ogrodowo
Po ubiegłorocznych kwietniowych przymrozkach, które miejscami dochodziły do minus 10 stopni i zmasakrowały wybujałą już roślinność, obawialiśmy się wszyscy powtórzenia tej anomalii pogodowej w tym roku. Pozostał w pamięci przygnębiający widok sczerniałych pędów orzechów włoskich, winorośli i pnączy wszelakich, obumarłych kwiatów wisterii, porażonych przyrostów roślin ozdobnych, opadłych zawiązków owoców. Ze smutkiem i żalem patrzyło się na spustoszenia w ogrodach. Czy zmrożone rośliny odżyją – zastanawialiśmy się, nie do końca ufając sile przyrody. Pozbierały się, wyrosły nowe pędy i świeże listki, tylko zakwitnąć już nie zdołały, drzewa owocowe nie obrodziły.

Mamy w ogrodzie kilka wiekowych jabłoni, jeszcze poniemieckich, sadzonych ręką Schirdewahna, pierwszego właściciela domu. Miał chyba szczególne upodobanie do jabłoni, bo jak pamiętam z dzieciństwa było ich bardzo dużo, każda innej odmiany, w tym moja ulubiona koksa, na którą zapraszałam koleżanki, gdy wracałyśmy ze szkoły. Wzdłuż płotu rósł szereg jabłoni prowadzonych na rozpiętych drutach. Nie dbało się potem o ich formowanie – mój tato zajęty pracą naukową nie miał do tego głowy, ani umiejętności – więc stopniowo traciły narzucony im rytm. Po drutach też nic nie zostało – z moim bratem i okoliczną dzieciarnią wspinaliśmy się po nich i z upodobaniem huśtali, więc z czasem się poobrywały, jedynie po słupkach tu i ówdzie został jeszcze ślad, bo wkopując jakąś nową roślinę trafiam czasami szpadlem na tkwiące w ziemi żelastwo. Z tego zaplanowanego prawie sto lat temu szpaleru uchowały się dwie jabłonki: reneta landsberska i chyba szara – trudno powiedzieć, bo od dawna nie rodzi. Obie pochylone, jedna prawie leżąca na ziemi, o konarach powyginanych jak ręce zreumatyzowanych staruszek, właściwie bezużyteczne, ale swoją formą nadające ogrodowi oryginalny charakter i ani myślę pozbawiać go tych akcentów. Nie rozumiem ludzi, którzy zakładając ogród na zakupionej parceli wycinają w pień wszystkie stare drzewa, bo im się nie komponują. W staruszkach jest przecież tyle zatrzymanego piękna, wyrazu i uroku przeszłości.
Królową pośród naszych starych drzew pozostaje rosnąca w centrum ogrodu, więc niepodlegająca jakimś szpalerom przy płocie, dostojna szara reneta nazwana przez moja mamę Żywicielką, ponieważ w ciężkich powojennych latach była niezastąpionym dostawcą surowca na wszelkie oszczędnościowe dania: makaron z jabłkami, racuchy z jabłkami, zupy jabłczanki, przeciery jabłkowe – do znudzenia. Rodzi do dzisiaj, ale jak wszystkie stare odmiany co drugi rok. Ugina się wtedy od owoców, czasem nie ma już sił ich utrzymać i gałęzie łamią się pod ciężarem jabłek, jak to miało miejsce kilka lat temu, gdy z szumem przypominającym nawałnicę osunął się na ziemię największy konar drzewa. W ubiegłym roku, zanim przyszedł w ostatnich dniach kwietnia ten wściekły przymrozek, zakwitła pięknie i zapowiedziała obfite zbiory zgodnie ze swoim cyklem płodności. Już miała zawiązki owoców – wszystkie opadły, nie urodziła ani jednego jabłka.
Zastanawiałam się, jak zareaguje w tym roku: czy zachowa dotychczasowy cykl, zgodnie z którym powinna odpoczywać i nie owocować, czy nadrobi ubiegłoroczne straty i jednak zakwitnie. Obserwowałam ją od wczesnej wiosny, wsłuchiwałam w jej zamysły. Przyszły ciepłe dni i Żywicielka ujawniła swój plan – na Wielkanoc stanęła w pełnym rozkwicie jak młódka, cała korona rozbujała się białoróżowymi kwiatami. Nie pamiętam, kiedy kwitła tak pięknie. Pokazała swoją siłę, nadrabia zaległości. Będzie w tym roku przecierów w bród, bo nie marnujemy darów Bożych. Wszystkie jabłka idą na przetwory, a i na rozdawanie pozostaje sporo, bo wielu naszych znajomych docenia walory szarej renety, najlepszego jabłka na szarlotki. O dziwo, nawet te dwie pod płotem, z przedwojennego szpaleru, landsberska i „chyba szara” pokryły się w tym roku kwiatami, choć od dawna do tego zupełnie się nie kwapiły. Wygląda na to, że i w nich ubiegłoroczny przymrozek uruchomił siłę owocowania.
Z podziwem patrzę na Żywicielkę i okazaną przez nią wolę życia. Czyż nie jest podobnie w naszych ludzkich losach? Po wojnach zawsze pojawiają się wyże demograficzne, ludzie ze zdwojoną siłą podnoszą z ruin miasta, po klęskach żywiołowych mobilizują siły, by przywrócić poprzedni stan. Po życiowych porażkach szukają nadziei w nowych zadaniach. I potrafią rozkwitać jak te stare drzewa, które się nie poddały fanaberiom klimatycznym minionego roku.