Zjawisko depopulacji nie wywołuje takiego zainteresowania, jak choćby domniemane zmiany klimatyczne. Nie kojarzy się go z dewaluacją wartości, które stanowią o współczesnej cywilizacji europejskiej, a przecież ludzka prokreacja musi mieć sens i cel.
Liczba ludności naszego kraju na koniec lipca wynosiła 37,4 mln – podaje GUS. Na koniec 2024 roku było 37,489 mln, czyli spadek systematycznie postępuje. Przy obecnej sytuacji demograficznej – gdyby nie było szkolnego przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie” – należałoby go wprowadzić, przekazując młodzieży model rodziny jako odpowiedzialny wybór. Tymczasem administracja 13 grudnia proponuje (a właściwie narzuca) edukację seksualną według standardów WHO, skompromitowaną już w wielu krajach.

Nie ulega wątpliwości, że rzeczywistość, w której żyją ludzie, warunkuje ich postępowanie, możliwości działania, preferencje modeli egzystencji. Od ostatnich wyborów sejmowych Polacy żyją w kraju, który jest w światowej czołówce pod względem rosnącego zadłużenia. W trzy lata (2024-2026) przekroczy 1 bln zł – dwa razy więcej niż uczynił to rząd PiS w ciągu 8 lat. Co więcej rośnie bezrobocie (przekroczyło 5,5% i to w miesiącach letnich, kiedy łatwiej o zatrudnienie). Liczba bezrobotnych przekroczyła 860 tys. W takich warunkach niełatwo podjąć decyzję o założeniu rodziny czy posiadaniu dzieci. Niemniej we wrześniu nadal 29% ankietowanych popierało administrację 13 grudnia (brak poparcia – 46%). W poprawę sytuacji gospodarczej wierzyło 36% badanych, a nie wierzyło w nią – 51%.
Z jednej strony zapaść gospodarcza, z drugiej ideologizacja gospodarki (zielone szaleństwo) – ale rządzący wydają się tym nie przejmować. Zajmują się sobą, przepychankami kadrowymi, wyłudzaniem ryczałtów mieszkaniowych i kilometrówek. Ustawodawcy – niepomni zapaści gospodarczej i demograficznej – „pochylają się” nad hodowlą zwierząt futerkowych, ograniczaniem nocnej sprzedaży alkoholu (zamiast likwidacją rekordowej ilości punktów sprzedaży), zakazem trzymania psów na uwięzi, czy kadencyjnością władz samorządowych. Tymczasem – zagrożona zielonym nieładem i nielegalną migracją – tradycyjna cywilizacja europejska pogrąża się w samobójczej inercji. Tak, jak ludzkość uwierzyła w zmiany klimatu, tak nie dostrzega, że cywilizacja rozpada się pod naporem lewactwa. W tej sytuacji prokreacja może nawet wydawać się nieodpowiedzialna. Lepiej przyjąć psa na członka rodziny.
Gospodarka
Okazuje się, że rozwój kolejnictwa też może mieć przyczyny PO-lityczne. Zauważono, że inwestycje komunikacyjne omijają miejscowości, których mieszkańcy głosowali na PiS. Wygaszanie szpitalnych oddziałów porodowych, szczególnie na Podkarpaciu, również pozostaje w związku z preferencjami wyborczymi mieszkańców, tradycyjnie wybierających PiS. W tym przypadku – w sytuacji zapaści demograficznej – cynizm polityczny łączy się z antyludzkim szkodnictwem czy sabotażem etnicznym. Niezależnie od tych okoliczności, nie brakowało przecież sytuacji (okres powojenny, lata osiemdziesiąte), kiedy występował wyż demograficzny. Tak więc, nie tylko warunki gospodarcze określają przyrost ludności.
Niemniej nie są one bez znaczenia. Z badań Autopay wynika, że osoby w wieku 18-34 lat przeznaczają swoje dochody głównie na żywność, mieszkania, chemię domową i transport. Najwięcej kosztuje prowadzenie domu – narzeka na to 57% ankietowanych (wynajem mieszkania, spłata kredytu). Trudno w takiej sytuacji myśleć o posiadaniu dzieci, tym bardziej że 45% badanych mieszka z rodzicami. Niemniej w warunkach tuż powojennych też nie było łatwo „porywać się” na posiadanie dzieci. Jak na razie – pracujemy, żeby Polska dobrze się rozwijała – deklarują PO-litycy. Jest drożej i gorzej – konstatują obywatele-podatnicy.
Prognozy ONZ przewidują, że w 2030 roku liczba ludności naszego kraju zmniejszy się do 37,27 mln, w 2040 do 35,29 mln, a w 2050 do 32,9 mln. Niewesołe perspektywy nie wywołują jednak żadnych refleksji, ani ONZ, ani krajowych. ONZ-etobiurokraci nadal wspierają programy kontroli (de facto ograniczania) populacji, głosząc ostrzeżenia, że przyrost ludności zagraża planecie.
Administracja 13 grudnia rozumuje podobnie, bo rodzenie dzieci w naszych szpitalach jest po prostu nieopłacalne. Zresztą polskie kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo to wielki kłopot, uniemożliwiający samorealizację. Jeszcze w 2017 roku przychodziło na świat ponad 400 tys. dzieci – w tym roku ma być zaledwie 225 tys. Dzietność spadła z 1,44 w 2018 roku do 1,1 obecnie. Program 800+ nie spełnił spodziewanej roli, ale też był dalece niewystarczający. Warto przyjrzeć się rozwiązaniom węgierskim.
Władze tego państwa wdrożyły zwolnienia podatkowe matkom powyżej dwójki dzieci, ograniczono limity oprocentowania kredytów mieszkaniowych, wprowadzono dopłaty dla kupujących pierwsze mieszkanie. Na razie wskaźnik dzietności w tym kraju przekroczył 1,5 dziecka na kobietę. W naszym kraju może być podobnie. Jak na razie „na stole” pozostaje propozycja prezydenta Karola Nawrockiego – zwolnienia z podatku rodzin wychowujących co najmniej dwoje dzieci (do 140 tys. zł na osobę lub 280 tys. zł na parę). Jak na razie administracja 13 grudnia nie podjęła wyzwania.
Kultura antynatalna
Podczas gdy Europa wyludnia się w szybkim tempie, francuski parlament wpisuje do konstytucji prawo do bezpłatnej aborcji. Niszczeniu życia towarzyszy niszczenie tradycyjnej rodziny. Już Marks wspominał w swym „Kapitale”, że patriarchalna rodzina wyzyskuje kobiety. Trzeba je wyzwolić od powinności małżeńskich, rodzicielskich. Aborcja to czołowe osiągnięcie nowoczesnej, postępowej cywilizacji śmierci. Zresztą brak dzieci to dobry uczynek wobec klimatu i planety. W tej sytuacji – wziąwszy pod uwagę fakt, że brukselskie ratowanie klimatu niszczy europejską gospodarkę drogą wygaszania przemysłu, energetyki – przyszłość europejskiej cywilizacji nie ma żadnych perspektyw. W dodatku dzietność europejskich kobiet jest najniższa na świecie, a rozwiązaniem nie jest napływ migrantów – obcych kulturowo, niepracujących i nieintegrujących się z lokalnymi społecznościami.
W lewicowo-liberalnej kulturze i mediach, a takie zdominowały infosferę, tradycyjna rodzina to skamielina nieżyciowych archetypów, niepotrzebnych wartości, a już wielodzietna – to czysta patologia. W takim środowisku kulturowym żyje młode pokolenie. Jeżeli modelu życia, także w rodzinie, nie wyniosą z domu rodzinnego, są narażeni na lewacką pedagogikę, którą usiłują wdrożyć w naszym kraju pogrobowcy komuny. Z tymi ostatnimi konkurują media, szczególnie polskojęzyczne, prześcigające się w dekonstrukcji tradycyjnej rodziny. Lansuje się małżeństwa „otwarte”, programowo bezdzietne (ideologia bezdzietnych z wyboru), tolerancyjne, pełne zrozumienia dla przyrody, zwierząt, czy brukselskich instrukcji i dyrektyw. Życie powinno być przyjemnością, więc hedonistyczna cywilizacja jednorazowego użytku ma szanse realizacji.
Konstytucyjna ochrona życia człowieka staje się fikcją, gdy minister zdrowia wydaje tzw. wytyczne aborcyjne, nakazujące dokonanie aborcji, jeżeli kobieta okaże zaświadczenie od lekarza psychiatry o złym samopoczuciu psychicznym. Służba zdrowia w służbie lobby proaborcyjnego – tak administracja 13 grudnia rozumie swe powinności wobec społeczeństwa. Tymczasem nie jest tajemnicą, że w krajach zachodnioeuropejskich, lepiej rozwiniętych gospodarczo, polskie rodziny wielodzietne nie są rzadkością. Jak widać, standardy życia i opieki medycznej mają swoje znaczenie. Promocję rodziny i wspieranie wielodzietności dostrzegli, co nie było takie trudne, parlamentarzyści z PiS, wnosząc w 2021 roku projekt ustawy o powołaniu Instytutu Rodziny i Demografii, który jakoś utknął w sejmowych zamrażarkach.
Reemigracja
Ponad 20 mln Polaków żyje poza granicami kraju, czyli co trzeci rodak żyje na obczyźnie. Najliczniejsza jest Polonia amerykańska (szacowana na 10 mln), brazylijska (od 800 tys. do 3 mln potomków emigrantów), kanadyjska (ok. 1 mln). W Europie najwięcej Polaków mieszka w Niemczech od 900 tys. do 2 mln, gdzie do tej pory obowiązuje dekret Goeringa z 1940 roku, dyskredytujący Polonię – nie ma statusu mniejszości narodowej, zarekwirowano jej własność: nieruchomości, banki, media. We Francji mieszka ok. 1 mln Polaków, w Wielkiej Brytanii – blisko 700 tys. Do tego trzeba jeszcze doliczyć mieszkających na Kresach II RP, wywiezionych w głąb Związku Sowieckiego.
Jedni na obczyźnie mieszkają od pokoleń, inni od tzw. emigracji solidarnościowej w latach osiemdziesiątych (ok. 800 tys.), jeszcze młodsi – od emigracji Tuskowej w latach dziewięćdziesiątych (ok. 2 mln). Każda fala emigracji to wielka strata dla społeczeństwa, dla gospodarki kraju. Emigranci pozostają w mniej lub bardziej luźnym związku z krajem, często z opuszczonymi rodzinami. Zainteresowanie bieżącymi sprawami też bywa różne. W każdym razie sprawy polityczne nie są obojętne 600 tys. Polaków, którzy brali udział w ostatnich wyborach prezydenckich (w trzech ostatnich kampaniach aktywność elektorska wzrosła o 400%). Nie wiadomo, ilu przebywających na obczyźnie chciałoby wrócić do kraju. W każdym razie procedura sprowadzania rodaków, na przykład z Kazachstanu, trwa 10 lat, choć przy resorcie spraw zagranicznych działa odpowiedni departament.
Przez dziesięciolecia Polska Rzeczpospolita Grubokreskowa nie brała pod uwagę powrotu do ojczyzny ludzi, którzy ją z różnych przyczyn opuścili. Nie rozpatrywano korzyści z powrotu emigrantów, ich potencjału intelektualnego, finansowego czy przedsiębiorczości. Tak jakby dla krajowców rodacy na obczyźnie byli obcymi, niepotrzebnymi – a może konkurentami czy wyrzutem sumienia. W każdym razie debatowano rozlegle o polityce migracyjnej, braku pracowników, o możliwościach asymilacji egzotycznych przybyszy, a nie o moralnej odpowiedzialności państwa wobec rodaków. Wyjątkiem są Akademickie Kluby Obywatelskie, które popierają projekt senatora Grzegorza Biereckiego – „Polska powinna starać się być domem dla wszystkich, którzy czują się Polakami”.
W 2022 roku NIK obliczyła, że na powrót do kraju czekało 8200 Polaków, gdy rocznie przyjmuje się ich 684. W tej sytuacji reemigracja potrwa 20 lat. To skandal. Chyba nasze państwo stać na więcej. Projekt ustawy o repatriantach i osadnictwie senatora Grzegorza Biereckiego proponuje ożywienie i udrożnienie procesu repatriacji poprzez wizy online, akcję osadniczą w województwach o niskim bezrobociu, wykup pustostanów czy też możliwość wykupu mieszkań. W obecnej mizerii demograficznej każdy pomysł jest na wagę złota – byle nie zamarzł w sejmowej zamrażarce. Miejmy nadzieję, że nie przeszkodzi temu powstająca przy prezydencie Rada ds. Polonii i Polaków za granicą.