Zofia Kossak-Szczucka Pożoga – reportaż z piekła

Szczegóły historii ludobójstwa na Wołyniu w czasie II wojny światowej wywołują ból i przerażenie. Trudno uwierzyć, że w duszy człowieka mogą się kryć tak mroczne cienie, które ożywione jakimiś przewrotnymi hasłami, uwalniają potężne siły zła, popychając do mordowania sąsiadów i zadawania im nieludzkich cierpień siekierą, piłą lub widłami.

Mało się mówi, że ta straszliwa zbrodnia z okresu II wojny światowej nie była jedyna. Na Wołyniu doszło do podobnej rzezi w latach 1917-1919, kiedy przez tę ziemię przemieszczały się wojska niemieckie, austriackie, rosyjskie, a także oddziały bolszewików, petlurowców i bandy zrewoltowanego chłopstwa.

O tych wydarzeniach pisze Zofia Kossak-Szczucka w książce „Pożoga”. Pisarka – wnuczka Juliusza Kossaka, bratanica Wojciecha Kossaka, współtwórcy Panoramy Racławickiej, kuzynka Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec – urodziła się na Lubelszczyźnie w rodzinie ziemiańskiej kultywującej tradycje patriotyczne i religijne, a także literackie i artystyczne. W 1915 roku wyszła za Stefana Szczuckiego i zamieszkała z nim na Wołyniu w majątku w Nowosielicy. Pierwsze lata małżeństwa, urodzenie dzieci i prowadzenie domu to najszczęśliwszy okres jej życia. Opis sielankowej rzeczywistości wśród przyrody, spacery w rozległym parku, jazda konna, poznawanie mieszkańców wsi to początek historii. Autorka przygląda się tubylcom – Rusinom (Ukraińcom): (…) Lud rosły, krzepki, śpiewający najpiękniejsze pieśni w całym świecie, leniwy i senny (…), nad wszystko inne siłę fizyczną ceniący, pobłażaniem gardził jako dowodem słabości, surowość uznawał, a za niesprawiedliwość mścił się zaciekle i strasznie. Rząd carski zabraniał szerzenia wśród nich jakiejkolwiek nauki. Szkółki cerkiewne i rosyjskie „uczyliszcza” były jedynymi źródłami, z których mieli prawo czerpać oświatę i wiedzę. Kierunek tych szkół był wyraźnie rusyfikacyjny i antypolski.

Zofia Kossak Szczucka z synami 1918

Polskie ziemiaństwo żyło jednak w pełnej zgodzie z Rusinami, którzy chętnie służyli w starych dworach, stając się z czasem częścią familii. Nikomu wówczas nie przyszłoby do głowy, że wkrótce ktoś zacznie ich przekonywać, że – są skrzywdzonymi i wyzyskiwanymi ofiarami ustroju kapitalistycznego. Pierwsze symptomy rewolucji bolszewickiej dotarły do Nowosielicy dość późno. Najbardziej sceptyczni wobec nadchodzących zmian byli sami chłopi, którzy, patrząc na kilkudziesięcioosobowy pochód maszerujący pod sztandarem uszytym z czerwonej pierzyny, mówili: Ne bude dobra z toho, pani! … Bez cara ani poriadku, ni tołku. Ktoż bude hołowoju w hosudarstwie? (Nic dobrego z tego nie będzie, proszę pani. Bez cara ani porządku, ani sensu. Któż będzie głową gospodarstwa).

Wkrótce jednak w okolicy pojawili się agitatorzy. Wspomagani przez tutejszych Żydów, usiłowali przekonać lud do odbierania panom ziemi. Nieoczekiwanymi sprzymierzeńcami agitatorów okazały się wiejskie kobiety. Nikt tak chciwie nie pragnął wszystkiego co dworskie. Żydzi prowadzili je, jak chcieli i dokąd chcieli, a one prowadziły ostrożniejszych i powściągliwszych mężów. Na „schodach”, czyli wiecach wiejskich, nikt ich nie przegadał i nikt nie powstrzymał. Dotychczas tak ciche i bezosobowe, czarnobrewe i rzewne Ulany, Hapki i Frasyny ogarnął istny szał wiecowania. (…) Wyciągając ręce w stronę bielejącego na górze dworu, wołały: „Treba nam zemli, ne treba paniw!”. (Potrzeba nam ziemi, nie trzeba panów).

Chłopi uwierzyli w końcu agitatorom, że mogą pozbawić panów majątków. W Nowosielicy najpierw zaczęli wypasać zwierzęta w parku przynależnym do dworu. Łamali drzewa, niszczyli trawniki, śpiewali głośno pod oknami mieszkańców, jakby chcieli zaznaczyć swoje terytorium. Podobnie się działo w innych dworach. Rusińska służba zdradzała prawie wszędzie swoich panów. Ludzie, których traktowano jak członków rodziny, nagle zrywali przyjacielskie więzi i podążali za podjudzanymi do buntu gromadami. Wspierali ich żołnierze urlopnicy, dezerterzy i wciąż rosnące grupy młodych ludzi. Rewolucja ogarniała coraz większe obszaryWołynia, Podola i Ukrainy.

Z początku chłopi ograniczali się „tylko” do rabunku. W dworze pobliskich Łaszkach żołnierze znaleźli mnóstwo wódki; po całonocnym pijaństwie splądrowali dom i wyjechali. Reszty zniszczenia dokonali chłopi. Najpiękniejsze meble i kryształowe świeczniki rzucano z piętra przez okna, zerwano część dachu, powyrywano drzwi z zawiasów, w drzazgi poszły wszystkie ramy okienne, w proch śliczne, turkusowe i złote, empirowe stiuki, a okrzyki wesela i triumfu słychać było aż w naszym parku.

Wkrótce większość przepięknych dworków zamieniła się w gruzowisko. Palono domy, rąbano sady i ogrody. Mury równano z ziemią, aby właściciel nie miał dokąd wrócić.

Autorka opisuje przypadek starego szlachcica, który pozostał w majątku do ostatniej chwili. Żegnając swój stary dom, brodził po kolana w strzępach całe życie zbieranej, pełnej białych kruków biblioteki, i patrzył, jak gromada dzieci wiejskich wśród krzyków i śmiechu tłukła markizy i pasterzy z saskiej porcelany. Kilkanaście bab, kłócąc się zawzięcie, cięło nożycami do strzyżenia owiec oryginalne gobeliny z XVI wieku, przykrawając je na miarę swoich łóżek, którym od dziś miały służyć jako kapy, i spluwały, pokazując sobie nagie ciała nimf.

Pogrom nie oszczędził też domu rodziców autorki w Skowródkach. Rano ruszyły w stronę dworu gromady żołnierzy, za nimi baby żądne pościeli, poduszek i firanek. Na końcu szli chłopi. Pomimo zaciętej walki o dobytek Kossakowie nie zdołali pokonać agresorów. Opuścili więc dom bocznym wyjściem, oglądając się na ogarnięte już ogniem mury. Napastnicy łamali narzędzia rolnicze i rzucali je w ogień, zabijali zwierzęta domowe, niszczyli kaplicę, pastwiąc się nad wizerunkami świętych, rozrywając ornaty, komże i chorągwie, rąbali stare gdańskie meble, darli fotografie, listy, książki.

Trudno zrozumieć instynkt bezmyślnego poniewierania rzeczy wartościowych i profanowania bliskich sercu pamiątek. Zofia Kossak dostrzega w tym piętno tatarskiego Wschodu obcego naszej mentalności. Polski chłop też mógłby być łasy na czyjąś własność. Mając przed sobą cudze dobro do zagarnięcia, powie: „To bandzie la mnie, to la baby, to la dziecków, a to – bierzta sobie kumie, jeśli się woma przydo”. Nie niszczyłby narzędzi, nie palił zboża i nie wpychał porąbanego powozu do studni.

Wkrótce rewolucyjne nastroje przybrały straszliwsze oblicze. Miejscowa gazeta „Dziennik Kijowski” donosiła o morderstwach dokonywanych z niewyobrażalnym okrucieństwem: ten porąbany siekierą, ów przepiłowany piłą, ten zatłuczony kijami, tamten rozdarty na strzępy, ów polany naftą i spalony.

W obliczu zagrożenia życia Polacy opuszczali swoje domy i uciekali. Również pisarka przeniosła się wraz z matką i dziećmi do Starokonstantynowa. Przez pewien czas w mieście władzę sprawowali Niemcy, którzy nie pozwalali na rozboje i kradzieże. Jednak po ich wyjeździe zaczęli rządzić na zmianę to Ukraińcy, to bolszewicy.

W grudniu 1918 do miasta wszedł pułk petlurowski pod wodzą atamana Bidenki, który bez trudu pokonał komunistów. Ich zwycięstwo dawało nadzieję na lepszy czas.

Komuniści szybko wyrzekli się swoich idei i przeszli do petlurowców. Oczekiwane zmiany nie nadeszły. Petlurowcy grabili sklepy, tak jak komuniści. Zmuszali Żydów do oddawania pieniędzy w zamian za uniknięcie pogromu. Głosząc hasła o wolnej Ukrainie, myśleli tylko o szybkim wzbogaceniu się. Tymczasem w mieście szerzyły się choroby: tyfus, hiszpanka i czarna ospa. Codziennie ulicami miasta ciągnęły kondukty pogrzebowe, odbierając jeszcze żyjącym resztki złudzeń.

W styczniu 1919 roku wydano ustawę o wymianie carskich rubli na ukraińskie papiery. Bogaci chłopi, nie przeczuwając podstępu, przynosili do banku zrabowane panom pieniądze. Zamiast nowych pieniędzy otrzymali nic niewarte kwitki, które nigdy nie miały być wypłacone. Zanim oburzone chłopstwo zdążyło wywołać rozruchy, rząd wywiózł pieniądze z miasta. Być może, chcąc odwrócić uwagę od drażliwej sprawy i odzyskać utracone wpływy, władza zaczęła kierować gniew ukraińskiego ludu przeciw Polakom. Wcześniej panowie byli winni chłopskiej niedoli, teraz zaczęto mówić o winie „Lachów”. Z początku były to nieśmiało wygłaszane żądania: „Polską służbę z panami przepędzić do Polski”, ale po wsiach zaczęły wkrótce krążyć broszury i odezwy: Kazał Chrystos Hospod nasz: myłujte worohiw waszich. Ane ne kazał Wiu: myłujte worochiw Prawdy. A Lachy idut z łożeju i obmanom na zhubu i pohybel neszczastnoho, ukrainskoho naroda. (Przykazał Chrystus, nasz Pan: miłujcie nieprzyjaciół waszych. Ale nie przykazywał: miłujcie wrogów Prawdy. A Lachy idą z kłamstwem i oszustwem na zgubę i hańbę nieszczęśliwego narodu ukraińskiego).

A dalej:

Hańba temu, kto by Lachom pomagał i bratał się z nimi, kto by rannemu Lachowi podał wodę albo przyjął do domu. Nie ma litości dla tych ciemiężycieli, krwiopijców, białorękich i cwanych paniczyków. Rżnijcie ich wszystkich we śnie w domach, niszczcie drogi za nimi i przed nimi i nie miejcie litości dla żadnego z nich, bo polska pijawka najgorsza ze wszystkich pijawek na świecie.

Napięcie wywoływane tym iście szatańskim judzeniem nie było dość silne, by wywołać pożądane działanie na szeroką skalę, ale na tyle skuteczne, aby znaleźć ujście w pogromach Żydów. W Płoskirowie doszło do zamordowania ponad dziesięciu tysięcy ludzi. Ukraińcy nie używali broni palnej, otoczyli żydowskie domy i zarzynali, kłuli lub ćwiartowali żywcem bezbronne ofiary.

Systematycznie przechodząc wszystkie zaułki i domy, nie oszczędzono nikogo – od niemowląt do najstarszych. (…) Zabitych wyrzucano z okien na ulicę, gdzie po kilku godzinach zebrały się istne materace z trupów. Leżały tam w grozie swej strasznej niedoli – matki ciężarne, z których wydarto wnętrzności, dziewczęta z odrąbanymi piersiami, starcy wyszczerzeni, okropni… Z balkonu zwieszały się wianki związane z dzieci maleńkich, rozpłatanych bagnetami, powiązanych sznurem za główki żałośnie zwieszone.

Z tej straszliwej zbrodni nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.

W kwietniu 1919 do miasta weszli bolszewicy. Petlurowcy zaczęli kryć się i uciekać, jednego z nich schwytano i rozdarto na strzępy, inni przypinali czerwone kokardy i uroczyście witali przybyłych. Ci bezceremonialnie zajmowali mieszkania, spychając lokatorów pod ściany i rozkładając się na łóżkach w butach i ubraniach. Byli brudni, cuchnący, umazani krwią. Kazali sobie podawać jedzenie i urządzali libacje. Zmuszali dziewczęta do śpiewów i tańców, gwałcili kobiety, bili mężczyzn. Rabowali wszystko z domów i sklepów. Pisarka z bólem opisuje tragiczną dolę koni. Bolszewicy rekwirowali szlachetne okazy, nie zważając na pozostawione bez matek źrebięta. Biały ogier, uznawany za jednego z najpiękniejszych koni, nieprzyzwyczajony do krzyku i bata, został porąbany szablą, ponieważ nie chciał słuchać rozkazów obcych ludzi. W ciągu dwóch dni jego los podzieliło około pięćdziesięciu koni.

Po kilku tygodniach dla mieszkańców stało się oczywiste, że celem władz sowieckich jest odarcie wszystkich ze wszystkiego. W sklepach zabrakło żywności, soli, mydła, nafty i świec. Chleba było coraz mniej. Potem ogłoszono rekwizycję poduszek, kołder, mebli, talerzy, łyżek, a nawet butów. W zamian za to otworzono mnóstwo biur i urzędów, a nawet czytelnię, do której ludzie musieli oddać swoje prywatne zbiory. Oczywiście książek nikt nie czytał, pokrywały się więc kurzem i pleśniały.

Sowieci prowadzili walkę ideologiczną. Zaczęli od niszczenia religii. Obiecywali, że przerobią kościoły na łaźnie, browary i szpitale. Zabronili celebrowania nabożeństw, nie wolno było chrzcić dzieci, udzielać ślubów ani organizować pogrzebów. Popi i księża katoliccy byli nieustannie nękani rewizjami i przesłuchaniami, kryli się zatem po strychach, obórkach i w ogrodach. Na szczęście mogli liczyć na wsparcie wiernych, dzięki którym ukradkiem odprawiali msze.

Czerwoni władcy ogłaszali światu, że nie boją się niczego. Jedynym wrogiem niebezpiecznym, przed którym w głębi mrocznej duszy czuli lęk, wrogiem nad wszystko znienawidzonym a nieustannie przytomnym był Bóg, Bóg sprawiedliwy i wszystkowiedzący, przenikający rzecz każdą. Nie różnice klasowe chcieli wytępić, lecz wiarę. Nie kontrrewolucja ich oburzała, ale nieśmiertelność duszy. „Boga usunąć ze świata” było ich celem, hasłem i dążeniem.

Wypowiedzieli wojnę Bogu, który jakoby nie istniał. Okazywali pogardę Bożym przykazaniom, ale w zamian nie mieli nic do zaoferowania. Paradoksalnie im zacieklej walczyli z religią, tym bardziej się gubili, postępowali nieracjonalnie, niekonsekwentnie. Oficjalnie nie mówili, że chcą zniszczyć Boga. Raz tylko na wiecu jeden z bolszewickich przywódców krzyknął: Cara łatwo było zrzucić, ale dopiero, kiedy zrzucimy tego cara, o!… (wskazał na niebo), będziemy panami świata.

Autorka pisze, że odebranie ludziom prawa do wyznawania Boga oznaczało przekreślenie szczęścia, jakie daje obcowanie z Nim. Tam, gdzie nie ma Boga, nie ma miłości i dobra, nie ma nadziei. Po zaspokojeniu wszystkich żądz pozostaje całkowita pustka. Niektórzy sądzą, że Sowiety dlatego są piekłem, że tam ludzie mrą z głodu, że tysiące giną w wymyślnych torturach. Otóż nie: Sowiety są piekłem także i dlatego, że nie masz wśród nich miejsca dla nadziei.

Odepchnięcie najwyższego Dobra, szerzenie terroru i mordu musiało doprowadzić do zaniku ludzkich uczuć. Zofia Kossak zauważyła, że ten wewnętrzny upadek spowodował powstanie nowego człowieka – krasnoarmiejca. Wszyscy byli do siebie podobni, przeważnie młodzi z zaognionymi oczami, chorobliwie nalaną, bladą cerą zdradzającą plugawe choroby i nałogi. Choć mieli wypchane pieniędzmi kieszenie, chodzili w postrzępionych ubraniach. W spojrzeniach i gestach wyczuwało się przesyt i nudę graniczące z rozpaczą. Byli nieobliczalni: nawet po wspólnie zjedzonym posiłku mogli bez powodu zabić gospodarza lub ściąć głowę jego dziecku. Żądza krwi była jak uzależnienie i wpędzała ich albo w dzikie podniecenie, albo przygnębienie i apatię. Mieli świadomość zła szerzącego się za ich sprawą, nie czuli się nawet „towarzyszami”. Raz, kiedy ktoś zwrócił się tak do jednego z nich, ten odpowiedział: Kakije my towariszcze! My rozbojniki i wory. Taki do nas nada gawarit. (Jacy my towarzysze! My rozbójnicy i złodzieje! Tak należy do nas mówić).

Pisarka, chociaż spotkało ją ze strony bolszewików wiele krzywd, nie pisze o nich z nienawiścią. Widzi w nich tłum obłąkanych szaleńców, zgnębionych i upodlonych, widzi ofiary szatańskich teorii Nietzschego, nadludzi, którzy zostawiali za sobą tylko zniszczenie i tysiące mogił. I wierzy, że Bóg im przebaczy.

Polacy mieszkający w owym czasie na Kresach nie doczekali się pomocy ze strony rządu polskiego. Musieli podjąć decyzję o wyjeździe. Również Kossakowie pożegnali tę ukochaną ziemię, z bolesnym przeświadczeniem, że Rzeczpospolita jej nie potrzebuje.

„Pożoga” to książka, która nabiera dziś szczególnej aktualności i to nie tylko z powodu rocznic ludobójstwa (pierwszego i drugiego) na Wołyniu, choć nie można ich pominąć. Trzeba tę książkę czytać również jako przestrogę przed katastrofą, do której mogą doprowadzić bezmyślne idee głoszone przez kreatorów nowego, lepszego świata. To ma być świat bez ograniczeń, bez przykazań i bez Boga, bez obowiązku doskonalenia się, wytrwałego kształcenia i stawania się odpowiedzialnym za dobro rodziny i ojczyzny.

We współczesnych „uczyliszczach” dzieci mają się dobrze bawić i zdobywać wiedzę jedynie o różnorodności płci. Nieuctwo i brak krytycyzmu to najbardziej pożądane cechy w wyzwalaniu stadnych emocji. O to samo chodziło komunistom. Oni krzyczeli: „Ziemia dla wszystkich”, dziś ich następcy krzyczą: „Tolerancja dla wszystkich”, ale oba hasła nic nie znaczą – są przykrywką bezprawia, terroru i krzywdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *