Moc pierwszej burzy

Pochmurnego popołudnia w połowie marca nagle błysnęło, huknęło i pierwszym w tym roku grzmotem walnęło w ziemię. – No i skuty łańcuchem! – krzyknęłam radośnie do Józeczka, a on przytaknął poważnie, bo wiedział o czym mówię.

Od czasu, kiedy poznałam nasz ludowy mit kosmogoniczny wyjaśniający rolę wiosennego pioruna, każdą pierwszą burzę witam z entuzjastycznym okrzykiem. I wiem nie tylko z literatury, także z własnych obserwacji, że ten pierwszy grzmot jest jak głęboki oddech ziemi, że po nim na dobre rusza wegetacja, pąki liściowe nabrzmiewają i już po kilku dniach roślinność pokrywa się delikatną, seledynową jakby mgiełką, ledwie uchwytną szmaragdową poświatą. To najpiękniejszy moment wiosny, jej przedśpiew. Za chwilę wybuchnie soczystą, połyskującą w słońcu zielenią i staniemy w zachwycie nad pięknem podarowanej nam natury.

A o co chodzi z tym łańcuchem? W wielu krajach słowiańskich występował (czas przeszły, bo dzisiaj znany jest już tylko z opracowań etnograficznych) mit mówiący o stworzeniu świata przez Pana Boga, ale z udziałem podstępnego diabła. Znanych jest wiele wersji tego mitu, przywołam jedną z nich zanotowaną w XIX wieku w centralnej Polsce. Ludzie opowiadali tak:

Najpierw było tylko niebo i morze, a po tym morzu Pan Bóg pływał w łódce. Napotkał gęstą pianę, w której mieszkał diabeł. Ktoś ty? – zapytał, na co diabeł odpowiedział: – Weź mnie do łódki, to ci powiem. Chodź – rzekł Pan Bóg i po chwili usłyszał od włażącego: – Ja jestem czart. Płynęli razem w milczeniu, aż diabeł odezwał się: – Dobrze by było, aby to miejsce, na którym płyniemy, było twarde. – Będzie – odpowiedział Bóg – zejdź na dół w morze i przynieś mi garść piasku, mówiąc, że niesiesz w moim imieniu. Diabeł wykonał zadanie, ale po swojemu, zamiast powiedzieć w „imię Boga”, powiedział „w imię moje” i gdy wypłynął, nie miał w garści ani ziarenka. Zanurkował ponownie, tym razem wypełniając polecenie Boga słowo w słowo.

Przyniósł garść piasku, który Pan Bóg sypnął na wodę i stała się ziemia. Niewielka, lecz wystarczająca, by obydwaj mogli się na niej położyć: Pan Bóg ku wschodowi, diabeł ku zachodowi. Gdy diabeł uznał, że Pan Bóg zasnął, jął go spychać do morza, by zginął. Jednak pod Panem Bogiem zaczęło przybywać lądu i im bardziej był spychany, tym rozleglejsza stawała się ziemia. Pan Bóg obudziwszy się, wstał i poszedł na niebiosa. Diabeł usiłował pobiec za nim, lecz Bóg skinął, uderzyły pioruny, diabeł został strącony do wnętrza ziemi i tam przykuty łańcuchem do słupa.

I teraz najważniejsze w tym micie: przez cały rok diabeł usiłuje się uwolnić, rozrywa ogniwa łańcucha, w czym pomagają mu towarzysze z piekła rodem. Gdy jest już bliski uwolnienia, uderza piorun i scala nadwerężone ogniwa. Według niegdysiejszych ludowych opowieści dzieje się to zawsze w okresie poprzedzającym Wielkanoc i jest warunkiem trwania świata. Diabeł pozostaje w okowach do następnej wiosny, tkwiąc w podziemiach przykuty do słupa.

Marzy mi się, by po tej pierwszej wiosennej burzy z błyskawicami i grzmotami, poszły następne i przez najbliższe dwa miesiące skuwały wszelkie duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie i naszym kraju krążą, by nie tylko ziemia, ale i ludzie mogli odetchnąć spokojnie. Potem niechże już przyjdzie czas na normalne zjawiska atmosferyczne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *