3% dla nauki – 100% dla Polski!

„Maria Skłodowska-Curie dzisiaj też by wyjechała!” – tak brzmiało jedno z wielu haseł umieszczonych na transparentach przez uczestników protestu środowisk akademickich, który odbył się 27 maja br. pod Sejmem RP.

I chociaż nasza podwójna noblistka opuściła Królestwo Polskie w 1891 roku, by podjąć studia na paryskiej Sorbonie z braku możliwości studiowania wówczas na Uniwersytecie Jagiellońskim przez kobiety – wydaje się, że teza o jej ucieczce z Polski w naszych czasach jest niestety dość uprawdopodobniona. Dowodzą tego liczne przykłady wybitnych polskich naukowców, którzy w ostatnich latach wyemigrowali, aby swoim talentem i pracą przyczyniać się do wzrostu obcego PKB, uprawiając naukę na światowym poziomie. Dość wymienić choćby Polaków obecnych wśród najważniejszych ludzi tworzących ChatGTP, czy pracujących w Oksfordzie lub CERN w Szwajcarii.

Od lewej: Anna Budzanowska – była wiceminister Nauki i Szkolnictwa Wyższego w rządzie Mateusza Morawieckiego, Andrzej Dybczyński – były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz, Piotr Bober – autor.

Nigdy nie planowałem kariery naukowej, ale los skierował mnie kilka lat temu w samo serce polskiego systemu nauki, czyli do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie pełniłem funkcję doradcy, a następnie Szefa Gabinetu Politycznego Ministra Wojciecha Murdzka, potem współpracując z nim dalej, kiedy został Sekretarzem Stanu w Ministerstwie Nauki i Edukacji. Obserwując od środka mechanizmy polityki państwa wobec szkół wyższych i innych podmiotów naukowych zrozumiałem, na czym polegają niuanse i subtelności zarządzania tym sektorem, jakie są jego mocne i słabe strony oraz na czym w istocie polega systemowe niedomaganie polskiej nauki.

Funkcjonując przez kilka lat wśród rektorów, managerów nauki i badaczy związałem się z tym środowiskiem i jego problemami, dlatego dowiedziawszy się o organizowanym proteście „3% dla nauki” bez chwili zastanowienia postanowiłem, że powinienem pojawić się na tej manifestacji.

Osobiście wydaje mi się, że był to chyba pierwszy tego rodzaju uliczny protest środowisk akademickich w III RP. Trudno powiedzieć, dlaczego, ale wcześniej nikt nie pokusił się o zorganizowanie tego rodzaju formy zamanifestowania potrzeb i oczekiwań polskich naukowców. Być może z przyczyn mentalnych (profesorom nie wypada krzyczeć na ulicy), być może z powodów organizacyjnych (uwiąd związków i organizacji branżowych), a być może po prostu dlatego, że nadzieja naukowców umiera ostatnia. Niemniej jednak nieformalna grupka ambitnych młodych profesorów, doktorów i doktorantów z różnych uczelni w Polsce, wykorzystując siłę social mediów i Internetu zdołała zachęcić kilka tysięcy ludzi (szacuję ok 3-4 tys.) do pojawienia się 27 maja 2026 pod Sejmem z transparentami, gwizdkami, trąbkami stadionowymi, często w białych kitlach, w których przyszli prosto ze swoich laboratoriów.

Obeszło się bez rac, palonych opon i przepychanek z policją (a można przypuszczać, że chemicy mogliby urządzić spore fajerwerki), ale wiele postulatów zostało bardzo głośno wykrzyczanych, a beznadziejna polityka obecnego rządu słusznie wybuczana i wygwizdana. Co ciekawe, pomimo, że był to dzień sejmowy, nie zauważyłem twarzy znanych polityków oprócz Adriana Zandberga. Przybyli także przedstawiciele ministerstwa: Sekretarz Stanu Marek Gzik i „Sekretarzyni” Stanu (pisownia autentyczna ze strony MNiSW) Karolina Zioło-Pużuk. Z uznaniem trzeba przyznać, że odważnie stawili czoła nieprzychylnemu sobie tłumowi, chociaż nie mieli nic szczególnego do powiedzenia, oprócz tego, że „oni też przechodzili przez akademickie trudy” i „w zasadzie to się zgadzają z hasłem przewodnim manifestacji”.

Waśnie, hasło przewodnie. Faktycznie trudno się z nim nie zgodzić. W istocie rzeczy jest szczytne i piękne: „3% PKB na naukę – 100% dla Polski!”. Zresztą jakiekolwiek zwiększenie nakładów na naukę w Polsce – nawet o 0,3% w pierwszym roku naprawy sytuacji, jak proponuje Prawo i Sprawiedliwość w złożonym w Sejmie projekcie ustawy – jest pilnie konieczne i nie podlega żadnej dyskusji. W opinii organizatorów wyrażonej w petycji, która towarzyszyła protestowi, a także w opinii wielu uczestników manifestacji, obecnie w Polsce na badania i rozwój łączne wydatki sektora prywatnego i państwa sięgają 1,41% PKB, podczas gdy średnia unijna to 2,24%, a w pięciu wiodących krajach na świecie nawet 3,5%. W związku z tym w petycji znalazło się kluczowe żądanie: „Domagamy się od rządu zdecydowanych działań, które zwiększą nakłady na naukę do 3% PKB do 2030 roku przez bezpośrednie wydatki budżetowe i systemowe zachęcanie biznesu do dalszych inwestycji w badania i rozwój”.

Może z tego płynąć prosty wniosek, że istotna poprawa funkcjonowania polskiej nauki i sektora B+R zdaniem wielu uczestników tej dyskusji wymaga podwojenia wydatków w całym sektorze. Jest to jednakże uproszczenie. Tutaj niestety zaczynają się metodologiczne bardzo kręte schody, ponieważ odczytywanie zapisów budżetowych i statystyk wymaga szczególnych umiejętności i znajomości czegoś w rodzaju matematyki nieeuklidesowej. W tych obszarach bowiem nic nie chce być proste z powodu braku wspólnych mianowników i definicji.

Warto na przykład zauważyć, że w dziale 730 polskiego budżetu państwa na 2026 rok „szkolnictwo wyższe i nauka” widnieje kwota 41,24 miliarda zł, co faktycznie stanowi tylko ok 1% prognozowanego PKB. Pojawia się zatem od razu pytanie, co z pozostałym 0,41%. Dla wyjaśnienia tego problemu skorzystam ze znakomitej analizy dra Andrzeja Dybczyńskiego, byłego prezesa Sieci Badawczej Łukasiewicz, którą sformułował w artykule „Mit trzech procent na naukę” (Rzeczpospolita, 28.05.2026). Jego spostrzeżenia i uwagi skupiają się na dość przekonującej metodologicznie próbie dokonania porównania statystyk polskich i unijnych, które, jak się okazuje, wskazują na zupełnie inne dane, o dziwo wcale nie takie negatywne dla Polski, co jest zasługą głównie poprzedniego prawicowego rządu.

Nota bene podczas manifestacji wymienialiśmy spostrzeżenia i wspólnie mieliśmy nieodparte wrażenie, że protest miał charakter głównie socjalny (akademiki, stołówki, płace), co oczywiście jest słuszne i ważne, jednak prawie nie dotykał żadnych zagadnień systemowych, a liczby podawane przez organizatorów chyba wymagają weryfikacji.

Przechodząc jednak do rzeczy dr Dybczyński zauważa, że posługiwanie się skrótami myślowymi w tej debacie grozi zasadniczym nieporozumieniem, ponieważ należy rozróżnić: (1) łączne wydatki państwa i sektora prywatnego na badania i rozwój (B+R) od (2) nakładów tylko rządowych na B+R oraz (3) wydatków rządowych na naukę jako taką (uniwersytety, instytuty badawcze, granty itp.). W świetle takiego rozróżnienia należy stwierdzić, że w Polsce mamy do czynienia z względnie nie najgorszym poziomem finansowania obu części systemu (B+R i nauki). Okazuje się bowiem, że owe mityczne 3% PKB wydatków krajów światowej czołówki dotyczy tylko działalności B+R i to łącznie ze środków prywatnych i budżetowych. I jest to efekt współpracy wielkich korporacji z wiodącymi podmiotami badawczymi, w ramach której na badania i innowacje przeznaczane są miliardy dolarów lub euro.

A ile tak naprawdę przeznaczają same rządy krajów UE na B+R? Okazuje się, że według wskaźnika Eurostatu GBARD unijna średnia alokacji budżetowych na ten cel to tylko 0,71% PKB. W Polsce wskaźnik ten wynosi 0,49% PKB i znajduje się mniej więcej w połowie stawki ujmującej państwa UE. Owe 1,41%, o którym piszą organizatorzy protestu w petycji, to kategoria statystyczna polskiego GUS, która obejmuje łącznie wydatki prywatne (0,92% PKB) i rządowe (pozostałe 0,49% PKB) na B+R. Najwięcej wydaje tutaj rząd niemiecki – 1,04%, a rząd polski, jak już zauważyliśmy, wcale nie najmniej w Europie.

Oczywiście łatwo policzyć, jaką siłę nabywczą ma na przykład 1% PKB Niemiec w stosunku do 1% PKB Polski. To są niestety wartości drastycznie różne i stąd głównie wynika permanentny problem niedofinansowania polskiego sektora nauki i B+R. Nie tyle z relatywnego (procentowego) zbyt niskiego poziomu finansowania, ale głównie z ciągle jeszcze mizernej wartości naszej gospodarki wyrażanej w PKB. Ceny sprzętu, utrzymania infrastruktury, odczynników i wielu innych istotnych elementów niezbędnych do uprawiania nauki, są prawie jednakowe w całej Europie, a siła nabywcza złotówki niestety kilka razy niższa od euro.

Tezę tę potwierdzają kolejne fakty. Otóż ponownie sięgając do Eurostatu, w dziale COFOG „General government expenditure by function”, znajdujemy dane dotyczące poziomu rządowych wydatków na system nauki (uniwersytety, instytuty badawcze itd.), czyli ten nasz wspomniany już dział budżetu państwa nr 730, w którym znajduje się na 2026 ponad 41 mld zł, co stanowi około 1% polskiego PKB. Okazuje się, że średnia unijna tych wydatków to uwaga: tylko 0,8% PKB! Najwięcej na Węgrzech (2,1%) i w Finlandii (1,7%). Jesteśmy zatem w tej dziedzinie powyżej średniej unijnej!

Trochę trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie jest. A jednak brakuje pieniędzy na podstawowe koszty i przyzwoite wynagrodzenia dla najzdolniejszych młodych naukowców, którzy zamiast ucieczki za granicę lub do korporacji mogliby tworzyć nową jakość polskich uczelni i instytutów badawczych. Gdzie zatem leży istota problemu? Dlaczego Maria Skłodowska-Curie dzisiaj też by wyjechała?

Ponieważ nawet pobieżna odpowiedź na te pytania pochłonęłaby całą objętość tego numeru PJC ograniczę się do przedstawienia kilku faktów skłaniających uważnego Czytelnika do samodzielnej refleksji w tej sprawie. Według danych GUS/POLON w Polsce jest obecnie ok. 352-401 uczelni wyższych. W Hiszpanii 89, we Francji 156, we Włoszech 210, w Wielkiej Brytanii 246, w Niemczech 399. Czy naprawdę potrzebujemy aż 400 uczelni? Dalej, w światowym rankingu Top 1000 uczelni (dane z ARWU 2025, tzw. „ranking szanghajski”) Polska ma… 7 uczelni. Natomiast w Top 500 już tylko jedną. W tym ostatnim zestawieniu Hiszpania ma 10, Włochy 18, Francja 22, Niemcy 39 itd.

Co gorsza, liczba polskich uczelni w tych rankingach corocznie spada. Bez komentarza. I ostatni obszar: granty ERC. Są to prestiżowe europejskie granty na najbardziej zaawansowane badania naukowe przyznawane tylko najlepszym zespołom badawczym (powszechnie uznawany wskaźnik jakości nauki w Europie). Według danych European Research Council w 2025 roku Polska otrzymała 15 z ogólnej puli przyznanych 1474 grantów ERC (czyli ok 1,02%). Dla porównania: Austria 49, Szwecja 55, Belgia 69, Włochy 105, Hiszpania 110, Holandia 133 i Niemcy 243.

Odpowiedź nasuwa się samoistnie. Oprócz ciągle jeszcze niedużej wartości naszego PKB podstawowym hamulcem rozwoju polskiej nauki jest archaiczny i niewydolny system, który należy konsekwentnie reformować w kierunku racjonalizacji alokacji szczupłych zasobów i możliwie jak najlepszego wykorzystania najbardziej wartościowych elementów systemu. Są bowiem w Polsce wyspy doskonałości naukowej, które koniecznie należy rozwijać, mamy naprawdę wielu świetnych uczonych, kilkanaście dobrych uczelni, tyleż samo znakomitych instytutów i wiele wartościowych inicjatyw badawczych. Można też tworzyć nowe podmioty i rozwiązania, które naprawdę umiędzynarodowią polską naukę i wymuszą na całym systemie podnoszenie poziomu i wydajności.

Wracając do petycji organizatorów majowego protestu środowisk akademickich chciałbym wydobyć stamtąd jedno kluczowe zdanie: „Rozwój nauki nie powinien być traktowany jako dobro luksusowe – jest on warunkiem koniecznym stabilnego postępu cywilizacyjnego, społecznego i gospodarczego. Dzięki nauce jesteśmy w stanie budować silne państwo i odporne społeczeństwo oraz czerpać korzyści z rozwoju gospodarki opartej na wiedzy”. Z tym zgadzam się już bez jakichkolwiek uwag i komentarzy.

Zeszłoroczna nagroda Nobla z ekonomii, którą otrzymali Joel Mokyr, Philippe Aghion oraz Peter Howitt została przyznana za wyjaśnienia mechanizmów napędzających trwały wzrost gospodarczy na świecie. Prace ww. ekonomistów między innymi dotyczyły udowodnienia tezy, że kraje wysoko rozwinięte ekonomicznie doszły do swojego bogactwa i zaawansowania cywilizacyjnego właśnie dzięki odpowiedniej kulturze nauki, wiedzy i instytucji. A zatem to porządna nauka i dobrze wykorzystywana wiedza w odpowiednich warunkach tworzą bogactwo (nasze PKB), a nie odwrotnie. Tego się trzymajmy i pamiętajmy – jakie będę polskie uniwersytety, taka będzie nasza gospodarka i siła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *