Szliśmy ku Jaromierzy, a dokąd doszliśmy?

Jarosław Haszek był niezłym blagierem, skorym do przewracania ustalonego porządku. Autor przygód wojaka Szwejka podczas Wielkiej Wojny, podobnie jak literacki bohater, czynił wiele zamieszania wokół własnej osoby. Robił tak, bowiem żył w przekonaniu, że „jeszcze nigdy tak nie było, aby tak było, żeby jakoś nie było”. Nie wiem, może to było przeświadczenie, że uważał siebie za cudowne dziecię, któremu „zawsze się uda”?

Radko Pytlik, zmarły w 2022 roku czeski historyk i „szwejkolog”, pozostawił po sobie całą serię mało znanych historyjek tego wagabundy, który pod postacią dobrodusznego dyletanta prezentował „żywioł ludzki który formował i wypełniał ów inny świat, bezsensowny, swawolny, nieodpowiedzialny, poplątany i fantastyczny, śmierdzący tytoniem i piwem, świat w którym Haszek mógł poruszać się swobodnie, inaczej niż tego żądał ustalony porządek dnia, konwenans, jakże odmienny od wrażliwości i poglądów Haszka.”

W historyjce „Gdyśmy szli ku Jaromierzy”, Haszek odwiedza swego druha sprzed lat. Postanawia udzielić mu pomocy w pracach polowych. Będąc dyletantem, szeroko snuje opowieści, z jaką radością powita trzymanie wideł w swoich rękach. „Do czego ci potrzebne widły? – zapytano go”. „No, do grabienia”. Ale do grabienia są grabie. Widły dostaniesz, gdy będziemy nakładać snopy na wóz”. „Uwielbiam to, ale ja nie nakładam po jednym, ja wrzucam na furę od razu cztery albo pięć snopów, a co się tyczy grabi, to wyczyniam nimi prawdziwe cuda. U nieboszczyka dziadka zgrabiłem któregoś roku 20 korcy, ach, co ja mówię, 35 korcy. Splunąłem w dłoń, o tak właśnie splunąłem i do roboty. W pól dnia się z tym uwinąłem. A snopy brałem po pięć naraz.”

Po takim orędziu miejscowi gospodarze nie mogli się nadziwić, że miastowy, a taki ma dryg do pracy w polu. Widząc zachwyt w oczach słuchaczy, Haszek poszedł dalej w „samochwalbie”: „Przepadam za przewracaniem jęczmienia. Kiedyś przewróciłem cały wóz z jęczmieniem. Nie masz pojęcia, co ja potrafię. Przewracać jęczmień, żyto, pszenicę, ziemniaki…”.

Z tymi ziemniakami przedobrzył. Słuchający nie dali wiary, no bo jak przewracać ziemniaki w polu? Haszek i z tym sobie poradził mówiąc, że u nieboszczyka dziadka było niegdyś bardzo mokre lato i wszystko wybujało. Było tak mokro, że nieboszczyk dziadek miał w kieszeni trochę ziarna i pewnego razu żyto zaczęło mu wyrastać z kieszeni. No więc łęty ziemniaczane też trzeba było przewracać, by nie zgniły. Zachwytu już na twarzach słuchających nie dostrzegł, co najwyżej zdziwienie. No, ale chłopi, niby prostaczkowie, a kultury mieli więcej w sobie niż ten „światowiec” z miasta i nie odpowiedzieli na te cuda.

Kiedy więc następnego dnia Haszek znalazł się na polu, patrzono z niedowierzaniem, co ów „wysokiej klasy specjalista” wyczynia. Snopki na wóz nakładał tak gorliwie, że zwalił na ziemię parobka. A kiedy miał przewracać jęczmień, przewracał zagony, które już były wcześniej przewrócone. A kiedy poddawano w wątpliwość potrzebę powtórnego przewracania zboża, odpowiadał, że u jego dziadka tak zawsze robiono, aby szybciej schło. Ba, czasami nawet rozwieszano snopki na sznurze od prania, jak bieliznę, aby był lepszy dostęp powietrza. Gospodarz, słysząc te „nowinki rolne”, dał propozycję, aby Haszek popilnował rocznego chłopczyka, którego w danej chwili bawiła matka. Ona miała zastąpić „miastowego inteligenta” w pracy polowej.

Dziecko jak to dziecko, wyrywało się Haszkowi i w końcu wpadło do wody w stawie. Haszek zaczął lamentować i szukać grabi, by wyciągnąć malca. Na szczęście w pobliżu byli pozostali pracujący, tak, że dziecko – przestraszone i całe zmoczone – wróciło w ręce matki, która zamiast suszyć jęczmień, suszyła mokrego płaczącego synka. I tak zakończyła się działalność Jarosława Haszka jako rolnika. Gospodarze pięknie podziękowali i odetchnęli z ulgą, kiedy ów wyjechał. Nigdy więcej nie był zapraszany, z korzyścią dla całej społeczności.

A ja, nie wiem, dlaczego, czytając tę historyjkę, mam przed oczami postać pewnego gościa, który każe się nazywać „premierem, którego nikt nie ogra”. Z tej tzw. pracy, pożytku nie ma żadnego, tylko śmiech na twarzach osób oglądających ten cyrk samouwielbienia i chwalby. I coraz większe przerażenie niczym oczy tego małego dziecka, które zamiast zabawy, miało kąpiel w wodzie. No tak, z tym, że Haszek robił to świadomie, a „premier, którego nikt nie ogra”?

Cholera wie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *