W swej encyklice „Magnifica humanitas”, wydanej w maju 2026, papież Leon XIV zestawia pięć głównych zasad katolickiej nauki społecznej. To są, rzecz jasna, zasady rozwijane od dawna, przynajmniej od pontyfikatu Leona XIII, jeszcze z końca XIX wieku, a poszczególni autorzy odnosili się do jeszcze innych zasad, nie ujętych przez Leona XIV, jak zasada godności ludzkiej czy zasada miłości. Dobór akurat tej konkretnej piątki jest swego rodzaju autorskim rozwiązaniem przyjętym przez obecnego Ojca Świętego.
Jeśli cieszyć się on będzie autorytetem w środowiskach badaczy, o tyle utrwalać się będzie wskazywanie akurat tej piątki jako głównego zestawu zasad, do których nawiązywać będą rozmaite prace studialne dotyczących czy to oceny, czy planowania rozwoju gospodarczego, społecznego i politycznego. Przy tym zawsze trzeba pamiętać, iż żadna z zasad nie może być odrywana od pozostałych, a wszystkie muszą być realizowane w tym samym czasie. Skupienie się tylko na jednej, a traktowanie pozostałych po macoszemu, musiałoby oznaczać deformację oraz wynaturzenie.
Pięć zasad
Wspomniane pięć zasad to: zasada dobra wspólnego (w encyklice n. 59-64), zasada powszechnego przeznaczenia dóbr (n. 65-67), zasada pomocniczości (n. 68-72), zasada solidarności (n. 73-76) oraz zasada sprawiedliwości społecznej (n. 77-81).
W dniu 31 lipca 2026 w Warszawie podczas „grilla u Morawieckiego”, czy też używając nazwy oficjalnej – spotkania „Quo vadis Polsko?” na warszawskiej Pradze Jan Rokita mówił o tym, „że istnieje społeczne zapotrzebowanie na jakąś powagę, że można odbudować zapotrzebowanie na powagę polityki”. Owa powaga z pewnością musi oznaczać wznoszenie się ponad poziom rozhisteryzowania emocjonalnego z hodowaniem w sobie nienawiści dla realnych czy wyimaginowanych wrogów. Mówił też o wyczerpaniu się dwóch dotąd działających trajektorii rozwojowych, i tej opartej na zrywie polskiej przedsiębiorczości, i tej wykorzystującej siłę państwa z programami społecznymi oraz naciskiem na podwyższanie płac.
Z tego, co mówił Jan Rokita, można wyciągać wniosek, że brakuje nam nowej trajektorii pomnażającej kapitał społeczny, w tym zaufanie oraz poważnie opierającej się na wartościach.
Trwały rozwój
Wedle wspomnianych pięciu zasad katolickiej nauki społecznej trwałego rozwoju nie zapewnią ani bogacenie się liderów gospodarczych, ani rozdawnictwo pieniędzy, ale czynienie możliwie wszystkich współtwórcami dobra wspólnego. Nie licuje z godnością człowieka, gdy ten jest jedynie odbiorcą pensji, a tym bardziej zasiłków, podobnie, gdy się tylko rozhuśtuje jego emocje. To nie jest poważne.
Odbudowywanie zapotrzebowania na powagę polityki winno postępować ramię w ramię z inwestowaniem w rozwój ludzi, a zwłaszcza więzi między nimi, które pozwolą wspólnym wysiłkiem uzyskiwać efekt synergii. Tak się stanie, gdy stopniowo zanikać będzie podział na publiczność oraz wąską grupę polityków, zaś polityczność coraz to bardziej stawać się będzie udziałem możliwie jak najszerszych kręgów.
Brakuje powagi tam, gdzie ludzie nie wykorzystują własnych talentów i tylko sami siebie sprzedają za wyższą czy niższą pensję. Aby dać narodowi siłę, trzeba dostarczać możliwie wszystkim, tak większym jak i mniejszym, tych zdolności i zasobów, które pozwolą twórczo wypełniać własne, tak potrzebne role.
Nowa, trzecia trajektoria, której brak sygnalizował Jan Rokita, winna się łączyć z porzucaniem mentalności skrajnego indywidualizmu oraz hodowania samych tylko emocji, zwłaszcza nienawiści i pogardy. Konieczne zaś jest stopniowe uczenie się partycypacji we wspólnym wysiłku, w oparciu o wartości od wieków wyznawane w kręgu cywilizacji europejskiej. I o tej powadze w spoglądaniu na naszą tradycję na „grillu” mówił Jan Rokita, krytykując dekadencję oraz szerzące się na polskiej prawicy odruchy niechęci do europejskości.
Poważna polityka
Przywracanie powagi to również stawianie na solidarność i braterstwo między narodami naszego kontynentu, wbrew takim, którzy twierdzą, że przyroda nie zna niczego innego poza cynizmem i egoizmem. Czego możemy się uczyć od przyrody to przede wszystkim tworzenia harmonii, gdy nic się nie marnuje, a każdy z pożytkiem wypełnia swoją własną rolę. Takiej poważnej trajektorii rozwojowej dziś nam potrzeba.

Wielu ludzi, gdy słyszy o dobru, prawdzie i pięknie, skłonnych jest parskać śmiechem. To świadczy o niedostatku powagi. Przywracanie powagi to, między innymi, ponowne nadawanie znaczenia pewnym słowom. W warunkach indywidualizmu i relatywizmu trwa gonitwa za chlebem, choć ten chleb nie nasyca, bo ludzkim czynom brakuje powagi. Zbyt wielu Polaków jest parobkami oraz widzami, a zbyt mało mamy współgospodarzy, biorących na siebie ciężar odpowiedzialności.
W najlepszych swych latach chlubą Pierwszej Rzeczypospolitej był Ruch Egzekucyjny, z szeroką rzeszą takich, którzy konsekwentnie zabiegali o przywrócenie powagi obowiązującym przepisom prawa. To był republikański ruch, podobny do tego, co w starożytności organizował Tyberiusz Grakhus – gdyby tego ostatniego w swoim czasie słuchano, to państwo rzymskie wcale by nie było skazane na upadek.
Oddolne zaangażowanie
Przywracanie powagi czynom i słowom ma być procesem rosnącym oddolnie, wcale nie jako coś idącego od takiego czy innego polityka. Ten dziś będzie prawdziwym mężem stanu, kto będzie zabiegał o jak najszerzej idące angażowanie ludzi w proces tworzenia dobra wspólnego. I o tym Leon XIV pisze w encyklice „Magnifica humanitas”, przypominając, jak biblijny Nehemiasz organizował odbudowę Jerozolimy po niewoli babilońskiej.
Czytamy: „Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Opowiadanie ukazuje, że miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu: kapłanów, rzemieślników, naczelników rodów, kobiet i młodzieży. Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje w pierwszej kolejności więzi, jeszcze zanim pojawią się kamienie. W ten sposób dawna Jerozolima odnajduje na nowo wspólny język: nie język jednolitości, lecz komunii; harmonię, która rodzi się wówczas, gdy każdy przyjmuje swoją część odpowiedzialności, a cały lud uznaje, że jego siła pochodzi od Pana” (n. 8).
Leon XIV w swej encyklice podkreśla, że dobro wspólne nie jest samą tylko sumą korzyści indywidualnych, lecz jest owocem współzależności, wynikiem wzajemnego oddziaływania i wpływu, gdy łączą się ze sobą rozmaite działania, inicjatywy, wysiłki i decyzje. Stąd „Dobro wspólne jest czymś więcej” (n. 61). W tekście włoskim, dziś bazowym dla dokumentów watykańskich, to brzmi „Il bene comune è un plus”. Gdy tu wspominamy wypowiedzi z „grilla u Morawieckiego”, to sformułowanie „è un plus” silnie się kojarzy z nazwą Rozwój Plus, pokazując, jak sednem lepiej rozumianego rozwoju jest służba dobru wspólnemu.
Dobro wspólne
Stąd uważam za uprawnione twierdzenie, że słowa z papieskiej encykliki opisują tę trzecią trajektorię rozwoju, której potrzebę podnosił Jan Rokita podczas „grilla”. Dobro wspólne nie pokrywa się ani z sumą korzyści poszczególnych osób, ani ze zbieżnością ich partykularnych interesów. Jest dobrem większym, które należy do wszystkich i które można budować, pomnażać i strzec jedynie wspólnymi siłami (n. 60). Pozostałe wspomniane zasady są swego rodzaju uzupełnieniem, czy też poszerzeniem treści zasady dobra wspólnego, o czym osobno szerzej jeszcze napiszemy na łamach Prawda jest ciekawa.
Nowa, trzecia trajektoria rozwoju ma wyprowadzać szerokie rzesze ludzi oraz tworzone przez nich organizacje ze stanu bierności czy też bycia tylko wykonawcami idących z góry poleceń do stanu aktywnego współbudowania dobra wspólnego, a wówczas można oczekiwać synergicznie większych rezultatów gospodarczych i politycznych. Aby jednak nadać dynamikę działalności oddolnej, przydatne jest koordynowanie tego od góry.
Res publica
Papież pisze: „wspólna praca na rzecz dobra wszystkich oznacza posiadanie wspólnego projektu” (n. 62). To szczególnie jest potrzebne na terenie postsowieckim, gdzie od pokoleń wbijano nam do głów, byśmy się nie mieszali do polityki, zaś w ostatnich 30 latach stosowano względem nas pedagogikę wstydu, nakazującą biernie i bezwolnie się wtapiać w idącą z zewnątrz nowoczesność. Potrzebujemy uczyć się dostrzegać wzajemne powiązania i być współodpowiedzialnym za res publicę, przełamując dzielące nas różnice i rozbieżności interesów.
Aby to mogło następować, przydatna jest siła polityczna jednoznacznie stawiająca sobie za cel tworzenie projektu dla wszystkich, by odtąd możliwie każdy mógł się czuć współbudowniczym. Papież pisze o potrzebie „sprawiedliwego harmonizowania różnych wchodzących w grę interesów, poszukując równowagi między dobrami partykularnymi a dobrem wspólnym, nie pozostawiając na boku najsłabszych. Kiedy polityka rezygnuje z długofalowej wizji i sprowadza się do krótkoterminowych kalkulacji lub jałowych polaryzacji, mówienie o dobru wspólnym traci wiarygodność, a jednocześnie narastają nierówności i pęknięcia społeczne” (n. 63).
Pilnie potrzebujemy koordynatorów wspólnego projektu.
W ramach takiego projektu warto by zazębiać ze sobą działania dotąd zatomizowanych środowisk, a w tym związków zawodowych, które ostatnio jakby tracą rozumienie sensu własnego istnienia. Dawno temu Kornel Morawiecki właśnie w związkach zawodowych upatrywał strażników i obrońców ustroju solidarystycznego. A to – po stosownych adaptacjach do nowych czasów i wyzwań – nadal może być sprawą aktualną. Warto sobie uświadamiać, jak ogromna różnica dzieli państwo opiekuńcze, starające się rozdawać dobra, od państwa solidarnego, dostarczającego możliwie każdemu zdolności i zasobów, aby ten mógł się stawać jednym z budowniczych dobra wspólnego. Tak związki zawodowe, jak izby zawodowe oraz fora współpracy przedsiębiorców są pierwszoplanowymi nauczycielami i wykonawcami dobrej innowacyjnej pracy.
Z Kardynałem Wyszyńskim wiąże się zapisane przez Jana Pawła II w encyklice Laborem exercens wezwanie, by ludzka praca stawała się uczestnictwem w Bożym dziele stwarzania świata (n. 25). Taki styl pracy winien charakteryzować wspomnianą trzecią trajektorię rozwoju. Ani sobie nawzajem niczego nie staramy się wyrywać, ani nie oczekujemy, by taki czy inny dobry wujek obsypał nas bogactwem. Kto wkłada swój dar we wspólny wysiłek, ten sam na tym najbardziej zyskuje, co widać, gdy się księguje koszty i zyski długoterminowo.
Podczas „grilla”, tak Jan Rokita, jak inni, odnosili się do ojkofobii oraz dekadentyzmu, z jakim środowiska prawicowe próbują odrzucać wszystko, co się łączy z przymiotnikiem „europejski”. A naszemu kontynentowi przecież tak brakuje, by odrzucać centralizacje, a przywracać wypracowany pod wpływami chrześcijaństwa model polityczności wielosegmentowej, z monarchiami stanowymi oraz niezależnością szeregu instytucji, a w tym kościelnych, kupieckich czy uniwersyteckich. Właśnie to nadało Europie jej niezwykłą siłę. I nadal może ją nadawać – z solidarnym budowaniem dobra wspólnego, wbrew globalnym graczom potrafiącym świetnie żerować, lecz tylko na indywidualizmie.
Gdy się skonsolidujemy, będziemy potrafili się przed nimi obronić.