„Oddziaływanie kulturalne na inteligencję jest bodaj najgroźniejszą metodą podboju świata; zdobywając umysły przodujące światu, wywierające nań wpływ przez swą twórczość literacką, bolszewizm powoli, stopniowo i niedostrzegalnie kształtuje umysły obywateli.”
Słowa te napisał ks. dr Stefan Wyszyński w eseju „Kultura bolszewicka a inteligencja polska” opublikowanym w roku 1934 roku. W tekście tym młody społecznik, zatroskany o przyszłość kraju ostrzega przed nadchodzącym niebezpieczeństwem, przed czymś co dużo później w zachodniej Europie przybrało formę marszu przez instytucje, nowego sposobu rewolucjonizowania społeczeństw.
W Polsce testowane było to już wtedy w latach trzydziestych. Czasopisma literackie przepełnione były peanami na cześć kultury sowieckiej, polscy intelektualiści z zachwytem pisali o przemianie człowieka, społeczeństwa, ale i kultury w „sowieckim raju”. Niewiele lat później część Polaków mogła się na własnej skórze przekonać, jak on wygląda a zafundowany nam po wojnie polski model tego ustroju był dalszą tego doświadczenia konsekwencją, której do dziś dnia jako państwo i społeczeństwo nie przezwyciężyliśmy.
Ustroje na pozór różne
Totalitaryzm bolszewicki był jedną z form zniewolenia człowieka, którą ksiądz Wyszyński w swoim życiu napotkał, ale co najważniejsze, której doświadczył. Bolszewizm przed wojną napierał propagandowo dzięki sowieckim subwencjom, ale wykorzystywał realne problemy społeczne, które w Polsce załatwione nie były. I o tym Wyszyński pisał również, że przywołam tu jego studium z 1937 roku „Przemiany moralno-religijne pod wpływem bezrobocia”. Dodam tylko, że naukowy opis jakiego się w nim podjął, robi przygnębiające wrażenie.
Postulaty Wyszyńskiego, te publikowane jak i te, wypowiadane w ramach duszpasterstwa, także związkowego, bywały przez tzw. czynniki opiniotwórcze postrzegane opacznie, czyli jako bolszewicka właśnie propaganda. Na tym polegał paradoks kapitalistycznego spojrzenia na człowieka: każdy kto domagał się jego podmiotowości, także w życiu gospodarczym, był traktowany nieufnie. Po wojnie rzecz nie przedstawiała się lepiej. Nowi rządcy kraju, którzy przyszli po roku 1945 tworzyć ustrój nowy, ale w wielu kwestiach do tamtego podobny, bo na czele tego podobieństwa stał stosunek do człowieka zredukowanego do środka produkcji, narzędzia walki o postęp i pokój – jak głosiły slogany reklamowe. Jego los, dobrostan i rozwój moralny, nie był zupełnie ważny dla ideologii.
Odpowiedź
W owej nowej Polsce Stolica Apostolska księdzu Wyszyńskiemu wyznaczyła nową rolę. Najpierw zostaje biskupem lubelskim a potem – po tajemniczej, do dziś niewyjaśnionej śmierci Prymasa Hlonda – Prymasem Polski i wówczas okazało się, że to przedwojenne doświadczenie pracy z robotnikami, wojenne doświadczenie ze zbrodniczym narodowym socjalizmem, połączone z silnie katolicko-społecznym spojrzeniem na świat, stało się rzeczą niezmiernie ważną. Tak powstał rys Prymasa jako obrońcy godności osoby ludzkiej przeciw ideologicznym na tę godność zakusom. Kiedy ksiądz Prymas zarzucał władzom nadmierną eksploatację pracowników w sytuacji, w której głosiła ona, że to klasa pracownicza jest w Polsce tą rządzącą, z oczywistych względów się to nie podobało. Podobnie jak sprzeciw władz budziła jego historiozofia – pokazanie Polakom, że są spadkobiercami 1000-letniego narodu, który początek swej wędrówki przez historię bierze z chrztu Mieszka I, a nie z Manifestu PKWN.
Wreszcie naród dla Prymasa był wspólnotą, która ma w przyszłości rosnąć. Kiedy, będąc jeszcze uwięzionym, pracował nad treścią Ślubów Jasnogórskich, a także potem, kiedy konstruował program milenijny – właśnie to miał na względzie. Z minionych 1000 lat chciał wyciągnąć wnioski społeczne i w ten sposób rozpocząć nowe milenium. Tego towarzysze z PZPR ani nie mogli, ani nie chcieli zrozumieć.
Prymas w kwestiach społecznych reprezentował myśl suwerenistyczną, co było absolutną „zbrodniomyślą”. Według ich wizji to nie mogło dotrzeć do uszu milionów Polaków. Z tym, że każde ich przeciwdziałanie, zwiększało popularność tego, co Prymas mówił, a ich de facto osłabiało. Pewnym tąpnięciem w tym marszu przez naród była częściowo skuteczna kampania władz przeciwko listowi do biskupów niemieckich z listopada 1965 roku, ale ta akcja okazała się być bardzo zamknięta w czasie a dalekosiężne skutki dokumentu są niekwestionowalne. Być może do nich należy, w jakiejś mierze, zaliczyć wybór Jana Pawła II na stolicę Piotrową.
Czy nadal jest aktualny?
Gdy dziś czytamy teksty bł. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, ulegamy pewnemu mirażowi: owszem piękny, ale staroświecki język, poza tym odniesienie do rzeczywistości, która już minęła. W tym drugim spostrzeżeniu tkwi wszakże niewątpliwa pułapka, bowiem czy przywoływana przeze mnie powyżej „godność osoby ludzkiej” jest pojęciem zarezerwowanym do konkretnych minionych ustrojów?! Ano właśnie rzecz w tym, że nie.
Warto w tym miejscu przywołać jeszcze jedno dzieło ówczesnego księdza, a nie biskupa czy kardynała, Wyszyńskiego. „Miłość i Sprawiedliwość Społeczna” – duża książka, która pisana była w latach II wojny światowej w czasie, w którym autor nie mógł być pewny, czy dożyje dnia następnego, kiedy nie miał dostępu do bibliotek i źródeł. Niektóre rzeczy cytował właściwie z pamięci. Pisał rzecz, która była manifestem tego, jaką Polskę by w przyszłości widział. Ostrzegał przed ideologiami, nie tylko komunizmem i nazizmem, ale i kapitalizmem, tym ostatnim, takim jakim go znał z czasów przedwojennych, ale tym bardziej ciekawe jest to, jak dużo tu profetyzmu. Warto przywołać kilka zdań z publikacji, żeby się przekonać, że na świecie zmieniono wiele, żeby nic nie zmieniło.
„Człowiek, chcąc utrzymać się na poziomie i nie dać się połknąć, musi zapomnieć o wszystkim: o Prawie Bożym, o obowiązkach sumienia. Często tylko za tę cenę ratuje swój byt. To doprowadza do „twardości sumienia” i żądzy zwiększenia zysków wszelkimi sposobami. Będąc w takim położeniu nikt nie jest nigdy pewien swego mienia i bytu, a ta powszechna niepewność jeszcze potęguje gonitwę za zyskiem. (…) Drugim niebezpieczeństwem jest anarchia rynku handlowego, która stwarza możliwość łatwych zysków. Stąd dzika spekulacja kierowana pospolitą chciwością. Łatwość zarobku pociąga przede wszystkim tych, którzy chcą osiągnąć zysk, przy najmniejszym wkładzie pracy, przy pomocy spekulacji. (…) Inne niebezpieczeństwo dla życia gospodarczego płynie ze spółek anonimowych, pod których osłoną dzieją się najgorsze krzywdy i oszustwa polegające na ciągłych sztucznych bankructwach i trwonieniu oszczędności powierzonych przez drobnych ciułaczy.”
W cytowanej książce jest właściwie cały program, nie na lata 40. ubiegłego wieku a na dziś. Trzeba tylko po niego sięgnąć.
Appendix
Właściwie od czasów tuż powojennych Stefan Wyszyński był przez komunistów notorycznie oskarżany: o współpracę z obcym wywiadem, Watykanem, Amerykanami, imperialistami i kapitalistami z zachodu – bliżej niesprecyzowanymi, od czasu do czasu pojawiały się zarzuty o sprzyjanie pogrobowcom hitlerowskim – też bliżej niesprecyzowanym. Ale w latach bezpośrednio po opublikowaniu listu do „Niemieckich braci w Chrystusie” propaganda ta przybrała formy niebezpiecznie duże. Komuniści nie chcieli tak całkiem z otwartą przyłbicą oskarżać go o oparty na narodowej i katolickiej bazie antybolszewizm, bo mogłoby to jeszcze bardziej podnieść jego autorytet, więc szukali ideologii zastępczych.
Wtedy było to kuriozalne, dziś, kiedy w niektórych skrajnie lewicowych, często proniemieckich mediach stawiane są zarzuty o jakieś nazistowskie sympatie księdza Wyszyńskiego, jest to publicystyka z kategorii arsenału satyryków. Ale jednak, jeśli ludzie nie wezmą się za studium historii na poważnie, to mogą – jak jakiś miesiąc temu posłanka Klaudia Jachira w Kanale Zero z całkowitą, jak jej się wydawało, powagą – opowiadać brednie, że ksiądz Wyszyński był przed wojną publicystą neonazistowskiego pisma Żołnierz Niepokalanej, szybko się poprawiła: Rycerza Niepokalanej.
Dbajmy o dobrą znajomość naszych dziejów a o pisma bł. Prymasa Tysiąclecia tym bardziej, bo się oparły duchowi czasu i ciągle czekają na odkrycie.