Słońce z Ameryki

Nasz aktualny mocodawca opromieniał się peruwiańskim słoneczkiem. Wówczas miał rację. Chociaż jego cień nie kojarzy się najlepiej. My odkładajmy na wakacje w tym niesamowitym kraju. Machu Picchu i jezioro Titicaca to oczywiście hity wyprawy, które opiszę osobno. Tymczasem wylądujmy w stolicy.

Nie wszyscy odbierają wielomilionową Limę jako moloch otoczony slumsami. W normalnej zabudowie mieszka tu tylko kilkaset tysięcy mieszkańców. Jakkolwiek ich ulice ogrodzone płotami zamykają się przed wieczorem. Moja przyjaciółka Marta, która wraz z mężem Volkerem zaczyna kolejny kilkuletni pobyt w odległym od Niemiec i Polski kraju, jest nastawiona do życia w stolicy Peru pozytywnie. Volker uczy tam języka niemieckiego, a Marta wędruje po historycznym centrum, ekskluzywnej dzielnicy Miraflores nad oceanem i urokliwym Baranco, gdzie słychać la fior de la canela, a plastycy wystawiają swe awangardowe dzieła.

Ja jednak wolę w ciągu jednej nocy niedospanej w autokarze znaleźć się od razu w magicznym pępku świata – jak określają globtroterzy – Cuzco. Mało tego. Wkrótce z tarasiku kawiarenki patrzę na Plaza de Armas, czyli sam pępek pępka świata, w co nie wątpią zwłaszcza tubylcy. Tu odbywają się fiesty, z których najbarwniejsza jest wielkanocna z procesjami, ale niewiele jej ustępuje pierwszomajowa, z korowodem pracowników różnych cechów. W grudniu, w najkrótszą noc w roku, płoną tu ogromne ogniska, a obrzędy i tańce mają odpowiednik w naszych świętojańskich zwyczajach.

Zamyśliłem się, jak tu wygląda karnawał, gdy nagle ktoś stawia swój plecak przy moim stoliku. To Indianka, a właściwie powinienem pomyśleć – obywatelka Peru. Tak bowiem kazał nazywać Indian generał Jose de San Martin ogłaszając w 1821 roku niepodległość tej umęczonej przez konkwistadorów ziemi Inków. Ponad miastem znajduje się przecież ruina wielkiej kamiennej fortyfikacji, gdzie mimo 20-krotnej przewagi jej obrońcy w połowie XVI wieku ponieśli sromotną klęskę. Palna broń, konie, ale przede wszystkim zdrada, były jej przyczyną. Jednak spojrzenie kobiety jest harde, a w oczach jej odbija się jezioro Titicaca.

Z plecaka wyjmuje kilkanaście obrazków namalowanych akwarelą. Na wszystkich jest znajdująca się vis a vis kawiarenki katedra. Pisze mi cenę na bibułce, w solach i palcami pokazuje, że to 20 dolarów. Kręcę głową, choć podoba mi się… Kobieta bardziej niż katedra. Kto to namalował? – pytam. Pokazuje na siebie, a widząc moje powątpiewanie, natychmiast wyciąga czystą kartkę, kilkoma ruchami szkicuje katedrę i już sięga do plecaka po farbki. Nie daje się zaprosić na kawę, ale gdy biorę ją za rękę pozwala się sprowadzić po schodkach na plac. Obok na chodniku handlarki z podobnymi obrazkami śledzą nas z zazdrością.

Wchodzimy w uliczkę prowadzącą pod górę, którą wieńczy niewielki kościółek. Iglesia de Santa Teresa – pokazuje na zabytek i na siebie. – Me llamo Teresa! Uśmiech odsłania jej białe zęby. Tereska – namaluj mi to. Jeśli dwoje ludzi chce się dogadać, naprawdę nie trzeba znać obcych języków. Tereska zaczyna szkic od postaci staruszek niosących jakieś wielkie toboły, które rozsiadły się przed kościołem… Wystarczy – mówię do niej – Quanto es? Te słowa znam już dobrze. Ona też odpowiada pytaniem – Commo te llamo? Teraz, gdy w odpowiedzi ujawniłem swoje imię, śmiejąc się pokazuje znów palcami 20-dolarową kwotę.

Tyle mi właśnie zabraknie na koszulkę z wyhaftowanymi geoglifami na pustyni Nasca. Pozostanie więc zapamiętać to niezwykłe wrażenie, gdy małym samolocikiem zataczaliśmy krąg nad jedną z największych tajemnic na Ziemi.

Kilkusetmetrowy pająk, małpa, ryba… Dlaczego ryba, skoro do oceanu ponad 100 kilometrów? Dla kogo mieszkańcy tej gorącej pustyni wybierali mozolnie kamienie, by stworzyć tę grafikę widoczną tylko z lecącego wysoko pojazdu? Jacy znakomici geodeci musieli kierować tym przedsięwzięciem? Gdyby nie było dowodów, że stało się to około 2000 lat temu, miałbym pewność. To szalbierstwo peruwiańskich organizacji turystycznych, wykorzystujących reklamę Denikena.

Nie wiem, czy więcej zarobiono by tu na złożu ropy naftowej. Lądujemy i przemieszczamy się nad ocean. Piasek na plaży jest tak nagrzany, że można iść na bosaka. Słoneczko Peru w akcji. Naraz bardziej od piasku gorąca wiadomość! Od 8 maja jednak Słońce. Nowy papież Leon XIV to misjonarz przez lata działający w tym pięknym, ale niespokojnym kraju. Tu przecież w 1991 roku zostali zamordowani przez komunistyczną partyzantkę polscy misjonarze Zbigniew i Michał, którzy zostali beatyfikowani. Zatem nowy papież jest zdecydowanie jasną postacią z Ameryki. Północnej i Południowej. Niech rozproszy chmury zbierające się nad światem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *