Premier się wściekł!

Osobiste rządy Donalda Tuska

JAN ROKITA: Proceduralizm albo przemoc. Trzecia droga nie istnieje. JADWIGA STANISZKIS: Premier Tusk to rezygnacja z procedur, lekceważenie prawa, wewnętrzna kolonizacja kraju.

W felietonie z 9 stycznia 2024, zamieszczonym w sieciowej witrynie Teologii Politycznej, Jan Rokita podejmuje refleksję nad naszą rzeczywistością polityczną in statu nascendi. Były polityk, teraz głównie publicysta i eseista, z właściwą sobie przenikliwością oraz nie bez wykwintnej erudycji, jednak z zachowaniem dystansu rezydenta podbieszczadzkiej wsi, analizuje dokonującą się właśnie w Polsce fazę zmagań między proceduralizmem a przemocą. Publicysta daje w tym tekście wyraz przekonaniu, że „proceduralizm i przemoc toczą (…) ze sobą na przestrzeni historii klasyczną grę o sumie zero”, toteż „wszędzie tam, gdzie proceduralna praworządność załamuje się, i to na dodatek – jak obecnie – w majestacie politycznego uznania, w jej miejsce musi wkraczać przemoc”.

Jan Rokita, obserwując krótkie jeszcze, bo liczące ledwie miesiąc, poczynania rządu Donalda Tuska i jego frontmenów, w działaniach swego (niewymienionego zresztą z nazwiska) młodszego o dwa lata kolegi z czasów krakowskiego NZS-u, dostrzega przede wszystkim nowatorski modus operandi, który nazywa wprost „ograniczonym stanem wyjątkowym”. Oczywiście, ta dość arogancka próba przejęcia przez nową ekipę kontroli nad mediami publicznymi wzięła się przede wszystkim z obawy, że zwyczajna ścieżka proceduralna, wymagająca ustawowej zmiany, nie ma szans powodzenia ze względu na spodziewane weto prezydenta, którego koalicja rządząca nie jest w stanie w obecnym sejmie odrzucić.

Wygrajcie wybory, to będziecie sobie mogli…

To prawda, że w konstrukcji Rady Mediów Narodowych oraz w zakresie jej uprawnień można widzieć próbę zahamowania przez byłą ekipę rządzącą zbyt gwałtownych zmian w Polskim Radio, a zwłaszcza w TVP, trzeba jednak przyznać, że operacji tej Prawo i Sprawiedliwość dokonało lege artis oraz zgodnie z nieco szyderczą dyrektywą większości parlamentarnej sprzed roku 2015: wygrajcie wybory, to sobie przegłosujecie, co tylko będziecie chcieli… Dlaczego jednak autorzy wspomnianej sugestii sami nie chcą się dziś do niej zastosować? Oto jest pytanie.

Dla Rokity bardziej od samego przypadku zajadłej walki o wyrwanie mediów publicznych z rąk jednej partii i przejęcie ich przez drugą – liczy się dalekosiężna perspektywa tego, co nazwał w tekście „ograniczonym stanem wyjątkowym”. Felietonista Teologii Politycznej w owym nieposzanowaniu obowiązującego porządku prawnego widzi przede wszystkim sposób na pozbawienie urzędującego prezydenta jednej z jego konstytucyjnych prerogatyw, jaką jest wetowanie ustaw.

I trzeba przyznać, że idzie nie tylko o to, bo casus Kamiński-Wąsik wraz z dualizmem prawnym: ułaskawieni czy skazani? posłowie czy osoby z wygaszonymi mandatami? – czytelnie potwierdza szeroko zorkiestrowany atak nowej ekipy na inną konstytucyjną prerogatywę prezydenta RP zawartą w ustawie zasadniczej z kwietnia 1997 roku. W dodatku, „operacyjne wyjęcie” z siedziby prezydenta dwóch posłów o niejasnym statusie formalnym oraz dwuznaczna postawa funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa podczas tego zdarzenia wzmagają powszechne poczucie, że coś dalece niewłaściwego, odległego od cywilizowanych standardów dzieje się w naszym państwie, osłabiając nie tylko kondycję Rzeczypospolitej, lecz także jej pozycję w świecie.

Komu się wolno szarogęsić w państwie prawa

Inny frontman Donalda Tuska, czyli minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny Adam Bodnar, chcąc zmienić osobę Prokuratora Krajowego bez wymaganej przez przepisy kontrasygnaty prezydenta, również spróbował nietypowej ścieżki, doszukując się uchybień formalno-prawnych przy powoływaniu Dariusza Barskiego, ale taka pozaproceduralna ścieżka zmiany kadrowej doprowadziła do protestu zastępców Prokuratora Generalnego, którzy stanęli w obronie swego dotychczasowego szefa. Tak, omijanie prezydenckiego prawa weta, negowanie przywileju abolicji indywidualnej, wreszcie ignorowanie wymogu kontrasygnaty głowy państwa – to ewidentne próby pozbawienia prezydenta RP udziału we współkształtowaniu sytuacji prawno-politycznej, w zakresie wynikającym wprost z jego konstytucyjnych prerogatyw.

Co więcej, w świetle obowiązujących regulacji, te poczynania naruszają dobre praktyki państwa prawa (niem. Rechtsstaat), którego przywoływanie przez kilka ostatnich lat stało się rodzajem politycznej mantry, kierowanej pod adresem rządów Prawa i Sprawiedliwości przez połączone chóry eurokratów z Brukseli czy Berlina, a także euroentuzjastów z Warszawy.

Jan Rokita ma rację: albo ściśle przestrzegany proceduralizm, albo nieuchronna przemoc. Innej drogi nie ma. Szczęśliwie, jak dotąd, przemoc przejawiła się w dość ograniczonej formie: stłuczone ramię posłanki PiS podczas próby przejmowania telewizji przez silnych ludzi ministra Sienkiewicza albo kontakt Mariusza Kamińskiego z framugą drzwi w Pałacu Prezydenckim… Ale sporządzenie sprawozdań z posiedzeń nieodbytych rad nadzorczych to też rodzaj przemocy, w tym przypadku jej ofiarą padają fakty. Dobrze się zatem stało, że w Krajowym Rejestrze Sądowym odmówiono poświadczenia nieprawdy o zmianach rzekomo wprowadzonych we władzach spółek medialnych. Dobrze też, że po obu zwaśnionych stronach pojawiają się głosy wzywające do utemperowania emocji (prof. Marcin Matczak), do wyjścia sobie naprzeciw (prof. Andrzej Zybertowicz), wreszcie do odróżnienia tego, co faktyczne (jak np. prezydenckie uprawnienie do skutecznego ułaskawienia skazanego w 2015, a później w 2023 roku duetu Wąsik-Kamiński), od tego, co wyłącznie wizerunkowe oraz dość iluzoryczne (jak nieco przereklamowana „krystaliczność” ułaskawionych posłów).

Partyjno-sądowa wojna domowa

Łatwo o to nie będzie, nie tylko ze względu na przewidywalny u głównych graczy, wraz z ich twardymi elektoratami, brak dobrej woli do przezwyciężenia wzajemnych partyjnych antagonizmów, lecz przede wszystkim ze względu na ten – akcentowany również w tekście Rokity – dualizm prawny, a nawet wręcz chaos, jaki (od przeszło ośmiu lat) ukształtował się w sądowniczym wymiarze naszej polskiej rzeczywistości.

Z grubsza biorąc, zaczęło się od wyboru pięciu sędziów, w tym dwóch nadmiarowych, do Trybunału Konstytucyjnego (specyfikę ustrojową tego tworu tutaj pomijam) przez Sejm VII kadencji zdominowany przez koalicję PO-PSL. Chcąc utrzymać trwałą dominację w TK, rządzący wybrali sobie na zapas dwóch sędziów, których – używając języka tamtego obozu politycznego – należałoby nazwać sędziami-dublerami. Po dojściu do władzy jesienią roku 2015, w sejmie następnej kadencji Prawo i Sprawiedliwość skorzystało z okazji, by się tych sędziów-dublerów pozbyć. Nowe władze miały zresztą do tego pełne prawo. Niestety, Zjednoczona Prawica, pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, powtórzyła zachłanny gest Platformy Obywatelskiej. Korzystając z formalnego pretekstu (całą piątkę sędziów-nominatów PO-PSL wybrano w jednym głosowaniu) zamiast dwóch sędziów, którzy sprawiedliwie jej przysługiwali, powołała od nowa wszystkich pięciu.

Potem poszło już z górki: wzajemne nieuznawanie się sądów, sędziów, wydziałów, izb, struktur, orzeczeń, wyroków etc. W tym starciu politycznych gigantów wzięły udział wszelkie możliwe siły: autorytety prawnicze, profesura matuzalemowa, publicyści, celebryci, aktorzy, influencerzy, piosenkarze, blogerzy… Eskalację łatwo rozpocząć, znacznie trudniej ją zatrzymać i cofnąć. Rokita, z właściwą sobie skłonnością do umieszczania spraw w szerszej, ponadlokalnej perspektywie, trafnie zauważa, że sądowa wojna domowa, przez wzgląd na uwarunkowania polityczne, stała się tyleż niszcząca, co dla państwa na forum międzynarodowym bardzo niekorzystna.

„I trzeba tu mieć krystaliczną jasność oglądu: coś podobnego nie przydarzyło się nikomu – ani sądom III Rzeszy w procesie denazyfikacji, ani sądom ZSSR, czy państw satelickich, po upadku komunizmu. Ani w Norymberdze, ani w Hadze, ani w żadnym innym trybunale, nie przyszło nikomu do głowy, aby nazistowskie czy sowieckie sądy uznać za „nie-sądy”, a ich wyroki zbiorczo za nieistniejące” – podkreśla publicysta.

Może warto się jednak opamiętać i wyjść sobie naprzeciw? Liderzy Konfederacji, których wizerunki kreowane przez główne media zarówno publiczne, jak i prywatne pozostają wyjątkowo nierzetelne, przedstawili już dwa projekty wyjścia z sądowniczego klinczu, nazwane małym i wielkim resetem konstytucyjnym… Pewną nadzieję budzi fakt, że ów koncept konstytucyjnego resetu zaczyna się w debacie publicznej coraz częściej pojawiać.

Sytuacja jest jednak wysoce niestabilna: równowaga globalna się chwieje, Unia Europejska, czyli w istocie Berlin, dąży par force do przekazania praktycznie pełni władzy gremiom pozbawionym demokratycznego mandatu, a za naszą wschodnią granicą od blisko dwóch lat trwa wojna o trudnym do przewidzenia wyniku. Czy dość niedawno obdarzeni mandatem władzy legislatorzy z ulicy Wiejskiej zdołają sprostać wyzwaniom, jakie u progu nowego roku stanęły przed Rzecząpospolitą Polską?

Falstart trzeciej ekipy Tuska

Pokusa, aby żmudnie wynegocjowane procedury dochodzenia do obowiązujących w państwie rozwiązań zastąpić drogą na skróty, zwykle z konieczności związaną ze stosowaniem przymusu, jest odwieczną przypadłością tych, którzy sprawują władzę… Falstart trzeciej ekipy Tuska unaocznia nawet części jego wcześniejszych zwolenników, że takie bezpardonowe wymuszanie własnej woli, może być dla wspólnoty narodowej skrajnie niebezpieczne. Zwłaszcza w przypadku społeczności coraz mniej jednolitej: różnicującej się kulturowo, religijnie, światopoglądowo, również etnicznie. I zwłaszcza w tak trudnych, słabo przewidywalnych czasach, jak nasza współczesność. Tym, którzy pocieszają się, że to przecież nie premier spowodował zaognienie się nastrojów w kraju, lecz koalicyjny marszałek Hołownia oraz niezręczni ministrowie Sienkiewicz i Bodnar, warto przypomnieć, jak już przed przeszło dekadą oceniała sposób sprawowania władzy przez Donalda Tuska prof. Jadwiga Staniszkis.

W rozmowie z Tygodnikiem Solidarność zatytułowanej „To jest wewnętrzna kolonizacja kraju” (nr 37, z 7 września 2012 roku) wybitna socjolog m.in. powiedziała:

„Temu żyłowaniu społeczeństwa sprzyja opanowanie administracji państwowej i samorządowej przez klasę polityczną, którą rozumiem szerzej niż tylko Platforma oraz jej zaplecze polityczne. A towarzyszy temu fatalny klimat wokół prawa, stwarzany przez Donalda Tuska i jego otoczenie: bezkarność, nieprzestrzeganie oraz brak procedur. Premier mówił w sejmie, że jego władza jest ograniczana przez prawo. To nieprawda, Tusk rządzi w sposób arbitralny, unikając tworzenia procedur w sprawach tak ważnych, jak relacje z Unią Europejską, czy dokonując wyboru ścieżki smoleńskiego śledztwa bez jakichkolwiek proceduralnych zasad. Podobną dezynwolturę wobec obowiązującego prawa widać na samym dole, w działaniach sądów, prokuratur, kuratorów w sprawie Amber Gold. (…) O tym, że jest bardzo źle, że najwyższy czas bić na alarm, wie naprawdę wielu ludzi, także tych z Platformy. Oni mają świadomość, że bez podjęcia systemowych działań wspartych racjonalną wizją rozwoju, Polskę czeka wkrótce mocne tąpnięcie”.

Tak, warto przypomnieć, że to, co obserwujemy teraz, nie wzięło się znikąd. „Potrząsanie państwem” dla rozkołysania nastrojów społecznych, obniżanie poziomu bezpieczeństwa wewnętrznego, redukcja realnej wartości gospodarki kraju, systemowe psucie międzynarodowego wizerunku Polski – to nie jest żaden przypadek ani kryzys. Lecz przetestowany już wcześniej modus operandi.

16 stycznia 2024

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *