Kilka słów o „Tolerancji represywnej” marksistowskiej lewicy
Gdy pierwszy raz zetknąłem się z pojęciem „tolerancji represywnej” Herberta Marcusego, niemieckiego neomarksisty, miałem wrażenie, że ktoś próbuje sprzedać mi suchą wodę albo gorący lód. Samo zestawienie tych słów brzmi jak językowa akrobatyka. Tolerancja ma przecież oznaczać zgodę na istnienie poglądów, których nie lubimy. Represja zaś polega na ich ograniczaniu. Marcuse postanowił jednak połączyć jedno z drugim i przekonać świat, że czasem prawdziwa tolerancja wymaga… nietolerancji.

Zacznijmy od tego, czym właściwie jest odmieniana dziś przez wszystkie przypadki tolerancja. To jedno z tych słów, które każdy zna, każdy używa, ale gdy poprosić o definicję, nagle robi się niezręczna cisza. Łacińskie tolerare oznacza „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”. Już sama etymologia pokazuje, że tolerancja nie ma nic wspólnego z zachwytem ani aplauzem. Nie polega na tym, że klaszczę komuś, z kim się zgadzam. To żaden wyczyn. Tolerancja zaczyna się dopiero wtedy, gdy słucham człowieka, którego poglądy uważam za błędne, dziwaczne albo zwyczajnie głupie, ale mimo to uznaję jego prawo do ich głoszenia.
Właśnie dlatego nie należy mylić tolerancji z aprobatą. To tak, jakby twierdzić, że strażak musi lubić pożary, skoro akceptuje ich istnienie. Ktoś, kto zgadza się z cudzymi poglądami, po prostu uznaje je za własne lub bliskie własnym przekonaniom. Nie ma tu miejsca na tolerancję, bo nie ma czego tolerować. Tolerujemy właśnie to, czego nie pochwalamy.

Jednocześnie nie wolno robić z tolerancji nowego bożka. Tolerancja ma służyć ludziom, a nie ludzie tolerancji. W przeciwnym razie szybko dojdziemy do absurdu, w którym za przejaw nietolerancji uznaje się każdą próbę odróżnienia dobra od zła. Tymczasem istnieje ogromna różnica między poglądami a działaniami. Każdy ma prawo uważać, że własność prywatna jest reliktem przeszłości i wszystko powinno być wspólne. Ale nie oznacza to, że mamy tolerować kradzież samochodu sąsiada. Każdy może żywić nawet najbardziej ponure uczucia wobec innych ludzi, ale nie daje mu to prawa do przemocy. Każdy może w domu mówić językiem, jaki uzna za stosowny, jednak nie ma żadnego powodu, by społeczeństwo nagradzało chamstwo i wulgarność w przestrzeni publicznej.
To rozróżnienie jest kluczowe. Bez niego tolerancja zamienia się w slogan, którym można usprawiedliwić wszystko i nic.
I właśnie w tym momencie na scenę wkracza Herbert Marcuse ze swoim słynnym esejem „Tolerancja represywna”. Brzmi znajomo? Trochę jak rodzic, który mówi dziecku: „Masz pełną wolność wyboru. Możesz zrobić dokładnie to, co ci każę”.
Marcuse twierdził, że współczesne społeczeństwa liberalne są tylko pozornie tolerancyjne. Według niego dopuszczanie wszystkich poglądów do debaty publicznej utrwala istniejące nierówności, bo silniejsi mają większy dostęp do mediów, pieniędzy i wpływów. W efekcie „neutralna” tolerancja staje się narzędziem utrwalania dominacji. Dlatego filozof sugerował, że pewne poglądy należałoby ograniczać, a inne wspierać.
I tutaj zaczynają się schody.
Bo kto ma zdecydować, które poglądy są tymi „dobrymi”, które zasługują na wsparcie? Marcuse? Profesorowie uniwersytetów? Urzędnicy? Dziennikarze? A może kolejny samozwańczy strażnik prawdy?
To trochę tak, jakby na meczu piłkarskim sędzia oznajmił przed pierwszym gwizdkiem:
– Drodzy zawodnicy, wszyscy jesteście równi. Ale ponieważ jedna drużyna wydaje mi się bardziej moralna, jej gole będą liczone podwójnie.
Nagle okazuje się, że zasady gry przestają być zasadami gry. Stają się narzędziem realizacji określonego celu.

Największy problem eseju Marcusego polega na tym, że zakłada on niemalże nieomylność ludzi, którzy mieliby rozstrzygać, które idee wolno głosić, a które należy uciszyć. Historia jednak pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Ludzie regularnie się mylą. Bardzo często są przekonani o własnej racji właśnie wtedy, kiedy błądzą najbardziej.
Kiedyś za niebezpieczne uznawano poglądy zwolenników wolności religijnej. Później niebezpieczne były idee demokracji. Jeszcze później różne rządy uważały za szkodliwe krytykowanie władzy. Każda epoka miała swoich ekspertów, którzy wiedzieli lepiej, co społeczeństwo powinno myśleć. I każda epoka produkowała własne absurdy.
Marcuse zdaje się wierzyć, że istnieje grupa ludzi na tyle oświecona, że potrafi odróżnić prawdę od fałszu jeszcze przed rozpoczęciem dyskusji. To trochę tak, jakby juror „Mam Talent” nacisnął czerwony przycisk zanim uczestnik zdążył otworzyć usta.
– Nie słyszałem pana, ale już wiem, że pan śpiewa źle.
Tak właśnie wygląda logika represywnej tolerancji. Najpierw wydajemy wyrok, potem ewentualnie sprawdzamy dowody.
Co więcej, teoria Marcusego ma bardzo ciekawą właściwość. Każdy, kto się z nią nie zgadza, może zostać uznany za część problemu. Krytykujesz represywną tolerancję? W takim razie zapewne bronisz systemu opresji. Nie podoba ci się ograniczanie debaty? Widocznie wspierasz siły dominacji.
To intelektualna wersja sytuacji, w której ktoś pyta:
– Czy przestałeś już oszukiwać żonę?
Bez względu na odpowiedź jesteś w kłopocie.
Marcuse stworzył konstrukcję, która bardzo łatwo zamienia debatę w sąd. A na sali sądowej, jak wiadomo, celem nie jest wymiana argumentów, lecz wydanie wyroku.
Oczywiście trzeba uczciwie przyznać, że filozof dostrzegał realny problem. Wielkie media, potężne instytucje czy wpływowe grupy rzeczywiście potrafią dominować debatę publiczną. To nie jest wymysł. Tyle że lekarstwo proponowane przez Marcusego przypomina sytuację, w której ktoś zauważa katar i zaleca amputację nosa.
Problem istnieje, ale rozwiązanie wydaje się gorsze od samej choroby.
Paradoksalnie największą siłą wolności słowa jest właśnie to, że pozwala mówić również ludziom, których uważamy za niemądrych, irytujących czy będących w błędzie. Jeśli wolność działa tylko dla tych, których lubimy, to nie jest żadna wolność. To przywilej.
Wyobraźmy sobie osiedlowy parking. Sąsiad parkuje fatalnie. Zajmuje dwa miejsca, wszystkich denerwuje. Rozwiązaniem nie jest jednak odebranie prawa jazdy każdemu mieszkańcowi osiedla. Rozwiązaniem jest egzekwowanie zasad wobec konkretnego problemu.
Marcuse natomiast zdaje się mówić: skoro niektórzy źle korzystają z wolności słowa, ograniczmy ją bardziej selektywnie. Tylko że selektywność bardzo szybko staje się uznaniowością. A uznaniowość jest najlepszym przyjacielem cenzury.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że „Tolerancja represywna” została napisana w imię wyzwolenia człowieka. Historia pokazuje zaś, że większość ograniczeń wolności również była wprowadzana w imię jakiegoś szczytnego celu. Bezpieczeństwa. Moralności. Postępu. Jedności narodu. Ochrony społeczeństwa. Lista jest długa.
Prawie nikt nie mówił: „Odbieramy wam wolność, bo tak lubimy”. Zawsze znajdowało się jakieś wzniosłe uzasadnienie.
Dlatego esej Marcusego warto czytać nie jako instrukcję działania, lecz jako ostrzeżenie. Nie przed prawicą, lewicą czy konkretną ideologią, ale przed pokusą przekonania, że ktoś posiada monopol na prawdę. Bo gdy tylko uznamy, że jedna grupa ludzi ma prawo decydować, które opinie mogą istnieć, a które należy uciszyć, wchodzimy na bardzo śliską drogę.
I wtedy tolerancja przestaje być tolerancją. Staje się strażnikiem przy drzwiach, który uśmiecha się uprzejmie i mówi:
– Oczywiście możesz wejść. Pod warunkiem, że zgadzasz się ze mną.
A jeśli się nie zgadzasz? Cóż, właśnie odkryłeś, na czym polega represywna tolerancja.
Swietny felieton. W bardzo prosty sposób autor nakreślił główny mechanizm , ktorym posługują się wspolczesni liberałowie. Lektura obowiązkowa dla licealistów, by juz od najmłodszych lat uczulać na ten „przekręt”, którym liberalne elity sterują społeczeństwem.
I tak oto , dowiedzielismy sie ,ze gdy tolerancji stawia sie warunki ,to juz jest tolerancja represyjna.
Kazdy kto jest niepewny pomiedzy tolerancja a wolnoscia powinnien PRZECZYTAC.
Bardzo ciekawy i dobrze napisany tekst. Szczególnie wartościowe jest pokazanie, jak cienka bywa granica między tolerancją a próbą narzucania innym, które poglądy zasługują na obecność w debacie publicznej. Dużo trafnych spostrzeżeń i materiał do głębszej refleksji. Gratuluję 👏👏👏
Świetny felieton, ale wydaje mi się, że dzisiejsze „społeczeństwa liberalne” nie tyle są czymś przciwnym do tego co proponował Marcuse, co raczej doskonale się w jego totalitarną ideę wpisały:)
To niezwykle ciekawy, trafny i potrzebny felieton, który skłania do głębszej refleksji nad granicami tolerancji i wolności słowa. Autor w bardzo przystępny, a jednocześnie błyskotliwy sposób pokazuje paradoks tzw. „tolerancji represywnej” i jej zagrożenia dla otwartej debaty publicznej. Szczególnie cenne jest przypomnienie, że tolerancja nie oznacza obowiązku akceptowania cudzych poglądów, lecz szacunek dla prawa drugiego człowieka do ich wyrażania. To znakomity tekst — odważny, inteligentny i niezwykle aktualny, zdecydowanie wart przeczytania i podania dalej…A tak na marginesie jak blisko przy analizie tolerancji represywnej do dostrzegania w takim określeniu potężniej pychy..Najbardziej niepokojącego rujnującego demoralizującego uczucia które potrafi zawładnąć człowiekiem i pycha potrafi ukryć się pod pozorem tolerancji — przekonanie, że tylko własne poglądy są moralnie słuszne, a tych, którzy myślą inaczej, można już nie tolerować.
Bardzo dobry artykuł. Autor wyjaśnia na przykładach sprzeczność samego pojęcia „tolerancja represywna”, a także odwołuje się do łacińskiego znaczenia słowa tolerować.
Esej powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy cenią zasadę wolności słowa.
Bardzo ciekawy felieton. Szczególnie trafne jest rozróżnienie między tolerowaniem cudzych poglądów a koniecznością ich akceptowania. Warto o tym pamiętać zwłaszcza dzisiaj, gdy tak łatwo przypisujemy sobie prawo do oceniania, które opinie zasługują na wysłuchanie. Daje do myślenia.
Dzieki , twój artykuł to świetnie wytłumaczenie zjawiska jakim jest tolerancja represywna, będzie bardzo pomocna w dyskusjach
Bardzo trafny i potrzebny tekst. Wolność słowa ma prawdziwą wartość właśnie wtedy, gdy obejmuje również poglądy, z którymi zdecydowanie się nie zgadzamy. Tolerancja działająca tylko wobec „właściwych” opinii szybko przestaje być tolerancją. Dobry materiał do refleksji.
Dzięki za zrozumiałą prezentację zagadnienia. Podczas lektury tego tekstu rodzi się pytanie: na ile tolerować napastliwe spamowe wpisy w mediach społecznościowych, w tym znieważające Prezydenta RP, osoby o poglądach prawicowych czy katolików?