Fatum „zielonego ładu”

Dziś już nie tylko ekstremistyczne media prawicowe mówią, że szaleństwu „ratowania planety” należy położyć kres.

Dużym wstrząsem było dojście do prezydentury USA Donalda Trumpa, który nie używając języka poprawności politycznej kilkoma mocnymi oświadczeniami odciął Stany Zjednoczone od lewicowych ideologii dbających bardziej o Wszechświat niż o Człowieka. Na naszym kontynencie największym ciosem było wystąpienie J.D. Vance’a podczas 61. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 14 lutego 2025, które spowodowało nawet łzy żalu u brukselskich biurokratów.

Ja też bym płakał mając w perspektywie utratę apanaży związanych z realizacją chorej ideologii odgórnego tworzenia „zielonego ładu” na Ziemi. Ale na szczęście nie biorę udziału w „ratowaniu planety”, a w każdym razie – gdy wyrzucam śmieci do kosza a nie na ulicę – nikt mi za to nie płaci.

Może dziwić, że coraz więcej naukowych autorytetów odważnie zaczyna krytykować plany przechodzenia na „zieloną energię”, a równocześnie nic się z tymi planami nie dzieje, nie są one modyfikowane ani kasowane. Nawet raport Draghiego – w końcu lewackiego komisarza – o błędnej drodze Unii Europejskiej jakoś nie spowodował zatrzymania kreacji coraz bzdurniejszych przepisów.

Tak więc mamy narastające tomy rozporządzeń dotyczące energii słonecznej i wiatrowej, samochodów elektrycznych, a nawet „wodorowych”[1], opłaty za emisję najpopularniejszego gazu niezbędnego do życia roślin – dwutlenku węgla, raportowanie pochodzenia drewna (bo Amazonia nam zniknie, więc trzeba ją ratować i odpowiedzialność za to biorą na siebie brukselscy biurokraci) i wytworzonego dwutlenku węgla przy produkcji stali (CBAM).

Mistrzostwem świata jest koncepcja świadectw ETS (Emissions Trading System), które szybko stały się rodzajem waluty o zmiennej wartości, a więc instrumentem finansowym do spekulacji na giełdach: kupowanie i sprzedawanie tych certyfikatów. Przepisy zmuszające przedsiębiorstwa emitujące CO2 do kupowania świadectw ETS spowodowały lukratywny handel tym papierem. Koncepcja wypłukiwania pieniędzy z powietrza tak znakomicie się powiodła spekulantom giełdowym, że wymyślono kolejny instrument – ETS2, tym razem związany z ocieplaniem budynków. Wszak wszyscy gdzieś muszą mieszkać, więc gdy dodatkowa opłata „emisyjna” za budynek stanie się powszechna, to nowy strumień pieniędzy popłynie do kieszeni pomysłodawców.

No, dobrze – wszyscy wiemy, że to bzdury. Coraz większa liczba naukowców to potwierdza. Prości ludzie unikają kontaktu z administracją w sprawach ogrzewania. Kto może, instaluje sobie piecyki na jakiekolwiek paliwo, które nie jest centralnie dystrybuowane. Media coraz śmielej piszą o absurdach urzędników. Główny producent wiatraków w Niemczech, Siemens, pozbywa się towaru na masową skalę, wstrzymuje się tu i ówdzie produkcję elektrycznych samochodów. Ale system ETS mimo narastającej krytyki ma się dobrze. Jak to się dzieje?

Otóż tzw. klasa urzędnicza obciążona obowiązkiem wdrażania planów „ratowania planety” jest po prostu przekupiona. To nie chodzi o jakieś łapówki wręczane pod stołem. Przekupstwo wbudowane jest w sam system. Jeśli urzędnik nie będzie realizował ideologicznie umocowanych przepisów, sam poniesie konsekwencje: jeśli nie zwolnieniem z pracy, to przynajmniej utratą różnych „premii”.

Dlatego mamy do czynienia z coraz większą liczbą urzędników, którzy prywatnie przyznają, że urząd, w którym pracują realizuje idiotyczne przepisy, ale jako służbiści po prostu te przepisy egzekwują. Nic tu nie pomoże żaden protest przed siedzibą PGE czy Ministerstwa Energii, Środowiska czy czegokolwiek innego. Prywatnie urzędnicy są mili i zgadzają się z protestującymi. Ale raz zapuszczona procedura nie zatrzyma się sama, bo jej wykonawcy są zagrożeni finansowo i wolą wykonywać absurdalne przepisy niż ryzykować wywalenie na bruk z urzędu.

Jakie jest wyjście z tej ślepej uliczki?

Jedyną metodą jest zatrzymanie ustawodawstwa, czyli decyzja polityczna. Mamy na szczęście już wzór w USA, gdzie prezydent dekretami unieważnia całą masę absurdalnych przepisów. Nie jest mu łatwo, bo opór idzie nawet przez sądy. A sądy – teoretycznie niezawisłe – czasem biorą stronę skarżących, którzy np. tracą pracę na lewackich wydziałach uczelni pozbawianych z dnia na dzień finansowania jakichś absurdalnych badań wpływu krowich wydmuchów na „zmiany klimatu”.

Lobby zainteresowanych finansowo w utrzymaniu irracjonalnych przepisów „klimatycznych” jest dość liczne. To są nie tylko urzędnicy, ale wielu naukowców-koniunkturalistów, a także część biznesu, która żyje z dotacji pobieranych z kieszeni podatnika. Chodzi oczywiście o dotacje, które w różny sposób wspierają pomysły „zielonego ładu”. Tak więc: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.

Czy w Polsce znajdzie się przywódca polityczny, który odwróci ten samobójczy marsz ku ekonomicznej zagładzie? Musiałby to być ktoś, kto w pierwszym rzędzie odstąpi od regulacji narzucanych przez Unię Europejską. Dwie największe partie jednak uważają, że przystąpienie Polski do UE było sukcesem naszego kraju. Dlatego nie należy liczyć na jakieś sprzeniewierzenie się wielokrotnie składanym wiernopoddańczym deklaracjom. Ani Donald Tusk, ani Jarosław Kaczyński nie mają odwagi, by ogłosić Polexit. Wpisanie do programu partyjnego wyjścia Polski z UE zadeklarowała natomiast partia Korona RP Grzegorza Brauna. Wycie przeciwników rozległo się natychmiast w całym spektrum politycznym. Ale mimo wycia, partia ta zdobywa kolejne punkty procentowe w różnych sondażach. Obecnie już widać, że utworzenie jakiegokolwiek rządu po przyszłych wyborach będzie niemożliwe bez Korony RP.

Czy PiS został z ręką w nocniku? Niekoniecznie. Nadal zarówno Jarosław Kaczyński jak i Mateusz Morawiecki (przyszły neo-PiS?) mogą zadeklarować Polexit. Nie we wszystkim są wiarygodni, ale część zwolenników Grzegorza Brauna do nich przejdzie uważając, że wychodzić z UE trzeba w sposób cywilizowany, a nie poprzez robienie happeningów. Jednak podejrzewam niestety, że jeśli by nawet taka deklaracja została złożona, to zrobiono by to w celu osłabienia partii Korona, a nie w celu rzeczywistego wyjścia z UE.

I dlatego wciąż kibicuję Grzegorzowi Braunowi.

Grudzień 2025


[1]     Właśnie w Świdniku pod Lublinem zbankrutowała niemiecka firma produkująca autobusy o napędzie wodorowym. Miasto Świdnik kupiło cztery takie autobusy, ale wyprodukowane w Niemczech. Produkcja została z fanfarami przeniesiona pod Świdnik, firma otrzymała od miasta zamówienie na kolejne 18 autobusów, po czym ogłosiła upadłość. Trudno znaleźć informacje o wysokości przedpłaty, jakiej Świdnik dokonał, by otrzymać te atrakcyjne pojazdy na trudno osiągalne paliwo. Niektóre źródła podają, że trzy autobusy kosztowały 12 mln złotych, inne, że cztery kosztowały 8 mln. Pieniądze na autobusy pochodziły z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska – teraz będzie trzeba się z NFOŚ rozliczyć. https://businessinsider.com.pl/firmy/arthur-bus-oglasza-upadlosc-lublin-bez-autobusow-wodorowych/n5xwv18 [dostęp 18.12.25]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *