W czasie II wojny światowej stolica Dolnego Śląska uległa zniszczeniom w stopniu niewiele mniejszym od Warszawy. 80 dni walk o Festung Breslau sprawiło, że pod względem skali unicestwienia zabudowy Wrocław był drugim z dużych miast Europy, które w największej części zmieniło się w morze ruin.
O wojennej katastrofie nadodrzańskiej metropolii napisano już sporo, ale książki takiej, jak „Festung Breslau. Anatomia bitwy” Tomasza Głowińskiego dotąd nie było. Obszerna synteza oparta na ogromnym materiale źródłowym zawiera informacje o wszystkich aspektach tego, co wydarzyło się zimą i wiosną ostatniego roku wojny. Nikt wcześniej nie przedstawił tak dokładnie tego kto, czym i jakimi metodami walczył w okolicach i na ulicach Wrocławia. Nikt też nie opisał wcześniej każdego kolejnego dnia ówczesnej tragedii opierając się na relacjach żołnierzy obydwu stron. Żadna z wcześniejszych książek na ten temat nie dawała więc porównywalnej szansy zrozumienia tego co i dlaczego stało się we Wrocławiu w roku 1945.

Decyzja Niemców o obronie stolicy Dolnego Śląska oznaczała, że zniszczenia w niej będą. Tym bardziej, że stawiając opór sięgnięto do metod takich, jak wypalanie budynków celem przekształcenia ich w bastiony odporne na pożar, wysadzanie kamienic w powietrze, żeby przykryte górami gruzu piwnice mogły służyć jako bunkry czy też wyburzenie zabudowy kilkunastu ulic dla stworzenia w środku miasta lotniska. Im dłużej trwały walki z użyciem takiego niszczycielstwa – w tym większej części prastare miasto pełne zabytków, zbiorów muzealnych, bibliotecznych, archiwalnych zamieniało się w pustynię. Determinację sił niemieckich, w części złożonych ze zbrodniczych formacji SS i komand obozów śmierci, można zrozumieć. Tak, jak i sterroryzowanych przykładnymi publicznymi egzekucjami defetystów (pod oknami ratusza w Rynku rozstrzelano nawet burmistrza Wrocławia). A także desperację ochotników m.in. z holenderskich formacji SS.
Dlaczego jednak Sowieci nie szturmowali Wrocławia tą metodą, jaką zdobyli choćby Legnicę, gdzie szybki atak korpusu pancernego przyniósł zwycięstwo w parę dni, oszczędzając miastu wielkich zniszczeń? Sposób wybrany przez dowodzącego I Frontem Ukraińskim marszałka Iwana Koniewa przesądził przecież o tym, że tak wartościowa zdobycz wojenna, jak jedna z bogatych europejskich metropolii, przejęta została w formie stert wypalonego złomu i gruzów.

W styczniu 1945 wojska sowieckie z linii Wisły ruszyły ku stolicy Trzeciej Rzeszy. Tempo ofensywy było potężne, ale nie aż tak szybkie, żeby Niemcy nie nadążali z rabunkami, których świadectwem są choćby fotografie pędzonych ulicami Wrocławia stad bydła. Skutkiem ogołocenia polskich wiosek komendant twierdzy z dumą potem wspominał, że miasto walczące pod jego dowództwem do ostatniego dnia żywności miało w bród. Rzecz jasna do owego miasta nie zaliczał on więźniów znajdujących się na terenie Wrocławia obozów i przymusowych robotników, w dużej części Polaków, których los był codzienną walką o przetrwanie. Natarcie Armii Czerwonej Niemcy zamierzali powstrzymać obroną umocnień zbudowanych jeszcze przed I wojną światową. W związku jednak z tym, że były one dalece niekompletne a sił do obsadzenia wysuniętych rubieży brakowało – zasadniczym polem starć stały się dzielnice o zwartej śródmiejskiej zabudowie.
Początek walk o Wrocław kwituje się zwykle wzmianką o zamknięciu pierścienia oblężenia, co miało miejsce w połowie lutego 1945. Z książki Głowińskiego dowiadujemy się jednak o niezliczonych wycieńczających walkach poprzedzających ten etap. W ich trakcie znikały z powierzchni ziemi całe wsie, po których dziś nie ma śladu. Krwawe żniwo przynosiły próby forsowania Odry. Obydwie strony okrążały, brały do niewoli i rozstrzeliwały całe kompanie swych wrogów. Jak to możliwe, że już dobijający III Rzeszę sowieccy żołnierze w ostatnich miesiącach wojny mogli dostawać się do niewoli i padać ofiarą egzekucji?
Rozwiązanie zagadki tkwi w ambicjach marszałka Koniewa. Nie chciał on być gorszy od dowodzących innymi frontami rywali – Żukowa i Rokosowskiego. I jak oni pragnął zaznaczyć się w miejscu największej sowieckiej chwały, czyli w zdobywanie Berlina. Z tej przyczyny, wraz ze wszystkimi swoimi wartościowymi siłami, pędził ku stolicy III Rzeszy. Wrocław uznał za teren peryferyjny, co najwyżej drugorzędnego znaczenia, który i tak zapewne sam się podda, kiedy już skapituluje Berlin. Do zdobywania dolnośląskiej stolicy wyznaczył więc 6. Armię dowodzoną przez gen. Głuzdowskiego.
W rzeczywistości armia ta nie spełniała kryteriów związku operacyjnego. Złożona głównie z Ukraińców dopiero co zmobilizowanych na Wołyniu (swoją drogą warto spytać, co nieco wcześniej ci Ukraińcy na Wołyniu robili) prawie w ogóle nie była wyposażona w broń ofensywną. Służyła bowiem jako „armia tyłowa” na zapleczu frontu przygotowująca teren na wypadek kontrofensywy przeciwnika. Zajmowała się głównie kopaniem transzei, uzbrojona była przede wszystkim w działa przeciwpancerne a niezbędnych do zdobywania miast czołgów miała mniej, niż na lekarstwo. Koniew uznał, że ze strony dobijanych Niemiec kontrofensywa już nie grozi a tym samym słaba „armia tyłowa” może zająć się zdobywaniem Wrocławia.
Kardynalny błąd tej decyzji polegał na złamaniu zasady, której oczywistość znana była starożytnym. Już wodzowie antyku wiedzieli, że siły atakujących twierdzę muszą być przynajmniej trzykrotnie większe od sił obrońców. Tymczasem armia gen. Głuzdowskiego nie stanowiła potencjału większego od załogi Festung Breslau. Miała więcej artylerii, amunicji, mogła liczyć na jakieś uzupełnienia, ale większość z jej żołnierzy nigdy wcześniej nawet nie widziała większego miasta. Z tak dużym jak Wrocław niemal wszyscy spotykali się po raz pierwszy. W przeciwieństwie do czerwonoarmistów większość Niemców była doświadczonymi żołnierzami, do tego świetnie orientującymi się w bezliku ulicznych zakamarków. Starcie takich potencjałów musiało więc przeobrazić się w zmagania długotrwałe, krwawe i straszliwie niszczycielskie.
Sowieci szybko zorientowali się, że dysponując takim a nie innym orężem najwięcej osiągną podkładając ładunki wybuchowe, atakując miotaczami ognia oraz pokrywając kolejne połacie miasta zmasowanym ogniem artyleryjskim. Tym sposobem przestawały istnieć nie tylko kwartały zwartej zabudowy, ale też nawet cmentarze. Wiązało się to z obrazami istnego pandemonium. Okolice cmentarzy pełnych świeżych pochówków, po przemieleniu setkami wielkokalibrowych pocisków, tonęły w rozkładających się zwłokach. Na zdobywców czekały kamienice – pułapki wylatujące w powietrze w chwilę po ich zdobyciu. Sposobem na zmniejszenie strat w szeregach czerwonoarmistów miały być ciężkie pancerze w założeniu mające chronić przed ostrzałem. Doszło więc i do ataków przeprowadzanych przez ludzi z wyglądu podobnych do średniowiecznych rycerzy. Śmiertelność wśród odzianych w takie zbroje nie była jednak mniejsza.
W ostatnich dniach marca pojawiła się nowa możliwość zadania twierdzy potężnych ciosów. Niedaleko Wrocławia wylądowała jedna z ostatnich dostaw ciężkich amerykańskich bombowców, przyznanych Sowietom w ramach programu Lend Lease. Z braku dostatecznie wyszkolonych załóg nie skierowano ich do operacji berlińskiej. Zapadła decyzja o użyciu ich do zmasowanych bombardowań Wrocławia. Od stycznia nie oszczędzano miastu ataków powietrznych, ale wówczas zaistniała możliwość zrzucenia bomb z setek maszyn. Z każdej po prawie trzy tony przy każdym locie. A że Sowieci wdarli się już głęboko w dzielnice południowe i zachodnie – za cel wskazano im „las kościelnych wież” w sercu miasta. W efekcie z kilkunastu średniowiecznych świątyń wielkich zniszczeń uniknęły zaledwie dwie. Większość historycznej zabudowy Starego i Nowego Miasta – przestała istnieć.
W ostatnim miesiącu walk wykrwawiona armia gen. Głuzdowskiego zdolna była do nacierania z jednego tylko kierunku – przez zachodnie dzielnice miasta. Intensywność starć była tam taka, że po nowoczesnej zabudowie północnych i południowych Popowic nie ma dziś choćby śladu. Potem piekło rozpętało się na Przedmieściu Mikołajskim – najgęściej zabudowanej i najludniejszej części miasta. Setki jej wielopiętrowych kamienic wyglądały okazale, ale drewniane stropy i szachulcowe ściany okazały się świetną pożywką dla huraganowych pożarów. Z tysięcy budynków przetrwały pojedyncze ostańce, z kilkunastu kościołów – ani jeden.
2 maja 1945 padł Berlin a jego zdobywcy w kolejnych dniach przyjmowali meldunki, że Festung Breslau nadal stawia opór. Pomimo sprzeciwu gauleitera Hanke i części sztabu dowodzący obroną gen. Niehoff decyzję o kapitulacji przeforsował być może w ostatnim na to momencie. Niejedno bowiem wskazuje na to, że wśród sowieckich marszałków świętujących dobicie stolicy Hitlera nastrój radości coraz bardziej ustępował zniecierpliwieniu ciągle niedobitym Wrocławiem. Rzucenie przeciw niemu sił ściągniętych do operacji berlińskiej sprawiłoby, że z dolnośląskiej stolicy nie ostałby się kamień na kamieniu. 6 maja Niehoff podpisał jednak akt kapitulacji. A jako ostatni akord niemieckiej historii Wrocławia być może zapamiętać powinniśmy dwie gilotyny z więzienia przy ul. Kleczkowskiej, ścinające głowy jeszcze wiele godzin po poddaniu miasta. Aż do pojawienia się w pobliżu pierwszych sowieckich oddziałów…
Dla każdego wrocławianina lektura „Festung Breslau. Anatomia bitwy” musi być przeżyciem absolutnie wyjątkowym. Książka zaopatrzona w mapy sztabowe z podziałem miasta na kwartały umożliwia prześledzenie dantejskich scen, do jakich dochodziło w każdym niemal zakątku. Wszystkie znane nam fragmenty współczesnego Wrocławia wypełnia obrazami toczonych w nich walk, rozlanej krwi, scenami często apokaliptycznymi. A wszystko to nie dzieło pisarskiej wyobraźni, lecz benedyktyńskiej erudycyjnej roboty, owocem której jest dzieło arcyważne dla świadomości tego, czym jest i co przeżył Wrocław.
Nic też bardziej od tej księgi nie uzmysławia rozmiarów spustoszeń i radykalizmu dziejowej cezury, z jakimi mieliśmy w stolicy Dolnego Śląska do czynienia w roku 1945.