UE: W największym kryzysie w historii, ale wciąż żarłoczna (na kompetencje)

Unia Europejska w piętkę goni. Ekonomicznie. Zadłuża się – i roluje długi. Przekroczyła cienką czerwoną linię największego kryzysu finansowego w ciągu siedmiu dekad istnienia EWG/UE.

Unijny organ powołany do audytu wyników finansowych poszczególnych instytucji i agencji Unii czyli ETO – Europejski Trybunał Obrachunkowy (ECA European Court of Auditors) w swoim oficjalnym raporcie opublikowanym w drugiej połowie zeszłego roku jednoznacznie stwierdza, że Unia za trzy lata stanie się bankrutem. I co? Cisza. Media w państwach UE-27 mają inne tematy. Te same media, które gdy bankructwem zagrożona jest w ich kraju duża firma, obojętnie państwowa czy prywatna, albo gdy poszczególne państwa członkowskie UE mają dziurę budżetową – biją na alarm. Jednak w przypadku Unii Europejskiej siedzą cicho, jak mysz pod miotłą. Nagle uważają, że „milczenie jest złotem a mowa srebrem”.

To, że – trawestując – Unia jest naga, a do tego biedna jak mysz kościelna, wiedzą już wszyscy, którzy cokolwiek znają się na integracji europejskiej i wychodzą poza zestaw prymitywnych, aintelektualnych, za to euroentuzjastycznych haseł.

Bruksela już teraz przyznaje, że nie ma z czego spłacić długu zaciągniętego na coś, co w Polsce nazwano Krajowym Planem Odbudowy a w UE funkcjonuje jako „Recovery Fund”. Unijna kieszeń okazała się nie tyle płytka, co bardzo dziurawa. Przyznają to w końcu – choć na razie na zamkniętych spotkaniach – wywodząca się z Niemiec szefowa Komisji Europejskiej i wywodzący się z Polski komisarz ds. budżetu.

Unia Europejska coraz bardziej przypomina Titanica, na którym orkiestra grała do końca – do momentu zatonięcia. Nic nie wiem o muzycznych zdolnościach Ursuli Gertrudy von der Leyen, ale widzę, że uśmiecha się szeroko i wydaje się być wielce z siebie i swojej Komisji Europejskiej zadowolona. Ten jej promienny uśmiech zauważyłem także na filmiku ze spotkania z inną Bardzo Ważną Matroną (BWM, nie mylić z BMW), prezesem Europejskiego Banku Centralnego, wywodzącą się z Francji Christine Lagarde. Na tym marcowym spotkaniu radośnie ogłoszono, że UE powołuje nowy fundusz. Nowy w myśl zasady: im więcej problemów, tym więcej funduszy celowych, bo skoro jest fundusz, to znaczy, że Bruksela czuwa i rozwiązanie się znajdzie…

Ów fundusz oszczędnościowo-inwestycyjny musi znaleźć finansowanie. Frau von der Leyen znalazła. W kieszeni obywateli. Serio. Oto bowiem oszczędności zgromadzone w bankach przez pana Nowaka, madame Papillon czy przedstawicieli innych nacji – mają zasilić ów fundusz! Oczywiście z gwarancjami, że pieniądze te obywatelom i podatnikom krajów UE nie przepadną. Bedą „tylko” używane przez Brukselę dla realizacji jej polityki finansowej. Pieniądze – także tych osób, które za UE nie przepadają, a nawet uważają ją za dopust Boży.

W ten sposób Bruksela wchodzi w buty komunistycznej Moskwy sprzed ponad stu lat, która problemy gospodarcze też „ogarniała” pieniędzmi uciułanymi przez Rosjan w carskich bankach.

A jednocześnie ta sama bankrutująca Unia stara się wykorzystać obecną sytuację – choćby w kontekście obronności i bezpieczeństwa – na dalsze, żarłoczne zabieranie kompetencji państw narodowych i zwiększanie katalogu spraw, którym zarządzać będzie ponadnarodowa UE. Oczywiście dzieje się to bez żadnej kontroli ze strony państw narodowych i ludzi żyjących oraz płacących podatki w krajach UE…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *