W naszym małym imperium wszyscy mówią o demokracji. Demokracja jest lekarstwem. Gdy zapanuje – znikną wszystkie bolączki, znajdziemy się w Raju.
Ale jak ma się narodzić demokracja, kiedy tak naprawdę nikt jej nie chce? Sposób myślenia o polityce, nie tylko u nas, jest do głębi feudalny. Rozglądamy się nerwowo w poszukiwaniu wodza. Gdy go znajdujemy – lokujemy w nim wszystkie nadzieje. On ma nas prowadzić.
To nie jest kierunek w stronę demokracji, tylko w stronę przeciwną. Na własne życzenie pozbawiamy się inicjatywy. Uff! Co za ulga, nie trzeba już myśleć, rozwiązywać skomplikowanych problemów, orientować się w rzeczywistości. Wystarczą proste przekazy: ten jest dobry, ten zły. Tego kochamy, tego nienawidzimy.
Gdyby to nie było politycznie niepoprawne, pewnie przywrócono by publiczne egzekucje na rynkach miejskich. Ale by była zabawa! Najpierw pomidory, potem zgniłe jaja, a jak tłum się rozgrzeje, to: kacie, czyń swoją powinność!
Rozmarzyłem się troszeczkę…
Ale wracając do wątku. Lud jest leniwy i to nie jest tajemnicą. A politycy? Oni również. Robią groźne miny i odgrywają perfekcyjnie wyuczone role. Ale, jak przystało na ustrój feudalny, mają swoich patronów i wcale się z tym nie kryją. Ameryka nas obroni, Unia Europejska mądrze zarządzi, a europejskie sądy sprawiedliwie osądzą.
Oprócz dobrych, jak w każdej bajce, muszą być źli. Jest więc Putin, ale dla niektórych także Trump, którego inni zaliczają do świętych. Dla innej grupy naczelnym diabłem będzie Netanjahu. Mosty pomiędzy tymi grupami są palone, połączenia odcinane. Zwolennicy prawicy dostają gęsiej skórki na widok Tuska, a młodzi wykształceni po 60-tce mają pianę na ustach na wspomnienie Kaczyńskiego. Każdy ma swoją laleczkę woodo i zestaw szpilek.
Jakże łatwo zarządzać tak urobioną ludzką masą. Dniem i nocą czuwają nad tym specjaliści od kija i marchewki.