SAFE – szansa czy gwóźdź do trumny polskiej niepodległości

W roku 1793, natychmiast po zagarnięciu Wielkopolski, pruski zaborca postanowił „osłodzić” samopoczucie polskiego ziemiaństwa oferując mu nadzwyczaj korzystne kredyty. Ich warunki przedstawiano jako super preferencyjne i rzeczywiście na takie wyglądały. Właściciele majątków ziemskich postrzegali je jako gest dobrej woli pruskiego państwa, jako zmierzanie do ułożenia dobrych relacji z nowymi jego obywatelami (w rzeczywistości – poddanymi) i jako dążenie do przekonania polskiej szlachty, że w Prusach żyło się jej będzie lepiej niż w Rzeczpospolitej.

Jedni uważali, że pożyczka na dobrych warunkach to życiowa szansa. Inni przyzwyczajeni byli do częstej w Rzeczpospolitej bezskuteczności egzekucji należności, w której dłużnik uzbroiwszy rodzinę i czeladź potrafił przepędzić każdego wierzyciela. Zadłużali się więc niemal wszyscy. O tym, że znaleźli się w pułapce pruskiego podstępu, przekonywać się zaczęli po kilku beztroskich latach, w których pruski bankier nikogo nie nękał wezwaniami do zapłaty, ale cierpliwie naliczał odsetki. I do działania przystępował wtedy, kiedy błyskawicznie mógł zająć cały majątek dłużnika.

Ten przed egzekucją komorniczą nie był w stanie się obronić nawet wzywając na pomoc całą okoliczną szlachtę. Reakcją na najmniejszą próbę oporu było zajęcie przejmowanego majątku przez oddział wojska wyposażonego w artylerię oraz klatki na kołach, do których, celem odtransportowania do więzienia, wtrącano odzieranych z majątku dłużników. Często dopiero wtedy zdawali sobie oni sprawę z pułapki, jaką Prusy zastawiły na nich swoim „dobrodziejstwem kredytowym”.

Od samego początku jego celem było odebranie Polakom ich własności, zdegradowanie całego narodu do pozycji nędzarzy, którzy nie posiadaliby niczego i nie mieliby też żadnych elit, gdyż szlachta nie dysponująca ani domami, ani ziemią – de facto przestawała być szlachtą. Z rozmysłem zmierzano do przekształcenia Polaków w zbieraninę parobków, w eksploatowane i pogardzane pośmiewisko w społecznej hierarchii lokujące się poniżej najuboższego pruskiego plebsu i najnędzniejszych parobków.

Wybawieniem dla wielkopolskiej szlachty okazały się być zwycięstwa Napoleona, który w roku 1806 pokonał Prusy. Wtedy też szybkim triumfem uwieńczone zostało Powstanie Wielkopolskie, które wielką część ziemiaństwa tego regionu uratowało przed strąceniem w otchłań biedy. Układający się z pokonanymi Prusami Napoleon zapłacił za długi Polaków, choć wydatek ten oczywiście zrekompensował sobie ze środków powstałego wówczas Księstwa Warszawskiego. Bez dwóch zdań – ówczesne zwycięstwa Napoleona były dla nas wybawieniem. Gdyby nie one – pruski plan zostałby zrealizowany. Polskich właścicieli ziemskich zastąpiliby Niemcy i nic by już nie uratowało Wielkopolski przed totalną germanizacją.

Pozbawianie Polaków ich własności to prastara i nadal rozkwitająca niemiecka tradycja. W roku 1308 Krzyżacy wymordowali wielką część mieszkańców Pomorza Gdańskiego, po czym ich majątki sprzedawali osadnikom sprowadzanym z Niemiec. Dzięki procesom prowadzonym przed sądami papieskimi mnóstwo dokumentów tego ludobójstwa i grabieży nadal znajduje się w archiwach Watykanu. W czasach zaborów Niemcy wprowadzili cały wachlarz metod okradania Polaków, do których należały akty wołającego o pomstę do Nieba bezprawia w rodzaju rugów pruskich, zakazów budowy domów, terroru urzędniczego, sądowego, policyjnego.

W dzisiejszej Republice Federalnej Niemiec nadal obowiązują dekrety Hitlera, na mocy których w roku 1939 skonfiskowano wszystkie ruchomości i nieruchomości Związku Polaków w Niemczech. Od samego zarania RFN w państwie tym obowiązuje też prawo legalizujące posiadanie przez Niemców wszystkiego, co ukradli w czasie wojny i okupacji. Lista samych skatalogowanych ukradzionych przez Niemców Polakom dzieł sztuki to ponad pół miliona pozycji i stanowi tylko drobną część tego, co Niemcy z Polski do swojego kraju wywieźli i nigdy nie oddali.

Począwszy od roku 1989 niezliczoną ilość razy okazywało się, że niemiecki „inwestor” nabywający polskie zakłady przemysłowe rzekomo celem rozwijania w nich produkcji, był jedynie ich likwidatorem. Skutkiem tych niemieckich oszustw Polska straciła najbardziej wartościowe składniki swojej gospodarki. Czyż po doświadczeniach tak bogatych i tak bolesnych nie powinniśmy mieć się na baczności, gdy przystępujemy do jakiejkolwiek umowy zawieranej z Niemcami?

Znane wszystkim od pokoleń słowo „oszwabić” nie znalazło się w polszczyźnie bez przyczyny. Pojęcie to upowszechniło się skutkiem podstępnych praktyk i tak zbrodniczych procederów, że niemożliwych do wyobrażenia polskim umysłem. A ma ono swoje odpowiedniki także w językach innych narodów doświadczających kontaktu z Niemcami. Na początku XXI wieku z całych sił zachęcały one Grecję do brania kolejnych kredytów, do urządzenia w roku 2004 w Atenach takich igrzysk olimpijskich, jakich świat nie widział. I rzeczywiście – wzniesione wtedy pływalnie i hale sportowe imponowały, olśniewały, „rzucały na kolana”. Dziś stanowią niemożliwe do odbudowania ruiny a od zadłużonej Grecji Niemcy zażądali zapłaty – greckimi wyspami!

Co to jest SAFE?

Oczywistość pierwsza jest taka, że każda umowa rozpisana na trzech tysiącach stron językiem nie tylko kazuistyczno-pokrętnym, ale w języku po prostu nam obcym – z samej istoty rzeczy musi być pełna tzw. kruczków i ewidentnych pułapek. Po 1989 roku mieliśmy przecież do czynienia z wciskaniem Polakom przez niektóre zachodnie instytucje produktów finansowych, za sprzedaż których w krajach ich pochodzenia groził kryminał. Polakom jednak te przestępcze produkty wciskano i nikt za to nie ścigał.

Zastanówmy się nad samą metoda, jaką owa umowa jest nam stręczona. Chodzi przecież o pożyczkę, jaką Polacy będą mieli spłacać przez kilkadziesiąt lat. Czy przyszło komuś do głowy, że należałoby nie tylko do głębi ją zbadać, ale też spytać o nią polskie dzieci z przedszkoli, czy one się na to godzą. Bo to przecież one i ich dzieci – będą ponosiły te horrendalne finansowe obciążenia. Chodzi o kolosalny dług całych pokoleń a stręczący nam tę pożyczkę lider partii – która w swej nazwie już dawno słowo „Obywatelska” powinien zamienić na bliższe prawdy słowo „Niemiecka” – niczym akwizytor wciskający emerytom drogie garnki przekonuje, że trzeba się zgodzić natychmiast, „ani o jedną godzinę” nie wolno opóźniać decyzji. On sam oczywiście treści wciskanej nam umowy nie zna, ale – jedynie wykonuje zlecone mu zadanie.

Czy jednak ktokolwiek po polskiej stronie miał szansę rzetelnego zapoznania się z treścią tego, do czego mamy się zobowiązać? Tak na pewno jasność mamy tylko w kilku kwestiach. Takiej, że kwota do zapłaty z odsetkami będzie przeogromna, że oprocentowanie będzie mogło ulegać każdej zmianie, że przy rozmiarze sumy i długości okresu umowy ryzyko kursowe jest potworne. A także, że znana nam do bólu „zasada warunkowości” w absolutnie każdej chwili (doświadczyliśmy już tego w przypadku KPO), bez literalnie żadnych powodów – wypłacanie kolejnych rat może wstrzymać. Przy czym do ich spłacania – nadal będziemy zobowiązani! Do tego termin, w jakim środki mają zostać zainwestowane, przekreśla możliwość racjonalnego wykorzystania ich przez polski przemysł.

Wszystko więc wygląda na skonstruowane tak, żeby dług zaciągnięty przez Polskę sfinansował inwestycje w Niemczech, po czym – Polska nabywałaby od Niemiec te akurat produkty, które niemiecki dostawca raczy nam dostarczyć. Jakby tego wszystkiego było mało to jeden z punków umowy mówi o broni i amunicji o wartości dziesięciu miliardów, które stanowić mają nieodpłatną pomoc dla Ukrainy! Tym sposobem, za wzięty i spłacany przez Polskę kredyt, zrealizować się ma pomoc Unii Europejskiej od lat przez nią obiecywana naszemu zmagającemu się z rosyjską nawałą sąsiadowi!

W stronę katastrofy nie mniejszej niż wojna

Pamiętamy szok, jakim była dla nas informacja, że Gierek zadłużył Polskę na 20 miliardów dolarów. No to przyjmijmy do wiadomości, że Tuskowi taki rozmiar zadłużenia nie zajmuje, jak Gierkowi dziesięciu lat, lecz kilka tygodni. Kolejny już rok Tusk zadłuża bowiem Polskę na ponad miliard złotych dziennie. Przy czym tow. Edward pożyczał na wprawdzie często nietrafione, ale jednak inwestycje. A za Tuska inwestycji nie ma niemal żadnych. Pomimo tego dług Polski wkrótce przekroczy dwa biliony.

Wzięcie kolejnego kolosalnego zagranicznego kredytu, od którego odsetki będą wyższe od wartości kapitału, może być więc ciosem przekreślającym wszystkie rozwojowe szanse naszego państwa. Już teraz obsługa zadłużenia ma rozmiar coraz cięższej kuli u nogi polskiego budżetu. Skutkiem też tego, że działająca w naszym kraju gospodarka to w dużej części kapitał obcy – rok w rok blisko 140 miliardów zysków uzyskiwanych w Polsce całkowicie legalnie transferowana jest za granicę. Od kiedy władzę objęła koalicja 13 grudnia – systematycznie spadają wpływy do budżetu. W tej sytuacji dalsze podążanie tą drogą to kurs ku nieuchronnej katastrofie. Polska może stać się masą upadłościową. Czy o to w tym chodzi?

Oczywiście – nie każde zadłużanie się jest złe. W przypadku gospodarowania budżetem domowym rozsądne jest niewydawanie więcej, niż się zarabia i nawet, jeśli się ma bardzo mało, oszczędzanie przynajmniej dziesięciu procent dochodów. Nieco inaczej jest w przypadku działania firm czy państwa wyposażonego w instrumentarium finansowe. Kiedy bowiem jakieś przedsiębiorstwo zdoła zająć pozycję gwarantującą mu duże wpływy, to grzechem jest nie wziąć kredytu umożliwiającego zwiększenie mocy produkcyjnych i pomnożenia wpływów.

Na przykład kilka lat temu pewien polski wynalazca zaczął w swoim zakładzie wytwarzać systemy sterownicze robotów przemysłowych. Zaprezentował je na międzynarodowych targach, na których już pierwszego dnia otrzymał zamówień więcej, niż był w stanie zrealizować. Szczęśliwie mamy w Polsce Bank Gospodarstwa Krajowego mogący wyjść naprzeciw temu, by szybką akcją kredytową umożliwić przedsiębiorcy zwiększenie jego mocy produkcyjnych i wykorzystanie wielkiej rozwojowej szansy. Takie przypadki to jednak całkowita odwrotność stręczonego nam SAFE wyglądającego na dług wciskany właśnie po to, żebyśmy byli jeszcze bardziej zadłużeni. Beznadziejnie zadłużeni!

Każdy roztropny kredytobiorca zawsze szuka oferty najlepszej i dokładnie zapoznaje się z oferowanymi warunkami. Jeśli sformułowane są w sposób pokrętny lub rozpisane na wielu stronach – lepiej skorzystać z oferty droższej, ale mniej ryzykownej. A dzwonek alarmowy powinien się włączyć w momencie, w którym ktoś nam nie oferuje, lecz usilnie wciska grającymi na emocjach chwytami w rodzaju „ta promocja obowiązuje tylko do jutra”. Robi to wiedząc, że pośpiech to zły doradca i licząc na to, że z ofertą nie zdążymy ani się zapoznać ani jej przemyśleć.

Sposób, w jaki „Berlino-Bruksela” wraz ze swoimi marionetkami wciska nam SAFE to wypisz wymaluj metoda handlarzy, którzy horrendalnie drogie garnki wciskają emerytom dotkniętym starczą demencją. Zwróćmy też więc uwagę na rozmiar pogardy, jaki żywić do nas muszą ci, którzy nam taki właśnie SAFE oferują. Czym sobie na taką pogardę zasłużyliśmy? Otóż – wybieraniem od roku 1989 do rządzenia Polską takich, którzy ogromną część polskiego majątku beztrosko kawałek po kawałku – sprzedali. Stąd w oczach nie tylko Niemców Polska ma opinię kraju zdolnego za czapkę śliwek wyzbyć się wszystkich rodowych sreber.

W naszych czasach znów aktualne stały się słowa Fryderyka II, że najtańsze, co można kupić, to posła na polski Sejm, że za niewygórowaną cenę w Polsce kupić można nawet sejmową większość. Państwo, w którym możliwe są takie procedery, zawsze spotyka się z pogardą. Taka też była przyczyna milczenia Europy, na oczach której w XVIII wieku likwidowana była Rzeczpospolita. Bo likwidowana była z czynnym udziałem dużej części elit naszego państwa.

Każdy, kto czytał „Panią Bovary” Flauberta, „Kollokację” Józefa Korzeniowskiego czy którąkolwiek z powieści o tragedii dłużników na pewno wie, jak ważne jest to, u kogo ma się dług. Kiedy w okresie międzywojennym potrzebowaliśmy pieniędzy na dozbrojenie naszej armii – pożyczyli je nam Francuzi, którym na naszej sile militarnej zależało, gdyż flankowaliśmy tego samego wroga (ciekawostka – do dziś pożyczkę tę nie do końca spłaciliśmy a oni się nie upominają).

Japonia jest zadłużona na 5 bilionów dolarów, ale – u swoich własnych obywateli, wśród których częstym zwyczajem jest niesprzedawanie, lecz posiadanie obligacji swojego państwa. Czyż emisją obligacji „dozbrojeniowych” pozytywnie nie zainteresowałoby się dziś wielu Polaków? Ogromną szansą jest też to, co zaproponował prezes NBP prof. Adam Glapiński.

Od dziesięciu lat podejmuje on decyzje zakupowe na całym świecie postrzegane jako perfekcyjne „strzały w dziesiątkę”. Polegały one na zakupach złota i walut w momentach najkorzystniejszych. Dziś są one tak olbrzymie, że mogą stanowić zabezpieczenie nie tylko stabilności polskiego pieniądza, ale też produktów finansowych, którymi można sfinansować wielomiliardowe inwestycje. Takie właśnie wykorzystywanie zasobów analitycy NBP planowali od lat a ostatnie zakupy zminimalizowały wszystkie ewentualne ryzyka nawet, jeśli chodziłoby o pieniądze wartości większej od funduszu SAFE. Operacja taka nie powiększałaby polskiego zadłużenia, nie byłaby obciążona odsetkami i byłaby tym, co bogatsi od nas czynią od pokoleń – czerpaniem korzyści z posiadanego majątku. I to bez jego uszczuplania.

Jak takie operacje się przeprowadza, w najogólniejszych zarysach, wyobrazić sobie potrafi każdy, kto zna choć elementarne zasady bankowości. To też właśnie miał na myśli Mateusz Morawiecki, który doprowadzając do wzrostu zamożności Polaków stwierdzał, że wzrost gospodarczy osiąga się nie tylko nakręcając koniunkturę konsumpcją, ale – inwestowaniem. Jako pierwszy z polskich premierów stwierdził, że Polacy żyć powinni nie tylko z pracy i jedynie pracą budować potęgę swojego państw, ale także z kapitału, który wreszcie zaczynamy posiadać i z którego powinniśmy umiejętnie czerpać zyski.

Sztuka prorozwojowego, dla wszystkich korzystnego pożytkowania kapitału narodziła się już w przedrenesansowych Włoszech, w których najwcześniej dostrzeżono zdumiewającą prędkość cyrkulacji pieniądza. Owocem tego był wniosek, że ten sam pieniądz można równocześnie powierzyć kilku różnym kredytobiorcom. Oczywiście nie chodzi o cudowne rozmnożenie pieniądza, ale udostępnienie czegoś w rodzaju solidnie zabezpieczonego tymczasowego środka płatniczego na inwestycje dobrze rokujące przyszły dochód. Brzmieć to może niepokojąco, ale żadnego hochsztaplerstwa w tym nie ma. Tak działali np. florenccy Medyceusze, którzy posiadając dość złota udzielali pożyczek na kwoty wielokrotnie większe, niż sami posiadali.

Pożyczali jednak wyłącznie klientom poważnym, budującym przedsiębiorstwa w krótkim czasie przynoszące zysk umożliwiający szybką spłatę zadłużenia. A zarazem – dające zatrudnienie kolejnym ludziom i przysparzające kolejnych zamożnych. Tym sposobem zarządzana przez Medyceuszy Toskania stała się najnowocześniejszą i najbogatszą prowincją Europy. Inne – zaczęły ją doganiać dopiero wtedy, kiedy same nauczyły się tego samego. Od tamtych czasów specjaliści od finansów wypracowali całe mnóstwo pozbawionych większych ryzyk i korzystnych dla wszystkich stron metod „obracania posiadanym kapitałem”. Wymagają one zaangażowania wyposażonych w odpowiednie instrumentarium i „trzymających rękę na pulsie” fachowców.

Najlepszych w Polsce i jednych z najlepszych na świecie ma właśnie NBP. A kilkaset lat funkcjonowania tych rozwiązań dowodzi, że działają naprawdę świetnie. Po dziesięciu latach perfekcyjnych decyzji prezesa Glapińskiego rezerwy NBP mają dziś wartość ponad biliona złotych. Sam zasób złota wkrótce osiągnie 700 ton, stając się jednym z kilku największych na świecie. Już jest większy od skarbca Banku Centralnego Unii Europejskiej z Frankfurtu nad Menem.

Ekonomiści, którzy nigdy nie wyrośli z mentalu swoich Katedr Marksizmu-Leninizmu mogą tego nie pojmować, ale wszyscy, którzy w przeciwieństwie do nich czegoś znaczącego w swej działalności dokonali (jak Mateusz Morawiecki czy Adam Glapiński) wiedzą doskonale, że bilionowe zasoby NBP nie powinny leżeć bezczynnie. Pozostając nienaruszonymi i bezpiecznymi wręcz muszą być motorem wielkich polskich inwestycji. Dziś z powodzeniem mogą one posłużyć celom większym od wyrażonych długiem, jakim byłoby nieszczęsne stręczone Polsce SAFE.

Zwróćmy też uwagę na rozmiar oszczerstw, jakimi posługują się agitujący za tym, co tak bardzo Niemcy chcą nam wepchnąć. Tusk łże, iż „państwa Unii się złożyły” podczas gdy chodzi tylko i wyłącznie o kredyt zaciągany w komercyjnych bankach. Unia jest tu tylko pośrednikiem tej transakcji i to narzucającym nam warunki toksyczne a zarazem upadlające, gdyż taką jest „zasada warunkowości”. Czarzasty w swoich paplaninach wygłaszanych niestety w czcigodnych wnętrzach Sejmu bredzi o jakichś dwunastu tysiącach polskich fabryk rzekomo czekających na inwestycje z SAFE.

W rzeczywistości w całej Polsce nie mamy nawet połowy tej liczby średnich i dużych zakładów wszystkich branż. A produkcją zbrojeniową zajmuje się nie więcej niż paręset. Koalicja 13 grudnia przyzwyczaiła nas do tego, że nie ma w niej kogokolwiek kompetentnego w jakiejkolwiek dziedzinie, że to zbieranina ignorantów zdolna wyłącznie do destrukcji i robienia z ludzi idiotów. I za takich Polaków muszą oni uważać łżąc, że ktoś nam cokolwiek daje, albo że na te rzekome „dary” oczekują tysiące fabryk, których w rzeczywistości – nie ma.

O tym, co „Berlino-Bruksela” nam jakże usilnie wciska, chyba nikt nie wie wszystkiego. Nie dość, że ta umowa to tysiące stron tekstu obcojęzycznego i ultrahermetycznego – to dodane są do niej załączniki ściśle tajne. Wszystko jednak, co o SAFE wiemy to to, że nie zaciągają go Niemcy, nie dała sobie tego wcisnąć Szwecja i kilka innych państwa a pozostałe, jeśli się decydują, to w rozmiarze niewspółmiernie mniejszym. Wiemy, że warunki wykluczają możliwość zainwestowania zdecydowanej większości tych środków w polską gospodarkę.

Niezaprzeczalną oczywistością jest, że lwia część przeznaczona będzie na inwestycje za naszą zachodnią granicą i że dopiero po ich zrealizowaniu inwestorzy zza Odry „odwdzięczą się” nam tym, co sami raczą nam zaoferować. Nie my będziemy decydować o asortymencie, jakości czy cenie. A brać będziemy mogli tylko to, co nam zechcą dać a nie to, czego nasza armia będzie potrzebowała. Doświadczenie z KPO, którego środki (w formie de facto darowizny!) trafiły do „krewnych i znajomych królika” na zakup jachtów a nawet wyposażenie ośrodka usług seksualnych – pozwala przypuszczać, że i takie przeznaczenie mogą znaleźć pożyczki, które spłacać potem będziemy przez 45 lat.

Histeria Tuska i jego ludzi wskazuje też na to, że ich niemieccy dysponenci nie tylko stanowczo od nich żądają przyjęcia SAFE, ale że może ono posłużyć do ratowania walącego się budżetu. Po zwolnieniu z Ministerstwa Finansów ludzi wyspecjalizowanych w przeciwdziałaniu rozkradania VAT i innych podatków budżet naszego państwa znów jest jak durszlak z potrojoną liczbą dziurek. Już teraz wymaga on ostrych cięć i jeszcze szybszego zadłużania.

W przyszłym roku wybory, więc perspektywa powszechnej pauperyzacji społeczeństwa to dla Tuska prognostyk fatalny. Jeśli SAFE trafi w ręce obecnego rządu – o rok czy dwa oddali ekonomiczną agonię, którą skończyć się dla Polski musi polityka obecnych władz. Rzecz jasna Tusk dobrze wie, że SAFE to produkt stricte antypolski. Być może z tej właśnie przyczyny akurat jemu wydaje się on tym bardziej potrzebny i bliski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *