Jakub Fornagiel brał kilkakrotnie udział w naszych konkursach literackich. Zdobywał nagrody, przede wszystkim jako poeta. Przedstawiamy jego nowe wiersze, pełne rozterek, lęków i niepokoju. Zapewne nie ustanie w pracy twórczej. Jest studentem i przed nim nowa literacka droga.
Zlodowacenia chropowatości tkanki miękkiej
W chaosie przedmiotów użytkowych
Chwytam za gitarę
Ocierając się o zsyp
Nie potrafię już sypiać
Tkwię w bezruchu po szóstej
I szukam równowagi
Spacer po linie między jawą a snem
W szufladzie leżą wiersze i historie
Lecz nie potrafię ich rozesłać
Utknąłem w trybie samolotowym
Odkąd wylądowałem
Sparaliżowane mięśnie nie chcą odtajać
Majaczenie rozbitka
Zwilżam wargi
I błogosławię klawisze
Choć nie umiałem ich dźwięku powtórzyć
Gdy miałem siedem lat
Przez moje dłonie przeszło kilka maszyn
Stukałem dmuchałem szarpałem
Szukając tej
Co czule mnie ugłaszcze
Aż odnalazłem właściwą
Nie wybrałem jej
Zostałem wybrany
Gdy nadszedł mój czas
I gdy dziś po raz ostatni szarpię struny
Nie boję się wyższych dźwięków
Godzę się z losem
Który każdego dnia może odebrać mi
Palce słuch głos dech
Zostawiłem cię w Polsce przy lampce wina
Ponownie wylatuję z kraju
By na kilka dni pobyć w innych stanach
W poszukiwaniu fabuły
Na bratnią duszę chyba już za późno
Pora poznać inne języki
Zbyt duszno w jednym kodzie
Skasowałem prompt
Tak skrzętnie sporządzony minionego lata
Za długo dawałem się więzić inteligencji
Pozwalam wygenerować nowy świt
Największemu z pisarzy
Każde następne zdanie spiszę
Według unikatowego kompasu
Nawet jeśli przed oczami źrenice
I wspólne wieczory przy gitarze
Zawierzam się powieściopisarzowi
Co ma być to ponoć będzie
Życie jest jak sukno — podarte na etapy; a może jak tunika — tkane od góry do dołu?
Odliczam każdą minutę
Włos za włosem
Spoglądam w roziskrzony płomień
Na skraju huraganu jutrzenki
Nieskończoność bywa tak ulotna
Próbuję łapać czułostki
Postrzępione nuty wystukane na maszynie
Zaprzedanej diabłu
Dla kilku słów
Tembru głosu
Kosmyka zakładanego za ucho
Pocałunku w czoło
Znam każde pęknięcie na szkle
Dlaczego wciąż widzę w tym piękno
Jak misjonarz pochylający się w Rwandzie
Nad porzuconym niemowlęciem
Urzeczony delikatnym biciem serca
Które skradło w kruchej wieczności
Chrystusowe niebo
Czy nie będę miał do siebie żalu
Gdy przyjdzie zmierzch?
Los nasz był spisany jeszcze przed poczęciem… Czyż nie?
Było jak było
Nie ma co rozdrapywać
Bądź wdzięczny pod nieboskłon
Było tak pięknie
Mogłeś to przeżyć
Nie każdemu to dane
Tyle że nie potrafię żadnej z tych mantr
Oddać w pełni duszy
Zakwitnąć niczym nieświadoma róża
Ograniczona własną asteroidą
Tak zuchwała
Nie umiem traktować życia jak sukna
Gdy pisarski sznyt
Nawołuje
Chcą je rozszarpać
A przecież należy rzucić o nie losy
Zasypiam z płatkami słonecznika na oczach
Zasypiam z uśmiechem
Nie za wiele mam w głowie
Dziwnie tak
Nienaturalnie
Gdy na co dzień umysł mój
Rozstrojonym radiem
Tysiąca stacji na raz
Tłuczone szkło okalające neurony
Grzechotka goniących się pytań
Podgryzających jaźń
Dawniej
Czując taki spokój
Wpadłbym w panikę
Zamartwiając się o Wróblewskiego
Jego dalsze losy i
Taśmociąg wierszy
Teraz czuję pewność
Jakoś to będzie
Tak to właśnie powinno działać?
Chirurgiczna precyzja słów
Jestem za duży by bolała strata
Może poza chwilami
Gdy zawodziłem przyjaciół
Pędząc na złamanie karku
W interwałowej pogoni za błyskotką
Załamaniem światła i jaźni
Wychodząc po angielsku
Po latach zemścił się los
W zaiste brytyjskim humorze
Cisza w słuchawce po dekadzie
Kontrastuje z nieumiejętnością dobrania
no tych… do tego…
Co tkwi we mnie
Jak drzazga w palcu
Nie mogłem jej wyciągnąć
Wyszarpać wygryźć choćby i z mięsem
Wepchnąłem głębiej w miękką tkankę
Przepychając żelatynę
Nawet mój prywatny kardiolog
Zalecił mi coś zmienić
Ostrzegając o emerytalnej mentalności
W której się pogrążyłem
Czy to już atak czy jeszcze dreszcze?
Dzień sądu nadchodzi
Czuję to po kościach
Skulony kundel w pozycji embrionalnej
Nigdy jeszcze tak długo nie było dobrze
Choć cóż znaczy dobrze
Tak umowne
Jak bliskość
Żyję od kwietniowych przymrozków
Do sylwestrowego mirażu
W ambiwalentnym cyklu
Sinusoidalnej teraźniejszości
Jaźń pożarta przez wyobrażenia
Boskie tęczówki
Jawiące się słodyczą likieru
Zalepiają mi powieki
Dzień sądu nadchodzi
Pozostanie mi być wiernym
Ostatniemu
Wypowiedzianemu
Słowu
Wyjadę stąd wraz z rozczarowaniem