Mów do mnie

Dzień dobry przylaszczko. Jakaś ty śliczna! Cześć krokusy, ładnie się otwieracie w słońcu. A wam, przebiśniegi, nie brakowało śniegu w tym roku? Witajcie fiołki, jeszcze wczoraj was tyle nie było. Ojej, a ciebie cebulico jakiś badyl przycisnął i wykaraskać się spod niego nie możesz. Pomogę. Już dobrze.

Forsycjo, mój złoty deszczu, jak cudownie rozświetlasz ogród. Pięknie wyrosłeś dostojny ciemierniku. Cóż to, hiacynty na południowej, wygrzanej rabatce już kwitną? Miło was widzieć. Należałyście do ulubionych kwiatów mojej mamy. I żonkile już w pączkach? Nie spieszcie się, zapowiadają przymrozki.

Cebulica

Ucinam sobie takie pogawędki z roślinami, łażąc po ogrodzie, doczekawszy się wreszcie wiosny, wytęsknionej, wypatrywanej od miesiąca i jak co roku witanej z wdzięcznością, że dana mi jest kolejna. Zwykle staram się tylko w myślach witać z kwiatami i bezgłośnie do nich przemawiać, ale czasem wyrwie mi się spontaniczny okrzyk zachwytu i wtedy nieco speszona strofuję samą siebie: cicho, bo ktoś z sąsiedztwa usłyszy i pomyśli – zidiociała.

Ciemiernik

Nie można jednak hamować porywu serca i szczerego podziwu dla piękna tego świata, zwłaszcza teraz, gdy z taką energią przyroda rwie się do życia. Dlatego chodzę i gadam do kwiatków. Z przyjemnością, z poczuciem, że tego pragną, z wrażeniem odwzajemniania.

Fiołki

Przemawianie do roślin to nie tylko fanaberia wrażliwego ogrodnika, który kieruje się intuicją. Prowadzone od wielu lat rozmaite badania naukowe potwierdzają, że rośliny jako żywe organizmy reagują na bodźce emocjonalne, na nasze myśli i słowa. Uczucia pielęgnującego je człowieka, zarówno pozytywne jak i negatywne, mają istotny wpływ na ich rozwój.

Prymulka

Najprostszy eksperyment, który każdy może przeprowadzić, polega na posadzeniu jednakowych roślin w dwóch doniczkach, zapewnieniu im identycznych warunków (oświetlenie, podlewanie), następnie codziennym oddziaływaniu na te rośliny, ale z różnym nastawieniem: jedną otacza się dobrymi myślami, czule do niej przemawia, komplementuje i podziwia, drugiej wyraża się niechęć, wmawia brzydotę, grozi zniszczeniem. Wynik nietrudny do przewidzenia i wielokrotnie w takich eksperymentach potwierdzony: ta pierwsza rozwija się szybko i zdrowo, druga marnieje, rośnie powoli, wygląda jak wystraszona, skulona w sobie istotka. W 2018 roku przeprowadzono takie doświadczenie w jednej ze szwedzkich szkół i nagłośniono w mediach. Miało ono uświadomić dzieciom, jak groźne może być hejtowanie, obrażanie innych, gnębienie. Cel osiągnięto – uczniowie sami się przekonali.

Przebiśniegi

Z opisów tego typu doświadczeń wynika, że badacze starają się nie tylko wyjaśnić wrażliwość roślin i ich zdolność odbierania ludzkich myśli jako fal energetycznych, ale także wykazać, że energia emanująca z człowieka nie pozostaje obojętna dla otoczenia – może być budująca albo niszczycielska. Właściwie to nic odkrywczego. Niezależnie od naukowych badań i interpretacji tego zjawiska wiadomo przecież, że do ludzi dobrych się lgnie i chętnie przebywa w ich towarzystwie, a od tych, którzy zioną nienawiścią, lepiej trzymać się z daleka. Destrukcyjne działania różnych „wściekłych” daje się odczuć również w życiu społecznym.

Przylaszczki

Do roślin, które pilnie obserwuję od wczesnej wiosny – sprawdzając zachodzące w nich zmiany – należy marcówka, czyli śnieżyca karpacka, a jeszcze ściślej endemit wschodniokarpacki, jakim była, dopóki rosła w swoim naturalnym środowisku. Charakteryzowała się dwoma a nawet trzema kwiatami na jednej łodyżce. Posadzona w ogrodzie zaczęła po kilku latach tracić endemiczną cechę. W tym roku ma już pojedyncze kwiaty jak typowa śnieżyca wiosenna. Ale wcześniej zdążyła nacieszyć oczy mojej mamy, dla której dziesięć lat temu przywiozłam tę roślinę z sanockich lasów.

Mama, która dorastała w Sanoku, wspominała często, że gdy zmarł nagle jej ojciec – a miała wtedy siedem lat – poszła ze swoim kilka lat starszym bratem do pobliskiego lasu, gdzie marcówki tworzyły wielki biały kobierzec. I w tym żałobnym dniu razem je zrywali na pożegnanie taty. Znamienne, że w maminym wspomnieniu nie było smutku, raczej zachwyt marcówkami i pamięć wyjątkowej chwili. Kiedy ze względu na swój podeszły wiek przestała już jeździć w rodzinne strony, a nawet już z domu nie była w stanie wychodzić, pojechałam tam wiosenną porą i w bukowym lesie Gór Słonnych, pasma biegnącego wzdłuż doliny Sanu w pobliżu Sanoka, wykopałam kilka cebulek (wtedy już nie były pod ścisłą ochroną), by posadzić je w naszym ogrodzie, w takim miejscu, aby mama mogła je widzieć z okna. I rosną tam do tej pory.

Od siedmiu lat mamy już nie ma, ale marcówki wciąż zakwitają dla niej i zarazem dla jej taty, a mojego dziadzia Franciszka, choć już nie takie jak sto lat temu, gdy zbierały je osierocone dzieci.

Żałobny bukiet tych wiosennych kwiatów, przekazany wspomnieniem następnym pokoleniom, ma dla mnie symboliczną wymowę w przededniu Wielkanocy, kiedy śmierć otwiera życie, a smutek przechodzi w radość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *