Zapomniany Prezydent

Niemal dokładnie rok przed Cudem nad Wisłą, 14 sierpnia 1919 roku, polskie dzieci – sporo z nich maszerując boso przed „cudotwórcą” Herbertem C. Hooverem – wyrażały mu wdzięczność za uratowanie ich przed głodem. Późniejszy prezydent USA (1929-1933) był wówczas szefem agendy pomocy humanitarnej American Relief Administration (ARA pol. Amerykańska Administracja Pomocy) Dokarmiała ona w latach 1919-20 codziennymi posiłkami ok. 1,3 mln małych polskich obywateli, zwłaszcza na zniszczonym wojną ogromnym obszarze od Wisły po Niemen i Zbrucz.

Zniszczenia były ogromne – poza Serbią i Belgią, największe w Europie na głowę mieszkańca. Tylko w Galicji pogłowie zwierząt w gospodarstwach zmniejszyło się o 60%. W odrodzonej Polsce uległo zniszczeniu pół miliona budynków mieszkalnych oraz ponad milion budynków gospodarczych. W latach 1919-22 dzięki ARA wydano 730 mln posiłków dla polskich mieszkańców. Smak kakao, czekolady i skondensowanych odżywek zapamiętali uczniowie setek szkół podstawowych w Polsce. Fundusz kierowany przez Hoovera wspomagał także szpitale, sierocińce i szkoły lekarstwami, wyposażeniem medycznym, prostymi pomocami naukowymi. Zwłaszcza w zakresie środków medycznych i mobilnych laboratoriów ta pomoc była nieoceniona. Epidemie z okresu wojny w znacznym stopniu wygasły dopiero w kilka lat później. Trudno ocenić milionowy rozmiar epidemicznego żniwa w skali całego kraju.

Polskie dzieci maszerują przed Herbertem C. Hooverem

Na podstawie szacunku z akt parafii w galicyjskim Busku (50 km na wschód od Lwowa) mogę oszacować ubytek ludności w latach 1914-21 na około 5-8%. W znacznej części większość ówczesnych zmarłych to ofiary epidemii lub chorób powiązanych z wojną lub głodem. Wśród tych ofiar znalazł się m.in. brat mojego Dziadka i dwóch członków rodziny mojej Babci.

Wspomniany marsz biednych bosych dzieci tak wzruszył Hoovera, że natychmiast dzięki kontaktom biznesowym zorganizował wysyłkę do Polski tysięcy nowych i używanych butów dziecięcych. Podkreślić należy, że nie były to tylko środki milionera Hoovera, większość kosztów pokryła bowiem fundacja Rockefellera. Hoover odwiedził Polskę 3-krotnie. Ostatni raz w 1946 roku przy okazji organizacji pomocy UNRRA dla Polski. Nieopodal pomnika Mickiewicza w Warszawie znajduje się skromny skwer upamiętniający tego amerykańskiego dobroczyńcę. W latach 1922-30 stał tam pomnik wdzięczności Ameryce – dzieło X. Dunikowskiego. Do dziś, mimo pewnych prób nie został odtworzony. Nie tylko Warszawa w dalszym ciągu czeka na choćby tablicę pamiątkową lub inną formę wdzięczności wobec Herberta C. Hoovera.

Wydatna pomoc amerykańska wywołała osobliwą, głośną akcję polskich władz i obywateli, obecnie niemal zapomnianą. Wspominaliśmy o tym w 91. numerze PJC. W niespełna dekadę od odzyskania przez Polskę niepodległości i w 150-lecie deklaracji niepodległości USA zakończono uroczyście akcję składania „Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych – w podzięce za pomoc w stanowieniu Niepodległej”.

Oprócz przedstawicieli świata polityki, nauki i sztuki zebrano wówczas w 20 tys. polskich szkół podstawowych swoiste laurki dziękczynne dla Stanów Zjednoczonych. Zawarto w nich list pochwalny podpisany przez grono pedagogiczne i odpowiednio klasami (zazwyczaj wyższych oddziałów) osobiste podpisy dzieci, czasem niewprawną ręką, czy przy pomocy nauczyciela. W sumie podpisało dziękczynną deklarację ponad 5,5 mln uczniów! Ciekawe, czy dzisiaj udałoby się zrealizować tak powszechną akcję szkolną.

Jest to nadal żywe źródło historyczne sprzed lat. Listy w 11-tomowym zbiorze zostały przesłane drogą dyplomatyczną na ręce prezydenta USA, Calvina Coolidge’a. Zbiór został opracowany już 1926 roku. Uzupełniono go następnie o kolejne dwa tomy. Później znalazły się w specjalnym depozycie Biblioteki Kongresu, a następnie zostały zdygitalizowane.

Dzieło ukończono przed 2010 rokiem. W 2015 przy udziale Biblioteki Polskiej w Waszyngtonie oraz dzięki wsparciu polskiego MSZ opracowano na nowo zbiór zdygitalizowany. Prace zakończono w 2017 roku. Uzupełnienie pozwala odszukać daną deklarację szkolną w trybie elektronicznym według siedziby danej szkoły, natomiast konkretne nazwiska można znaleźć poprzez wyszukiwarkę opracowaną przez Fundację Ośrodka Karta, względnie korzystając z adresu: www.polska1926.pl

Tam właśnie ze wzruszeniem odnalazłem laurkę pochodzącą z Buska, miejsca rodzinnego mego Dziadka i Babci, z miasteczka nad Bugiem o ponad tysiącletniej historii. Podpisy pod listem do Amerykanów świadczą o tym, że Busk był wielonarodowy. Podpisali się nauczyciele religii trzech wyznań, wśród nich ks. Kaliniewicz, później jako jeden z nielicznych grekokatolicki proboszcz buski, starał się ratować Polaków w czasie napadów nacjonalistów ukraińskich. W 1941 roku zatrzymał pierwszy ukraiński pogrom wobec buskich Żydów.

W jednej klasie uczyli się Polacy, Żydzi i Ukraińcy. W przypadku sporej społeczności żydowskiej listy szkolne są czasem już jedynym śladem po blisko dwutysięcznej gminie buskich Żydów. Nie jestem w stanie ocenić, ilu z nich przeżyło wojnę. Może kilku, może kilkunastu. Wielu z nich spoczywa na starym kirkucie buskim, o czym zaświadcza kamienna tablica pamiątkowa.

Dodam, że na tym cmentarzu znajduje się najstarsza na obecnej Ukrainie macewa. Pochodzi z połowy XVI wieku. Żydów rozstrzelali w dwukrotnej pacyfikacji Niemcy, a pomagali im Ukraińcy. Ludobójstwo w Busku, później również ukraińskie na Polakach wspominali po wojnie świadkowie. Ich dziecięce podpisy, względnie ich rodzeństwa zostały uwiecznione na wspomnianych laurkach szkolnych.

O specyfice wschodniogalicyjskiego miasteczka zaświadcza rodzina Wanio – gałąź polska zasłużona dla polskości, a inteligencka gałąź ruska aktywna w ukraińskim ruchu narodowym, w tym nacjonalistycznym. Podobnie wyróżnić można rodzinę Święcickich. Przedstawiciele obydwu rodzin i gałęzi podpisali się na wspomnianych listach wdzięczności dla Ameryki.

Na liście 7-klasowej szkoły żeńskiej w Busku oprócz przedstawicielek dalszej mojej rodziny widnieje podpis wielce zasłużonej nauczycielki i patriotki, Jadwigi Tokarzewskiej, kuzynki gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego.

Listy z Buska zawierają również ślady dotyczące mojej rodziny, zarówno ze szkoły męskiej jak i żeńskiej. Podpisał się m.in. dalszy kuzyn mojej Mamy od strony Babci, wówczas uczeń drugiej klasy, a późniejszy nauczyciel historii w dzierżoniowskim liceum. Podpisy wskazują, że wśród klasowych kolegów miał Żydów, którzy wraz z rodzinami zostali zamordowani w 1943 roku. Jeden z ich przedstawicieli przeżył i zaświadczył o losie swojej społeczności.

W tej samej klasie, do której uczęszczał bratanek Babci, uczył się też późniejszy sprawca ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich na Polakach. Babciny ród zamieszkiwał Busk co najmniej 200 lat od opisywanych wydarzeń, podobnie jak potomkowie innych rodzin buskich, których podpisy znalazły się w liście. Wśród grona pedagogicznego zauważyłem podpis młodej wówczas nauczycielki, Bronisławy, dalekiej kuzynki mojej Babci. Są też przedstawiciele rodów dawnych kolonistów powiązanych z prababką mojego Dziadka.

Polska deklaracja Wdzięczności i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych

Społeczności buskiej, której przedstawiciele podpisali się na listach dziękczynnych dla Ameryki, już nie ma. Nieliczne współczesne rodziny zamieszkujące Busk to potomkowie dawnych ukraińskich mieszkańców. Sporo tutejszych mieszkańców to dzieci i wnuki przesiedlonych Ukraińców spod Hrubieszowa. Inni zostali wysiedleni albo sami się przemieścili w okresie stalinowskim. Natomiast Polacy zostali wysiedleni w 1945 i 1946 roku, bądź wcześniej stracili życie albo uciekli przed mordem.

Do dziś mieszka w Busku kilkunastu mieszkańców pochodzenia polskiego, zazwyczaj z mieszanych już rodzin. Nie są potomkami dawnych polskich mieszkańców, przesiedlili się z innych miejscowości. Liczna kiedyś diaspora żydowska uległa likwidacji jeszcze w latach 1942-43. Jedynym ich świadkiem jest kirkut i przebudowana, w miarę odrestaurowana synagoga.

Tylko na starym cmentarzu buskim odczytać można nazwiska polskie oraz potomków zazwyczaj już spolonizowanych kolonistów niemieckich, czeskich, a nawet wołoskich. Galicji z czasów mojego dziadka, jej specyfiki i zaskakującej czasem różnorodności – już nie ma.

Współcześnie mało kto zarówno po polskiej jak i ukraińskiej stronie rozumie Galicję, zwłaszcza tę wschodnią część. Odszedł też świat, w którym żyli mali uczniowie buskich szkół. Zostały jedynie ich podpisy na listach dziękczynnych wysłanych do USA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *