takiego narodu. Tak jak naród jest wspólnotą, nie tylko osób, ale również wielu mniejszych wspólnot, tak i szersza integracja międzynarodowa ma sens wówczas, kiedy będzie wspólnotą wolnych, niepodległych narodów, które w niej nie zatracą swej podmiotowości i nie zostaną zmarginalizowane przez silniejszych.
3. Okazuję się też, że jednostronna koncentracja na postępie, odrzucającym niesioną przez myślenie konserwatywne mądrość zawartą w doświadczeniach wieków, prowadzi ludzkość na manowce. I przeciwnie – konserwatyzm murujący tylko dotychczasowe myślenie i nie dostrzegający wyzwań ukazywanych przez znaki nowych czasów, cofa społeczeństwa w rozwoju i w reakcji powoduje bunt młodych pokoleń przeciw tradycyjnym wartościom, bez których lądują one potem na manowcach.
4. Okazuje się również, że anarchistyczny koncept wyłącznie oddolnej samoorganizacji społeczeństwa, bez scalającej go odgórnej struktury państwa, musi doprowadzić do chaosu i niemożności podejmowania większych zadań – co tylko mnoży konflikty, a nie je rozwiązuje. Z drugiej strony zarządzanie jedynie odgórne, gdzie decyzje spływają w jednym kierunku ku dołowi, może w pewnej perspektywie pomóc w przełamaniu barier, w zbudowaniu lepszych rozwiązań. Szkody są jednak znacznie większe, bo na dłuższą metę taki centralizm prowadzi do mnożenia decyzji błędnych, nieopartych na znajomości szczegółowych problemów wspólnot mniejszych. Wspólnoty te więc z czasem ulegają atomizacji, ludzie nie mając wpływu koncentrują się na własnych, wąsko pojętych celach, przez to przestają być zaangażowani w dobro wspólne, oduczają się śmiałości myślenia, kreatywności. I przede wszystkim – przez brak wpływu na otaczającą ich rzeczywistość – gorzej realizują swoje człowieczeństwo, mając mniej twórcze życie, odnoszą z niego mniej satysfakcji, mniej rozwijają się osobowo. To łamanie zakorzenionych w naszej naturze praw człowieka, jako osoby powołanej do współuczestnictwa w dziele stwórczym Boga przez czynienie świata lepszym.
Można jeszcze wyliczyć wiele takich pozornych sprzeczności między wartościami i rozwiązaniami. Ideologie zaś zwykle koncentrują się na jednej z nich, tej wcześniej zagrożonej i niedocenianej, te zaś które wydają im się z nią sprzeczne, a które najczęściej rzeczywiście były nadużywane – zwalczają i czynią z osób i społeczności rozumiejących ich znaczenie – wrogów, których trzeba wyeliminować. Z czasem tworzą więc społeczność znów jednostronną, która nadużywając jednych wartości, powoduje coraz bardziej dotkliwy deficyt tych z pozoru przeciwnych. Narastają więc problemy i konflikty społeczne i pokusa rozwiązywania ich siłą. Na pewno każdy z czytelników tego tekstu potrafi bez trudu wymienić wiele takich pozornych sprzeczności między wartościami w najnowszej historii naszej, i nie tylko naszej, cywilizacji.
Problem polega właśnie na tym, że rzeczywiście różne wartości i rozwiązania ustrojowe bywają nadużywane, że wpływowe elity znajdują rozwiązania, które zapewniają im pozycje uprzywilejowaną, a to zawsze z czasem prowadzi do ograniczenia uczestnictwa, czyli praw człowieka wszystkich obywateli, to zaś musi prowadzić do ograniczenia i zatrzymania rozwoju. Człowiek bowiem twórczy może być tylko w akceptującej go wspólnocie, z którą może się utożsamić i świadomie, bez przymusu, angażować się w realizację jej celów rozwojowych, gospodarczych, kulturowych, naukowych, intelektualnych i – warunkujących wszystkie – etycznych. Słyszałem niedawno w radiu audycję, w której mądra pani psycholog została zapytana, co najbardziej przyczynia się do szczęścia człowieka zagubionego w złożonej rzeczywistości. Bez namysłu powiedziała, że przynależność, że akceptacja grupy, wsparcie i zrozumienie bliskich.
Tak więc zarówno godność człowieka, jego szczęście, jak i potrzeba dynamicznego rozwoju Polski jako dobra wspólnego wszystkich ludzi tu żyjących, kładzie na szeroko pojęte narodowe przywództwo Polaków zobowiązanie do podjęcia poważnej debaty nad stworzeniem takiego systemu polityczno-gospodarczego opartego na dojrzałym systemie aksjologicznym, który ten rozwój zagwarantuje. Bez tego nie tylko będziemy żyli gorzej, ale także Polska będzie mniej bezpieczna. Mniej bezpieczna będzie również Europa, która przecież tak niedawno przeszła straszliwe wojny i była nieludzko niszczona przez opętańcze ideologie.
Jeżeli zaś przeanalizujemy wszystkie praktycznie cudy rozwojowe po II wojnie światowej, okazuje się, że każdy z nich poprzedzony był jakimś rodzajem szerokiego dialogu społecznego, prowadzącego do stworzenia planu nie skopiowanego z zewnątrz, ale zakorzenionego w miejscowej kulturze i doświadczeniach dziejowych. Doświadczenia innych narodów mogą być ważną inspiracją i dostarczać wiedzy dającej pełniejsze zrozumienie procesów, ale na pewno nie wystarcza ich tylko skopiować i odgórnie narzucić społeczeństwu.
Polska posiada dziś w Europie, kto wie czy nie najpoważniejszy potencjał kulturowy do podjęcia takiej debaty.
Warto podjąć poważną debatę, taką jaka odbyła się w końcówce i po drugiej wojnie światowej i zaowocowała m.in. Bretton Woods, ONZ-tem z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, MFW i BŚ, chadecją z jej społeczną gospodarką rynkową i integracją europejską, encyklikami społecznymi i Soborem Watykańskim II, dekolonizacją, etc. Teraz brak refleksji nie tylko u nas. A nadciągają dwa straszliwe zagrożenia – narastanie nierówności oraz załamanie demograficzne we wszystkich krajach rozwiniętych, które wszędzie owocują stagnacją gospodarczą. I to nie z powodu braku rąk do pracy, ale z powodu braku adaptacyjności gospodarki, bo ludzie starsi nie lubią zmian. A my nadto tkwimy w systemie postkolonialnym, który wszędzie gdzie występuje dodatkowo osłabia szanse rozwojowe. Też warto na ten temat debatować, a nie zwalczać tylko „ruchy nacjonalistyczno-populistyczne” które są nieuniknionym wynikiem narastania niezadowolenia społecznego.
Nowy Papież zdaje się te prawidłowości, które pokoleniu powojennemu dały w skali świata przynajmniej ćwierć wieku stabilnego pokoju i rozwoju, znakomicie rozumieć. Leon XIV mówił do kardynałów 10 kwietnia, na parę dni przed rocznicą ogłoszenia encykliki Rerum Novarum (15.04.1891), o jej znaczeniu i ważnych kierunkach myślenia w niej wskazanych, które chroniły nas przed rozwojem reaktywnych i jednostronnych ideologii, a poważnie potraktowane przyczyniały się do stabilnego pokoju i rozwoju. Przypomniał też kolejne encykliki społeczne następców swojego imiennika, które w nowych warunkach i wobec nowych wyzwań aktualizowały przesłanie tej encykliki. Jego nieco późniejsze wystąpienie do dyplomatów ukazało problemy pokoju i rozwoju w dzisiejszej perspektywie.
Możemy więc liczyć na zrozumienie i wsparcie tego jak się zdaje, mądrego i odważnego przywódcy Kościoła powszechnego.
Jest nadzieja, że i polski Kościół powróci do misji społecznej, mając takich ojców jak bł. prymas Stefan Wyszyński, św. papież Jan Paweł II, a wcześniej wielu innych przywódców duchowych, takich jak choćby bp Adamski i prymas Hlond, którzy świetnie rozumieli misję społeczną Kościoła.
Nie zwalnia to oczywiście środowisk świeckich od podjęcia wyzwania, od potrzeby debaty i głębszej analizy, jak zbudować społeczeństwo włączające wszystkich, w którym beneficjenci poprzedniego dialogu, tego przy okrągłym stole, nie będą już zamkniętą warstwą uprzywilejowaną. Potrzebne jest zorganizowanie nowego, bardzo poważnego i głębokiego dialogu społecznego nad takim systemem gospodarczo-społecznym, który odbuduje oddolną strukturę społeczną, w którym władza nie będzie zwalczała i zamykała do więzień tych, którzy próbują skutecznie walczyć z korupcją i budować organizacje społeczne oparte na myśli chrześcijańsko-społecznej oraz na tożsamości narodowej zakorzenionej w naszej kulturze, tak przecież otwartej na współpracę ponad podziałami.
Taki dialog społeczny to najlepsza droga do bezpieczeństwa Polski, do przezwyciężenia barier rozwojowych i zapewnienia Polsce dynamicznego rozwoju.
To może być także inspiracja, a potem praktyczna pomoc, dla innych krajów postkomunistycznych, do przezwyciężenia hamującej rozwój spuścizny tego destrukcyjnego ustroju. Bo współpraca narodów Międzymorza, wspieranych przez Skandynawię i USA, wydaje się być najlepszą drogą do zbudowania trwałego pokoju w Europie. Gen. Władysław Sikorski, który przewidywał po wojnie potrzebę integracji europejskiej, ostrzegał, że uda się ona, jeżeli będzie oparta na wewnętrznej równowadze sił krajów naszego kontynentu. Dlatego chciał powrócić do koncepcji zbliżenia krajów Międzymorza.
Myślę, że nowy Prezydent Rzeczypospolitej, wybrany przez nas 1 czerwca, powinien zrobić wszystko, żeby taki dialog społeczny w Polsce przygotować i przeprowadzić. To zadanie bardzo trudne. Lech Kaczyński zaproponował przeprowadzenie Paktu Społecznego. Ta koncepcja jednak nie spotkała się z odpowiednim zrozumieniem ówczesnego rządu pana Kazimierza Marcinkiewicza. Uczestniczyłem wówczas w rządowym zespole, który ów pakt miał przygotować. Zupełnie zabrakło wtedy poważnej debaty jak to zrobić i do czego taki pakt ma prowadzić. Ci, którzy zwracali na to uwagę, nie byli przez urzędników słuchani. Szkoda, że rozumiejący te sprawy Prezydent sam się nie zajął zorganizowaniem takiej debaty.
Teraz warto, wyciągając wnioski z tamtej porażki, podjąć na nowo jego mądrą ideę. Warunkiem jest, żeby w drugiej turze wyborów prezydenckich zwyciężył kandydat z charakterem, który otwarty jest na sięgnięcie do bogactwa naszej tradycji narodowej, który rozumie katolicką naukę społeczną i jej znaczący wpływ na przyjęte po II wojnie w wolnym świecie rozwiązania ustrojowe i zasady relacji międzynarodowych, który w końcu chce i potrafi wystąpić w imieniu polskich środowisk i grup społecznych po okrągłym stole wyłączonych jako narodowe i katolickie – tych wszystkich Polaków biedniejszych i rozproszonych, nie rozumianych przez elity okrągłostołowe. Bez włączenia których jednak, bez dania im narzędzi wpływu, Polska niedługo zatrzyma się w rozwoju i przestanie być bezpieczna.
Przydatne linki:
Leon XIV do kardynałów
„Rerum digitalium” – nowe odczytanie encykliki Leona XIII z perspektywy papieży
Leon XIV do Dyplomatów
O poglądach społecznych prezydenta Lecha Kaczyńskiego do przywódców Polonii świata, 10.11.2022 we Wspólnocie Polskiej: