Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
Henryk Sienkiewicz „Ogniem i Mieczem”
Tak się złożyło, że w roku bieżącym zbiegają się dwie ważne rocznice, których przypomnienie wydaje się ważne dla diagnozy stanu mentalnego Polaków, a być może powinny one stać się pretekstem do głębszej analizy historiozoficznej.
U progu katastrofy dziejowej
Lata 50. XVII wieku to dla Rzeczypospolitej Obojga Narodów czas tragiczny. Z jednej strony rebelia kozaków zaporoskich pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, sama w sobie była niezwykle groźna. Co prawda Rzeczpospolita zdobywając się na ogromny wysiłek militarny i używając skomplikowanego systemu dyplomatycznego nagięła buntowniczy kark, ale do całkowitej likwidacji zagrożenia było daleko, a czas działał na niekorzyść Korony. Poza tym towarzyszyła temu konfliktowi od pewnego momentu interwencja zbrojna Moskwy, która wykorzystała kłopoty Monarchii Wazów do odzyskania Smoleńszczyzny i najdalszych wschodnich kresów państwa polsko-litewskiego oraz rozciągnięcia swych wpływów na Zaporoże, które miało się stać etapem marszu państwa carów nad wybrzeża Morza Czarnego.
Z drugiej strony doszło do jeszcze jednego kluczowego również dla niniejszych rozważań wydarzenia, które mogło zakończyć byt polityczny Rzeczpospolitej. W roku 1655 Król Szwedzki Karol X Gustaw rozpoczął inwazję znaną z historii pod potoczną nazwą „potopu szwedzkiego”. Tak tylko tytułem przypomnienia zaznaczam, że inspiracją dla Szwedów były zachęty zdrajcy, polskiego magnata Hieronima Radziejowskiego. Niemniej i bez tego miał król szwedzki swoje geopolityczne i dynastyczne powody. Skandynawowie chcieli panować nad Bałtykiem i uczynić go Mare Nostrum. Poza tym nie bez znaczenia był plan przebudowy religijno-politycznej obszaru Korony i Litwy – tak należy patrzeć na entuzjazm znacznej części polskich protestantów w związku z interwencją, tudzież nadzieje magnatów na tworzenie lokalnych, na wpół suwerennych władztw, które powstałyby na ruinach Państwa. Oczywiście na to nakładają się zakusy sąsiadów na zaspokojenie własnych ambicji terytorialnych. W tej ostatniej sytuacji widzimy jakby preludium do o ponad wiek późniejszych rozbiorów.
Początkowo szwedzka inwazja przebiegała zgodnie z planem napastników, upadek Rzeczypospolitej wydawał się nieuchronny. Postępy najeźdźców połączone ze zdradą części elit doprowadziły do zajęcia większości terytorium państwa, Karol Gustaw nie zdobył niektórych tylko enklaw oporu, które stały się ważnymi punktami późniejszej kontrofensywy, tudzież symbolami – jak choćby Jasna Góra, której mit oblężeniowy odegrał znaczącą rolę w stuleciach późniejszych.
Ale na razie Jan Kazimierz musiał z Polski uciekać. Udał się na wygnanie na Opolszczyznę. Miejscem charakterystycznie kojarzącym się z jego wygnaniem jest zamek Oppensdorfów w Głogówku, który stał się rezydencją króla, chociaż przebywał również w samym Opolu, gdzie wydał uniwersał wzywający naród Rzeczypospolitej do powstania przeciwko Szwedom.
Wracając do Głogówka to warto wiedzieć, że w niedalekim Mochowie ukryty został oryginalny obraz Matki Bożej Częstochowskiej, co wiąże się z późniejszymi legendami na ten temat, ale to wspominam tylko w formie ciekawostki. Natomiast z Głogówka jest tylko kilkanaście kilometrów do Prudnika, gdzie 299 lat później przebywać będzie aresztowany przez komunistów i wywieziony z Warszawy bł. Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Tysiąclecia. To jeden z kluczy do odczytywania znaczenia owych dwóch ślubowań.
Śluby Jana Kazimierza
Zachęcony wolą oporu części szlachty z końcem 1655 roku Jan Kazimierz postanawia wrócić do Rzeczypospolitej i stanąć na czele irredenty. Na przełomie roku forsuje Karpaty, dociera do Nowego Sącza, gdzie wydaje kolejny manifest. Natomiast 10 lutego staje we Lwowie, które to miasto staje się świadkiem rzeczy historycznej.
Tu w Katedrze 1 kwietnia 1656 roku Król w imieniu narodu ogłasza Matkę Boską Królową Korony Polskiej. Obiecuje prowadzenie walki z najeźdźcami aż do ich wypędzenia i robi jeszcze jedną rzecz: układa program społeczny względem najliczniejszej warstwy Pierwszej Rzeczypospolitej, czyli chłopów. Uważa się, że w tamtym okresie wymiar pańszczyzny wynosił między 3 a 5 dni w tygodniu. Pamiętajmy, że praca pańszczyźniana była nieodpłatna, stąd wniosek oczywisty, że chłop miał bardzo mało czasu na pracę na swoim polu, poza tym czas wojenny odbił się na tej warstwie szczególnie, co Jan Kazimierz również zauważa.
Król w tekście ślubowania wygłasza też opinię, a właściwie przyjmuje za pewnik, że nieszczęścia, które na kraj spadły, są karą Bożą za niegodziwe traktowanie właśnie tej grupy społecznej. Jest to kwestia niezwykle istotna: król zobowiązuje się ten stan naprawić. W kilku tłumaczeniach z łaciny krążących po internecie, te królewskie obietnice nieco się różnią, niemniej istota rzeczy mówiąca o naprawie niesprawiedliwości pozostaje.
Mamy więc kilka warstw tekstu. Pierwsza czysto religijna, wzorowana na wcześniejszych ślubach francuskich, które były znane choćby królewskiej małżonce. Obietnice tu złożone zostały dotrzymane: do dziś w republikańskiej przecież Polsce mamy Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, chociaż rzecz sfinalizowała się już w całkiem innej rzeczywistości. Dla przypomnienia – święto zostało ogłoszone na prośbę biskupów polskich przez papieża w 1920 roku. Data, czyli 3 maja, jest tak skonstruowana by odnosić się zarówno do Ślubów Lwowskich jak i do rocznicy Konstytucji 3 maja, która rzekomo miała być krokiem w stronę realizacji społecznej części królewskich ślubów, co jest tezą naciąganą w kontekście tego, że w kwestii chłopskiej Konstytucja była raczej powściągliwa, żeby nie użyć mocniejszych słów.
Poza tym liturgicznym elementem uczynionym względem Matki Bożej, król robił coś jeszcze: czynił jasną deklarację, że Rzeczpospolita jest państwem katolickim. Ma to znaczenie w kontekście tego, że druga strona konfliktu chciała by kraj, jeśliby miał istnieć, utracił katolickie oblicze, a przyjął kalwińskie.
Biorąc pod uwagę siłę polityczną tej protestanckiej denominacji w Wielkim Księstwie Litewskim to zagadnienie jest intrygujące. Swoją drogą ciekawe byłoby skonstruowanie takiej historii alternatywnej, gdzie Rzeczpospolita przetrwałaby, ale o jej polityczno-religijnym kształcie decydował Bogusław Radziwiłł.
Ślubując walkę z wrogami i ich przepędzenie, król rysował ważną drogę. To dzięki zwycięstwu Jana Kazimierza nad Szwedami zawdzięczamy to, że zdanie Dmowskiego z 1927 roku – Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu – było zdaniem prawdziwym. Dziś niestety widzimy, jak druga część tej wypowiedzi realizowana przez różne rządy od co najmniej kilkudziesięciu lat, staje się mrocznym proroctwem.
Ale przejdźmy do tej warstwy ślubów, której realizacji ani wtedy, ani długo potem się nie doczekały. Chodzi o rzeczoną poprawę doli chłopskiej, coś, co mogło stać się kluczem do rozwiązania kwestii społecznej. Sama diagnoza i zobowiązanie było czymś w rodzaju Rerum Novarum, które Leon XIII ogłosił w końcu wieku XIX. Ostatecznie rzecz została zablokowana przez szlachtę i magnatów. Król, mimo swej w tym względzie dalekowzroczności, przegrał. Wymiar pańszczyzny dalej rósł, zaś chłopi na uobywatelnienie czekali niemal do wieku XX. Wprawdzie ich polska świadomość narodowa obudziła się w wieku XIX pod zaborami, wbrew wysiłkom państw rozbiorczych, ale bez zasług polskiej władzy.
Czy można, kierując się logiką Jana Kazimierza, który uważał plagi tamtego czasu za Bożą karę za te zaniedbanie, uznać, że rozbiory były jej dokończeniem? Nawet jeśli odrzucimy wiarę w Boską opatrzność, to można zaryzykować twierdzenie, że gdyby chłopi wtedy, w wieku XVII, zaczęli drogę do bycia obywatelami Rzeczpospolitej, to sto kilkadziesiąt lat później rzesze chcące jej bronić byłyby znacznie większe. A tak nie było komu chwycić za broń. Pierwszym, który to rozumiał, był Tadeusz Kościuszko, ale jego bardziej inspirowały rewolucje – amerykańska i francuska – niż lwowskie śluby.
„Dotąd nie wykonaliśmy ślubów i przyrzeczeń Ojców naszych”
Zdanie powyższe pochodzi z drugiego dokumentu, którego rocznicę obchodzimy 26 sierpnia. Tak się składa, że jest to 70. rocznica, a słowa tu odnotowane odnoszą się do tych o 300 lat wcześniejszych ze Lwowa. Prymasa Wyszyńskiego w trakcie uroczystości ślubowania w 1956 roku na Jasnej Górze nie było. Wciąż był uwięziony, już nie w Prudniku a w Komańczy – w sumie najbliżej Lwowa, jak to w realiach PRL było możliwe, tuż nad granicą ze Związkiem Sowieckim. Mijały trzy lata, jak władze komunistyczne postanowiły się go pozbyć, tylko nie znalazły sposobu, na to, jak to zrobić. Zamknąć było łatwo, ale potem pojawiały się same kłopoty. Zabić się bali, a wyjechać chyba nie chciał. Arcybiskup Baraniak, poddany brutalnemu śledztwu, w wyniku którego miały powstać jakieś obciążające Wyszyńskiego zeznania, złamać się nie dał, a w roku 1956 czas działał na niekorzyść komunistów.

Bolesław Bierut w marcu tegoż roku pojechał do Moskwy „w futerku, a wrócił w kuferku” – jak drwiono sobie z jego śmierci mimo propagandowego patosu oficjalnej komunistycznej propagandy. Ład Stalinowski chwiał się, Prymas już to wiedział, widział, że jego pobyt w odosobnieniu dobiega końca, ale wiedział też jak cenna dla komunistów zaczyna być ugoda z nim i zaczął stawiać swoje warunki. Lata więzienia spożytkował na przygotowanie kilku rzeczy, które odcisnęły ogromne piętno na działalności duszpasterskiej polskiego kościoła w latach sześćdziesiątych, ale na pewno ich skutki okazały się bardziej długotrwałe.
Pierwszym wykonanym punktem wielkiego planu obchodów millenium chrztu Polski były Śluby Jasnogórskie. Niektórzy stawiają tezę, że uczestniczyło w nich do miliona ludzi. Komuniści panicznie bali się tego wydarzenia, podobno brali pod uwagę możliwość wojskowej pacyfikacji, ale się na nią nie zdecydowali. Pamiętajmy, że ci ludzie przybyli tam nie dlatego, że z mediów dowiedzieli się o wydarzeniu, wiedzę przekazywano sobie z ust do ust, najbardziej masowym komunikatorem mogła być co najwyżej ambona a i to księża musieli być ostrożni w obawie przed konsekwencjami.
Śluby były więc aktem narodowym podjętym przez wolnych ludzi w zniewolonym państwie i pokazały komunistom, że Kościół żyje i wygrywa, mimo reżimu i prześladowań. Napisane zostały w Komańczy, ale ich idea zrodziła się właśnie w Prudniku, poprzednim miejscu uwięzienia Prymasa. Wyszyński czytał tam „Potop” Sienkiewicza, na którego lekturę władze mu pozwoliły, ku swemu jak się okazało nieszczęściu. Wówczas zdał sobie sprawę, że ów Głogówek, do którego przyjeżdża Andrzej Kmicic spotkać się z Janem Kazimierzem, jest tuż obok, że to na tej ziemi rodziła się historia Ślubów Lwowskich i stąd król wyruszył w swą podróż do kraju.
Wiarołomność narodu
Ten znak Prymas Tysiąclecia odczytał najtrafniej jak umiał. Poza tym okrągła trzysetna rocznica powodowała, że poczuł się zobowiązany do przypomnienia owej wiarołomności narodu i niewykonania części ślubów. Co prawda pańszczyzna nie obowiązywała, ale nowe totalitarne państwo, sprawiedliwe nie było. Śluby z 1956, według Jana Pawła II, miały być czymś w rodzaju narodowej karty praw człowieka, przypominającej Polakom fundament tożsamości, ale i biorącej na siebie zobowiązanie na przyszłość. Ponadto, z lwowskimi ślubami te częstochowskie może łączyć coś jeszcze.
370 lat temu król mówił o ludzie utrapionym, traktowanym niesprawiedliwie. Oczywiście sprawiedliwość socjalistyczna była jak socjalistyczna demokracja, czyli z pierwotną definicją nie miała nic wspólnego, ale właśnie w kwietniu tegoż roku Sejm PRL przyjął ustawę aborcyjną, umożliwiając mordowanie dzieci w łonach matek. W pierwszym pięcioleciu działania ustawy zostało w ten sposób zamordowanych około milion osób – ogromne miasto, które nigdy nie powstało. Prymas przeżywał to głęboko, co znalazło swoje odzwierciedlenie w ślubach.
„Walczyć będziemy w obronie każdego dziecięcia i każdej kołyski” – Prymas Stefan Wyszyński chciał by 1000-letni naród nie ginął a rozwijał się. Władza, mimo deklaracji, że chce tego samego, zdawała się być bliższa założeniu – „socjalizm, albo śmierć” – że pozwolę sobie przytoczyć dewizę rewolucji na Kubie.
Same śluby obudowane zostały programem społecznym i wpisane w program milenijny. Na pewno wniosły duże ożywienie ducha katolickiego i są inspiracją aktualną do dziś. Bo w długim trwaniu wciąż czekają na wypełnienie – oby nie tak długo, jak te pierwsze…
Historia może się powtórzyć w formie jak najmroczniejszej dla nas.