Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o gen. Kazimierza Sosnkowskiego, zapewne odpowiedzi nie byłyby godne podziwu. Stało się tak, bo przez wiele lat postać ta żyła w cieniu medialnym innych „ważniejszych”, które zapisały się w naszych dziejach. Tym samym Kazimierz Sosnkowski trafił do szeregu zapomnianych polityków, bowiem miał czelność domagać się należnych Polsce praw i zobowiązań. I mieć własne zdanie w wielu ważnych kwestiach. I co było istotne, potrafił logicznie uzasadniać swoje racje.
Gen. Kazimierz Sosnkowski, o czym należy pamiętać, był zarówno czynnym żołnierzem, „ostrzelanym” podczas obu światowych wojen i wojny z bolszewikami w 1920 roku, jak i aktywnym politykiem. Do tego Naczelnym Wodzem w latach 1943-44 i jednym z czołowych przywódców emigracji niepodległościowej po zakończeniu wojny.
Trudno określić, na ile na jego działania miał wpływ Józef Piłsudski, z którym Sosnkowski blisko współpracował. Najpierw tworząc Związek Walki Czynnej i Związek Strzelecki, potem, kiedy przez parę miesięcy przebywał tak jak Komendant w magdeburskiej celi. Rozmowy z „Dziadkiem”, wspólna gra w szachy oraz analiza wydarzeń międzynarodowej i krajowej polityki, musiały rzutować na kształtowanie postaw obu działaczy niepodległościowych. Piłsudski doceniał zaangażowanie Sosnkowskiego w sprawy narodowe.

Podczas Wielkiej Wojny, Kazimierz Sosnkowski został powołany na szefa sztabu I Brygady Legionowej. A kiedy Polska wybuchła w 1918 roku, Sosnkowski został mianowany dowódcą Generalnego Okręgu Warszawskiego, z generalską nominacją. W okresie przedmajowym, czyli przed 1926 rokiem, pełnił funkcje wiceministra i ministra spraw wojskowych oraz dowodził Armią Rezerwową podczas wojny z bolszewikami. Był jednym z rzeczników udzielenia pomocy powstańcom śląskim w 1921 roku, angażował się w budowę portu Marynarki Wojennej w Gdyni. Towarzyszył Piłsudskiemu podczas wizyty we Francji w 1921 roku, podczas której podpisana została polsko-francuska konwencja wojskowa, współredagowana przez Sosnkowskiego. Był też przedstawicielem Polski przy Lidze Narodów, a w Genewie przewodniczył komisji wojskowej podczas Międzynarodowej Konferencji Pokojowej dotyczącej handlu sprzętem wojennym.

Podczas zamachu majowego w 1926 roku stał po stronie Piłsudskiego. Nie udało się Sosnkowskiemu cofnąć rozkazu swego następcy, kiedy ten wydał polecenie ściągnięcia do Warszawy jednostek z Poznania, by wesprzeć wojska rządowe. Ten fakt sprawił, że Kazimierz Sosnkowski, człowiek honoru, uznał niesubordynację swego zastępcy za swoją winę i próbował popełnić samobójstwo. Na szczęście nieudane. A jednostki z Wielkopolski i tak nie przybyły, bowiem Polska Partia Socjalistyczna, wierna Piłsudskiemu, ogłosiła strajk na kolei, co uniemożliwiło przewóz wojska. Po chwilowej przerwie, Sosnkowski powrócił do czynnej działalności wojskowej i politycznej.
Kiedy Adolf Hitler zwyciężył w wyborach w Niemczech, Piłsudski z uwagą wsłuchiwał się w głosy płynące z Berlina. Zrozumiał, że za fasadą „szczęśliwych Niemców” kryją się nieszczęścia innych narodów, także narodu polskiego. Jako polityk – realista, dążył do „niemieckiego rozminowania”, by uniemożliwić realizację tych planów. Podjęto rozmowy z Francją – na czele delegacji stał gen. Sosnkowski – nad wspólną polsko-francuską akcją wojskową, zwaną wojną prewencyjną, gdyby wojska niemieckie zechciały wkroczyć do zdemilitaryzowanej Nadrenii. Niestety, inicjatywa Piłsudskiego odbiła się od zamkniętych drzwi Paryża, który nie dostrzegał niemieckiego niebezpieczeństwa. Ten brak francuskiej reakcji sprawił, że Piłsudski, ale też inni polscy politycy dostrzegli potrzebę szukania innego rozwiązania dla niemieckiego niebezpieczeństwa. Dlatego zaczęto dążyć do podpisania polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy. Akt o nieagresji podpisano w 1934 roku. A Piłsudski zalecał, by w ewentualnym konflikcie, Polska stanęła w szeregu ostatnich państw. Jak się już wkrótce okazało, ten głos Marszałka nie mógł zostać zrealizowany, stała się wielka tragedia Polski i milionów Polaków.

Śmierć Józefa Piłsudskiego w maju 1935 roku postawiła pod znakiem zapytania dalszą jedność obozu sanacji. Pojawiły się rysy, a następnie duże szczeliny w spoistości środowiska piłsudczyków, co prowadziło do wzajemnych animozji i walk frakcyjnych. A wszystko to na chwilę przed wybuchem wojny. Zanim wojna wybuchła, wśród części polityków sanacji nastąpiło otrzeźwienie. Pojawiła się inicjatywa powołania swoistego Rządu Jedności Narodowej, w składzie której mogliby zasiąść politycy z obozu przeciwników sanacji. Sosnkowski miał objąć funkcję wicepremiera i osoby koordynującej pracami gospodarki wojennej. Inicjatywa upadła, wojna stała sią faktem, a Sosnkowski jako dowodzący trzema dywizjami piechoty wchodzącymi w skład Armii Karpaty starał się dotrzeć do Lwowa. Na wieść o wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej przekroczył granicę z Węgrami. Rozpoczął się nowy etap jego życia i działalności.
30 listopada 1939 roku Prezydent Władysław Raczkiewicz przez radio wygłosił deklarację, w której m.in. stwierdził: „W ramach konstytucji kwietniowej postanowiłem te jej przepisy, które uprawniają mnie do samodzielnego działania wykonać jedynie w ścisłym porozumieniu z Prezesem Rady Ministrów. Postanowienie to nie tylko zamierzam wykonywać osobiście, lecz tę moją wolę przekazałem również gen. Kazimierzowi Sosnkowskiemu wyznaczonemu przeze mnie na następcę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w razie opróżnienia się urzędu Prezydenta przed zawarciem pokoju”.
Był to wielki zaszczyt, wynikający z postawy i zaangażowania w sprawach politycznych i wojskowych Sosnkowskiego. Funkcję tę Kazimierz Sosnkowski pełnił do sierpnia 1944 roku.
W stanie wojny był przede wszystkim żołnierzem. Podjął wyzwanie tworzenia struktur wojskowych w warunkach okupacji. Kiedy został komendantem Związku Walki Zbrojnej, domagał się przerzucenia go do Polski, bowiem na miejscu chciał kierować pracami struktur wojskowych. A kiedy odmówiono mu, zrezygnował z tej funkcji. Uważał, że jako dowódca powinien być na miejscu działania struktur podziemia. Nie tylko po to, aby mieć możność szybszego reagowania, ale przede wszystkim, aby samemu dać przykład codziennej pracy w warunkach konspiracji. Kiedy więc nie spełniono tych żądań, uznał swoją misję za zakończoną.
Nie jest wykluczone, że premier Władysław Sikorski celowo odmówił Sosnkowskiemu przerzucenia go do Kraju, by ten tak postąpił. Między oboma politykami nie było chemii. Różnili się w wielu kwestiach. Między innymi w podejściu do Sowietów. Sosnkowski uważał, że wobec ZSRS należy prowadzić twardą politykę. Kiedy pojawiła się koncepcja nawiązania stosunków dyplomatycznych, w wyniku której podpisany został układ Sikorski-Majski, Sosnkowski domagał się od Sowietów jasnej deklaracji o nienaruszalności granicy polsko-sowieckiej, a więc powrotu do sytuacji sprzed 17 września 1939 roku. Ponadto, domagał się, by Sowieci wyjaśnili, co stało się z polskimi oficerami, którzy zostali wzięci do niewoli w 1939 roku. Sikorski zbyt łatwo przechodził nad tymi sprawami do porządku dziennego, na pierwszym miejscu stawiając nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Sowietami. Nie bez znaczenia był pewno fakt, że Brytyjczycy wywierali presję na premiera.
W tym miejscu należałoby zapytać, jaką rolę w tych wszystkich kwestiach odgrywał Józef Rettinger, współpracownik gen. Sikorskiego. Jak zły duch osaczał premiera polskiego rządu, realizował nie do końca jasne zadania, będąc w istocie człowiekiem do specjalnych poruczeń brytyjskiego rządu. A ci, mocno naciskali na Sikorskiego, de facto wypełniając żądania Sowietów. Sowieci zaś wywierali presję na Brytyjczyków, by poskromili Polaków w indagowaniu o polskich jeńców czy o powojenną granicę na wschodzie. Brytyjczykom daleko bardziej zależało na ułożeniu stosunków z Sowietami niż przejmowali się polskimi wątpliwościami. Naciskali więc na Sikorskiego, aby, pomimo braku jasnych sowieckich deklaracji, rząd ucinał tego typu dyskusje i nie dawał pretekstu Sowietom do wyłamania się z Wielkiej koalicji.
Sikorski zatem szukał możliwości pozbycia się Sosnkowskiego z Londynu, oferując mu stanowiska ambasadorów m.in. w Turcji czy w Brazylii. Sosnkowski odmawiał, a Sikorski sam stał się ofiarą swojej polityki, kiedy została ujawniona prawda o zbrodni katyńskiej. Sowieci skutecznie rozegrali kwestię polską, zrywając stosunki dyplomatyczne. W zanadrzu mieli gotowy plan, by tworzyć nową polityczną rzeczywistość w Polsce.
Do dzisiaj nie jest jasne, jak doszło do katastrofy samolotu w Gibraltarze, w której zginął polski premier wraz z towarzyszącymi mu osobami. Czy to była awaria, czy zamach? A jeśli zamach, kto był jego inicjatorem? Nie czas i miejsce na rozpatrywanie tej kwestii, ale można zadać pytanie: dlaczego Brytyjczycy przedłużyli o kolejne kilkadziesiąt lat utajnienie dokumentów ze śledztwa? I dlaczego, akurat podczas tego lotu, w samolocie nie było, zawsze towarzyszącego polskiemu premierowi, Józefa Rettingera? Przypadek?
Po śmierci gen. Sikorskiego 4 lipca 1943 pod Gibraltarem, Kazimierz Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem. Od samego początku Sowieci naciskali na Brytyjczyków, by ci wymusili odwołanie Sosnkowskiego z tej funkcji. Zadanie mieli ułatwione, bowiem nowy premier polskiego rządu, Stanisław Mikołajczyk, jeszcze gorliwiej od Sikorskiego szukał sposobu porozumienia z Sowietami. Widać to było wyraźnie podczas wizyt premiera w Moskwie w lipcu-sierpniu i w październiku 1944 roku. Polski premier starał się u Stalina wymusić zgodę na wspólny rząd z PKWN, utworzony przez Sowietów. Stalin dobrotliwie słuchał, mając w dalekiej powadze plany Mikołajczyka. Sowietom nie zależało na utworzeniu jakiegoś „przyjaznego im państwa”, im zależało na stworzeniu państwa ściśle podległego. Podobnie jak i pozostałych państw w Europie środkowej.
Tym podejściem do sprawy przyszłej Polski premier Mikołajczyk różnił się wyraźnie od Sosnkowskiego. Naczelny Wódz bowiem stał na stanowisku, aby polskie struktury państwa podziemnego nie ujawniały się przed Sowietami, kiedy ci wkraczali na obszar przedwojennej Polski. Sosnkowski we wspólnej Instrukcji Rządu i Naczelnego Wodza z 27 października 1943 roku podjął ten temat, jednak pod wpływem polityków wywodzących się z kręgów Mikołajczyka projekt Sosnkowskiego odrzucono. Jakie były tego konsekwencje? Sowieckie NKWD szybko i łatwo, niczym ryby z saka, wyławiali i odstawiali do więzień sowieckich.
Także w kwestii podjęcia decyzji o wybuchu powstania w Warszawie, ale i całej akcji „Burza”, Sosnkowski miał odmienne zdanie. I tu funkcja gen. Sosnkowskiego, jako Naczelnego Wodza, nie miała zasadniczego wpływu. On sam jako doświadczony żołnierz był przeciwny tej akcji. Wskazywał, że: „w obliczu sowieckiej polityki gwałtów i faktów dokonanych, powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary. Jeśli celem powstania miałoby być opanowanie części terytorium RP, to należy zdawać sobie sprawę, że w tym wypadku zajdzie konieczność obrony suwerenności Polski na opanowanych obszarach w stosunku do każdego, kto tę suwerenność będzie gwałcić. Rozumiecie, co oznaczałoby to w perspektywie, skoro eksperyment ujawniania się i współpracy spełzł na niczym wobec złej woli Sowietów.”
Ale kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, Sosnkowski aktywnie angażował się w akcję niesienia pomocy. Miał plan przerzuceniu do Warszawy Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Ale i te starania były blokowane przez Brytyjczyków. Także zwiększenia lotów z zaopatrzeniem dla walczących w Stolicy, nie znalazły akceptacji rządu Wielkiej Brytanii. Należy przy tym dodać, że także Sowieci odmawiali udzielenia lotnisk polowych po ich stronie dla samolotów alianckich, wykonujących loty z zaopatrzeniem. Wobec takiej postawy „przyjacielskiego Albionu” Sosnkowski pisał 1 września 1944 roku: „Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką. Kampania wrześniowa dała Sprzymierzonym osiem miesięcy bezcennego czasu, a Wielkiej Brytanii pozwoliła wyrównać braki przygotowań do wojny. Samotność kampanii wrześniowej i samotność obecnej bitwy o Warszawę – oto tragiczna I potworna zagadka, której my Polacy odcyfrować nie umiemy na tle technicznej potęgi Sprzymierzonych. Nie umiemy, bo nie straciliśmy jeszcze wiary, że światem rządzą prawa moralne. Brak pomocy dla Warszawy tłumaczyć nam pragną rzeczoznawcy racjami natury technicznej. Wysuwane są argumenty strat i zysków. Skoro jednak obliczać trzeba, to przypomnieć musimy, że lotnicy polscy w bitwie powietrznej o Londyn ponieśli ponad 40% strat, a 15% załóg i samolotów zginęło podczas prób dopomożenia Warszawie. Strata 27 siedmiu maszyn nad Warszawą jest niczym dla lotnictwa Sprzymierzonych. Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, lecz żąda środków walki zobowiązania i umowy sojusznicze. Od pięciu lat zarzuca się Armii Krajowej bierność I pozorowanie walki z Niemcami. Dziś oskarża się, że bije się za wiele i za dobrze. Każdy żołnierz polski powtarzać sobie musi w duchu słowa Wyspiańskiego: podłość, kłam znam/ zanadto dobrze znam.”
Po tych słowach, kiedy raz jeszcze prawda w oczy zakłuła, na skutek nacisku rządu Wielkiej Brytanii i osobiście premiera Winstona Churchilla, politycznej agitacji Rettingera i Mikołajczyka na prezydenta Raczkiewicza, gen. Kazimierz Sosnkowski uznał, że nie może dalej pełnić żadnej funkcji w rządzie i podjął decyzję o odejściu.
Po dymisji gen. Sosnkowski z żoną wyjechali do Kanady. Do 1949 roku Sosnkowski miał zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych i do Wielkiej Brytanii. W Kanadzie z małżonką żyli w skromnych warunkach. Podstawą ich egzystencji stało się niewielkie gospodarstwo, które kupili z własnych oszczędności. Trzymali tam dwa konie, kilkanaście świnek i stado liczące kilkadziesiąt kur. Sosnkowski pisał artykuły do prasy polonijnej, uczestniczył w pracach towarzystw polonijnych. Starał się, by Polonia zachowała jedność w zasadniczych kwestiach. Do końca życia interesował się piłką nożną. Wszak Kazimierz Sosnkowski przed wojną był prezesem Polonii Warszawa. Kibice „Czarnych Koszul” do dzisiaj pamiętają tę postać, inicjując akcję ustawienia pomnika Naczelnego Wodza w Warszawie. A stadion Polonii przy Konwiktorskiej nosi imię gen. Sosnkowskiego. Kazimierz Sosnkowski zmarł 11 października 1969 roku. Jego prochy w 1992 roku spoczęły w podziemiach Archikatedry św. Jana w Warszawie.
Nazwisko Sosnkowskiego w PRL było albo pomijane, albo przedstawiane w negatywnym kontekście. W latach 70. niejaka Urszula Milc Ziembińska (może to pseudonim literacki?) w kryminale „Tajemnica Elizabeth Garden” przywołuje niejakiego Sosnkowskiego (kiedyś to nazwisko coś znaczyło), męża ofiary, zamordowanej przy użyciu szminki, nasączonej trucizną. Ów Sosnkowski od pierwszych kartek kryminału staje się podejrzanym – starszawy lowelas, z wyszukaną elegancją (cokolwiek to znaczy), z wykształceniem niepełnym średnim, żądny spadku. Mieszkanie pełne antyków, wiele z nich uszkodzonych, bądź wręcz połamanych, wśród których „oryginalny ludwik z uszkodzoną nogą, opierający się o puszkę po kawie”. Tylko taki ktoś, budzący wstręt, może okazać się mordercą.
Ale już kilkanaście lat później, w latach 80. wdowa po Naczelnym Wodzu, Jadwiga Sosnkowska, udziela wywiadów w telewizji polskiej, ukazują się artykuły poświęcone generałowi Sosnkowskiemu, oczywiście mocno wyważone w kwestii stosunku do Sowietów, przy jednoczesnym ukazaniu emigracji, w której walki frakcyjne i partyjne są na porządku dziennym. Wdowa chętnie rozmawia z „naczelnym kłamcą historii” – Włodzimierzem T. Kowalskim, autorem trzytomowej i wielce kłamliwej „Wielkiej Koalicji”. To ten sam autor, który w 1980 roku na spotkaniu w Klubie Nauczyciela we Wrocławiu z nauczycielami historii gorąco zapewniał, że „już kłamać nie będzie”. Po czym w swoich materiałach o działalności gen. Kazimierza Sosnkowskiego, dalej kłamał. Ot, taki peerelowski kłamczuszek.