„Gazeta Wyborcza” czyli ostatnia sotnia, która nie usłyszała komunikatu o odwrocie

Ludobójstwem popełnionym przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej zajmuję się od wielu lat. Równie długo obserwuję, jak na Ukrainie narasta kult Stepana Bandery, Romana Szuchewycza, Jarosława Stećki czy Andrija Melnyka, postaci odpowiedzialnych za tę zbrodnię. Wydawało mi się, że w tej sprawie niewiele może mnie jeszcze zaskoczyć. Myliłem się. Zaskoczyła mnie bowiem zdecydowana reakcja polskiej opinii publicznej na określenie „Bohaterów UPA”. Sądzę, że nie tylko mnie.

Decyzja o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” miana „Bohaterów UPA” wywołała w Polsce słuszną, lecz niespodziewaną falę krytyki i oburzenia. Dlaczego niespodziewaną? Ponieważ na Ukrainie tego typu działania mają miejsce od lat. Stadion imienia Romana Szuchewycza w Tarnopolu, pomniki, skwery i ulice Stepana Bandery, uchwały ukraińskiego parlamentu gloryfikujące działaczy OUN i UPA, marsze ku pamięci SS-Galizien, a także zakłamywanie historii przez ukraińskie instytucje publiczne. Wszystko to przez lata nie wywoływało adekwatnego rezonansu w polskiej debacie publicznej.

Dyskusja, dotąd obecna głównie w środowiskach historyków, nielicznych publicystów i organizacji kresowych, przebiła się do głównego nurtu życia publicznego, angażując polityków, media i opinię publiczną na niespotykaną dotąd skalę. Prezydent Karol Nawrocki zapowiedział wystąpienie do Kapituły Orderu Orła Białego z wnioskiem o pozbawienie Wołodymyra Zełenskiego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, nadanego mu przez prezydenta Andrzeja Dudę w 2023 roku.

Warto przypomnieć, że odznaczenie to zostało przyznane w roku 80. rocznicy tzw. Krwawej Niedzieli, kulminacyjnego momentu ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej. Wówczas środowiska kresowe i kombatanckie słyszały, że należy „ważyć słowa”, gdy domagały się prawa do godnego pochówku ofiar. Tymczasem prezydent Ukrainy, wielokrotnie oskarżany o relatywizowanie historii, a zarazem reprezentujący państwo blokujące ekshumacje polskich ofiar, otrzymywał Order Orła Białego. Wszelkie głosy sprzeciwu marginalizowano lub wyciszano. Co zatem wydarzyło się dziś, że decyzja o uhonorowaniu „Bohaterów UPA” wywołała tak gwałtowne oburzenie?

Nie ma chyba jednej, prostej odpowiedzi na to pytanie. Jeśli jednak spojrzymy na badania dotyczące wiedzy Polaków o UPA i zbrodniach popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów, dostrzeżemy wyraźny trend. Od premiery filmu „Wołyń” oraz przyjęcia przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w 2016 roku uchwały oddającej hołd ofiarom ludobójstwa dokonanego na obywatelach II Rzeczypospolitej, świadomość społeczna w tej kwestii systematycznie rosła. Historia, która przez dziesięciolecia była spychana na margines debaty publicznej, przemilczana lub przedstawiana jako temat niewygodny, stopniowo przebijała się do społecznej świadomości. Coraz więcej Polaków zaczęło samodzielnie poszukiwać informacji, sięgać do źródeł, publikacji historycznych i relacji świadków.

Nie bez znaczenia był również rozwój mediów społecznościowych. Po raz pierwszy na taką skalę umożliwiły one wymianę informacji poza tradycyjnym obiegiem medialnym. Dzięki temu wiedza o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej przestała być domeną wąskiej grupy ekspertów czy rodzin ofiar, a stała się elementem szerszej społecznej świadomości. Przez ponad trzy dekady słyszeliśmy, że relacje polsko-ukraińskie są wzorcowe, że łączy nas strategiczne partnerstwo, a nasze interesy są niemal tożsame. Powtarzano to tak często, że z czasem zaczęło funkcjonować jako prawda niewymagająca żadnych dowodów. Problem w tym, że rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana.

Niczym polityczne zaklęcie powracało hasło: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. To piękne zdanie, jeśli rozumieć je jako uniwersalne wezwanie do solidarności z narodami walczącymi o wolność. Trudno bowiem mówić o pełnej wolności własnej, pozostając obojętnym na zniewolenie innych. Problem pojawia się wtedy, gdy z uniwersalnej zasady solidarności staje się ono politycznym dogmatem. Część elit politycznych i opiniotwórczych, pozostających pod silnym wpływem myśli Jerzego Giedroycia, zaczęła traktować je niemal dosłownie. W takiej interpretacji Polska jawi się jako państwo, którego bezpieczeństwo i stabilność zależą bezpośrednio od sytuacji Ukrainy. To nie tylko fałszywe uproszczenie, ale także odwrócenie właściwych proporcji.

Nie ma takiego okresu w historii, w którym istniałoby niepodległe państwo ukraińskie, a jednocześnie nie istniałoby niepodległe państwo polskie. Twierdzenie, że byt i bezpieczeństwo Polski zależą od istnienia wolnej Ukrainy, nie znajduje potwierdzenia ani w historii, ani we współczesnej rzeczywistości geopolitycznej. Wiele wskazuje raczej na to, że zależność ta była i pozostaje odwrotna. Ludzie w końcu to dostrzegli. Dlatego bezwarunkowe popieranie wszystkiego, co działo się na Ukrainie, musiało zakończyć się właśnie w ten sposób.

Nie jest to przejaw radykalizacji społecznej, lecz odrzucenia narracji, która przez lata stawiała Ukrainę poza zwykłymi kryteriami oceny. Coraz więcej Polaków zaczęło postrzegać Ukrainę jak każde inne państwo. Państwo, które można wspierać, ale którego działania można również oceniać i krytykować, gdy jest to zasadne. Dokładnie tak samo, jak ocenia się Niemcy, Czechy czy każdego innego sąsiada. Tę zmianę społeczną dostrzegli również politycy i media. Jak to często bywa, nastąpiło to dopiero wówczas, gdy zmiana ta stała się widoczna w nastrojach wyborców. Poglądy, które jeszcze niedawno przedstawiano jako radykalne, niebezpieczne lub szkodliwe dla polskiej racji stanu, nagle zaczęły pojawiać się w głównym nurcie debaty publicznej. To, co przez lata było marginalizowane, stało się czymś oczywistym. I dobrze. Lepiej późno niż wcale.

Nie potrafię jednak ukryć zażenowania, gdy słucham niektórych polityków, publicystów czy ekspertów. Jeszcze kilka lat temu ci sami ludzie przekonywali, że nie wolno „rozdrapywać ran”, że należy „patrzeć w przyszłość”, a nie oglądać się na historię. To oni protestowali przeciwko upamiętnianiu ofiar, przestrzegali przed używaniem słowa „ludobójstwo” i z niezwykłą determinacją tropili wszelkie przejawy „antyukraińskości”. Dziś mówią niemal tym samym językiem, którym przez lata pogardzali. Cytują fakty, które wcześniej przemilczali. Formułują oceny, za które jeszcze niedawno potrafili piętnować innych. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie mamy do czynienia z nagłym przebudzeniem sumień, lecz z kolejną zmianą politycznego wiatru.

Jest w tym coś wyjątkowo odrażającego. Nie dlatego, że ludzie zmieniają poglądy. Każdy ma do tego prawo. Problem polega na tym, że wielu z nich nigdy nie zdobyło się nawet na krótkie: „myliliśmy się, przepraszamy”. Dlatego na swój sposób podziwiam upór „Gazety Wyborczej”, która w kwestii Ukrainy zawsze uzurpowała sobie pewien rodzaj moralnego „rządu dusz”. Nowa rzeczywistość w żaden sposób nie zachwiała gmachem na Czerskiej. Na jej łamach wszystko pozostaje po staremu. Ukraina w dalszym ciągu ma prawo stawiać pomniki zbrodniarzom wojennym i kolaborantom hitlerowskim, jeśli ma na to ochotę. Nasi pomordowani rodacy mogą wciąż spoczywać w bezimiennych dołach śmierci, jeśli Ukraina nie widzi potrzeby ich ekshumacji. Gdy ulicami Lwowa przechodzi marsz z czerwono-czarnymi flagami w rocznicę urodzin Bandery, nie tylko ma on prawo się odbyć, ale jego krytyka jest natychmiast przedstawiana jako działanie na korzyść Moskwy.

W ten sposób nie tylko usprawiedliwia się samo wydarzenie, ale próbuje się unieważnić każdą próbę jego oceny. W efekcie krytyka staje się problemem, a nie to, czego dotyczy. To prosty schemat. Na porządku dziennym pozostaje całkowite wybielanie ukraińskiej polityki. Kto nie wierzy, niech sam sprawdzi.

Szczególnie warto sięgnąć po teksty Andrzeja Romanowskiego. Na portalu wyborcza.pl 6 czerwca 2026 roku ukazał się jego artykuł: „Bohaterowie UPA? Przecież – jakkolwiek to brzmi dla polskiego ucha – rzeczywiście byli to bohaterowie!”. Przyznacie Państwo, że już sam tytuł jest dobry. Autor pisze m.in. „Bohaterowie UPA? Przecież – jakkolwiek to brzmi dla polskiego ucha – rzeczywiście byli to bohaterowie! Można dyskutować o obliczu politycznym ich walki, można i trzeba potępiać, i to z całą mocą, ich nacjonalizm, nie zmienia to jednak faktu, że walczyli oni z sowietami o wolną Ukrainę, i że ich walka miała charakter bezprecedensowo heroiczny. Dla polskich piewców ‘żołnierzy wyklętych’ upowcy powinni być wzorem – i raczej wzorem niedościgłym”.

Oburzamy się na wypowiedź ministra Andrzeja Szeptyckiego, który określił UPA mianem „naszych wyklętych”, a tymczasem dla profesora Andrzeja Romanowskiego watażkowie odpowiedzialni za okrutne zbrodnie na kobietach i dzieciach pozostają niedoścignionym wzorem – ale Armii Krajowej. No ale przecież UPA walczyła z sowietami. Owszem, dopiero wtedy, gdy Armia Czerwona weszła na tereny okupowanych Kresów. Wcześniej walczyła raczej z Polakami i Żydami. Ale walczyła. Nie wiem, czy taki argument zrobiłby wrażenie na Zygmuncie Baumanie, ale walczyła podobnie jak SS-Galizien.

Ciekawe jest to nagłe odkrycie, że walka z sowietami staje się sama w sobie kategorią moralną. Bo o ile znam retorykę „Gazety Wyborczej” to Związek Sowiecki „cywilizował”, wyzwolił od Niemców, przepraszam od „nazistów”, budował mieszkania, uczył korzystać z toalet, zwalczał analfabetyzm i modernizował kraj, a generał Jaruzelski miał w latach 80. „ratować” Polskę. Jeszcze niedawno składano znicze na grobach żołnierzy Armii Czerwonej. Państwo czytając to wszystko, jeszcze dojdziecie do wniosku, że nastąpiła zmiana „mądrości etapu”. Nic bardziej mylnego.

W tekście „Czy wuj Staś był ‘żołnierzem wyklętym’? Zmowa milczenia towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo” Andrzej Romanowski pisał: Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” uważam za święto antypaństwowe i antynarodowe. I dalej: Czy wyklęci jak często się uważa odsuwali perspektywę sowietyzacji? Może raczej ją przyspieszali? Decydując się na walkę zbrojną, choćby w samoobronie prowokowali odwet – spirala przemocy się nakręcała. A co z leśnymi mordującymi Żydów, Słowaków, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów? Ci oddawali Polsce przysługę najgorszą”. Innymi słowy, jeśli Polak toczył beznadziejną walkę z sowietami, to źle, a jeśli Ukrainiec robił to samo, to już dobrze. Czego właściwie nie rozumiemy? A może niepotrzebnie szukamy tu jakiejkolwiek logicznej sprzeczności?

W tej optyce od dawna wiadomo, że tzw. polski nacjonalizm uchodzi za zjawisko szczególnie podejrzane i naganne. My nie mamy moralnego prawa do wychwalania Romana Dmowskiego, znamienitego działacza politycznego, ojca naszej niepodległości, ale Ukraińcy do czczenia Bandery, terrorysty, zbrodniarza wojennego, który w istocie nic dla Ukrainy nie wywalczył, już mają. Gdy lewicowi politycy obcych państw krytycznie wypowiadają się o marszu 11 listopada, wówczas powinniśmy się wstydzić, przepraszać, a najlepiej zakazać jego organizacji. Natomiast gdy nam nie podobają się symbole czy postacie takie jak Bandera, słyszymy, że cieszy się z tego Moskwa i że nie mamy prawa narzucać Ukrainie jej bohaterów.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tekstu z 6 czerwca 2026 roku, w którym autor wprost pisze, że: „każdy naród i każde państwo mają prawo czcić swych bohaterów. Takich bohaterów, jakich sami uważają (…) Marcin Przydacz, radzi Zełenskiemu, by zatelefonował do jego szefa i… przeprosił. Co znaczy, że radzi prezydentowi Ukrainy czcić takich tylko bohaterów, którzy podobają się Polakom. Chce zatem, by Ukraina wyzbyła się jednego z atrybutów niepodległości”. W takim razie po co ten artykuł 256 kodeksu karnego, który stanowi: „karalne jest zarówno publiczne gloryfikowanie postaci związanych z nazizmem (np. prezentowanie ich jako autorytetów), jak i publiczne prezentowanie, produkowanie czy rozpowszechnianie symboli, haseł oraz ideologii z tym ustrojem związanych”.

Przecież na piedestał możemy wynieść każdego, kogo tylko chcemy. I tak Niemcy mogą wychwalać NSDAP za program budowy dróg, Pol Pot może być bohaterem Kambodży, a Putin wzorem dla przeciętnego Rosjanina. Tego chcemy? A co się stało z europejskimi wartościami odmienianymi przez wszystkie przypadki? Ten sam Andrzej Romanowski jeszcze rok temu pisał w tekście z 29 sierpnia 2025 roku, że „Brunatne – to brunatne”. „U progu Trzeciej Rzeczypospolitej nikt nie mógłby sobie wyobrazić, że faszyzm stanie u wrót, że wkroczy na polityczne salony. A wkroczył”. Wiadomo wkroczył w Polsce, nie na Ukrainie, tam wszystko jest, było i będzie w porządku.

W tym samym tekście w kwestii ekshumacji pisał: „A ukraiński upór wobec polskich ekshumacji wiązał się przecież z dewastacją jedynego w Polsce legalnego pomnika nagrobnego poległych żołnierzy UPA, której to sprawy polskie władze, szantażowane patriotycznie! – do dziś nie były w stanie załatwić”. Ach jaka szkoda, że tylko jeden taki był. Naprawdę mamy mieć pomniki UPA w Polsce? Jedyną kwestią pozostającą w tym przypadku do „załatwienia”, to ustawa zakazująca propagowanie banderyzmu. Prawo do godnego pochówku jest jednym z fundamentów praw człowieka, a nie tematem do dyskusji. Czy wyobrażacie sobie Państwo sytuację, w której Polska negocjuje jakiś traktat, na przykład z Norwegią, i słyszy, że nic nie zostanie załatwione, dopóki w Polsce nie powstanie upamiętnienie dla norweskich formacji SS (Norges SS)? To oczywisty absurd.

Oczywiście Pan Romanowski to nie jedyny przykład. Jarosław Kurski od dawna pisze, że Polska okupowała Kresy. Zupełnie jak pisała w swoich broszurkach propagandowych Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Anna Wylęgała również w „Gazecie Wyborczej” opatrzyła tekst z 8 czerwca 2026 roku tytułem „W Oksfordzie usłyszałam: przecież UPA było jak Armia Krajowa, dlaczego my, Polacy, nie możemy tego zrozumieć”. I dalej: „Po ukraińskiej stronie w ocenie tego, co wydarzyło się między Polakami a Ukraińcami w czasie wojny, od lat króluje traktowanie rzezi wołyńskiej jako wojny domowej między równoprawnymi stronami ‘powstania ludowego’ Ukraińców przeciw Polakom”. Oczywiście, w Oksfordzie wiedza o historii Polski bywa najwyraźniej lepsza niż w samej Polsce. Autorce polecam znakomity film dokumentalny Juliana Hendy’ego „SS in Britain”, w którym poruszono temat powojennych losów części żołnierzy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien”, którzy po II wojnie światowej trafili do Wielkiej Brytanii.

Gdy nie istniały media społecznościowe, a wiedza o ludobójstwie dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej była trudno dostępna, wymagająca czasu i świadomego poszukiwania, tego typu narracje dominowały w głównym nurcie debaty. Dziś sytuacja wygląda inaczej. W tym kontekście „Gazeta Wyborcza” pozostaje, można by złośliwie powiedzieć ostatnią twierdzą, a nawet ostatnią sotnią, która nie w pełni dostrzega zmieniającą się rzeczywistość. Jest to z jednej strony smutne, z drugiej jednak w pewnym sensie konsekwentne i – paradoksalnie – godne swoistego podziwu.

Nie mam wątpliwości, że Wołodymyr Zełenski nie powinien był otrzymać Orderu Orła Białego. W istocie można się zastanawiać nad szerszą zasadą, czy najwyższe polskie odznaczenie państwowe powinno być w ogóle nadawane obcym politykom. Przykłady osób, które znalazły się wśród jego laureatów jak Gerhard Schröder, Benito Mussolini czy francuski marszałek-kolaborant Philippe Pétain dodatkowo tę refleksję wzmacniają.

Warto, aby obecna dyskusja nie ograniczyła się do bieżącego sporu, lecz stała się impulsem do poważniejszej refleksji nad tym, czy Order Orła Białego powinien być przyznawany cudzoziemcom, skoro z definicji dobro Rzeczpospolitej nigdy nie będzie dla nich najwyższym nakazem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *