Jeżeli Monachium było symbolem zdrady Czechosłowacji w 1938 roku przez Zachód, to symbolem zdrady Polski w 1939 roku był Abbeville.
To miasto leżące nad rzekę Sommą w północnej Francji, gdzie 12 września 1939 roku doszło do spotkania przedstawicieli Rady Najwyższej Sprzymierzonych, czyli premierów: Francji – Eduarda Daladiera i Wielkiej Brytanii – Nevilla Chamberlaina, wraz z towarzyszącymi im dowódcami sił zbrojnych. Była to pierwsza z kolejnych konferencja, na której omawiano plany działań sił sprzymierzonych w Europie. Dla Polski spotkanie w Abbeville wiązało się z dramatycznymi skutkami, gdyż tam właśnie szef sztabu generalnego francuskiej armii, gen. Maurice Gamelin, podjął decyzję o wstrzymaniu natarcia na pozycje niemieckie na froncie zachodnim. Decyzję tę motywował z jednej strony brakiem wystarczających środków na prowadzenie takiej operacji, z drugiej zaś, szybkimi postępami niemieckiej armii w Polsce. Decyzje podjęte w Abbeville miały istotne znaczenie dla dalszego ciągu prowadzonych działań wojennych. Tym istotniejszych, że o podjętych decyzjach nie poinformowano polskiej strony.
Marszałek Józef Piłsudski, na wiele lat przed wybuchem II wojny światowej, wypowiadał się krytycznie w kwestii francuskiego przymierza. Między innymi dlatego zalecał następcom, by w razie wojny Polska przystępowała do niej jako jedna z ostatnich. W ten sposób można było łatwiej i skuteczniej osiągnąć najkorzystniejsze warunki pokojowe. Ale czy w 1939 roku mieliśmy taką możliwość? Było kilka scenariuszy, Polska wybrała akurat ten, który w konsekwencji przyniósł Polsce tragiczne rezultaty, jakich nikt przed 1939 rokiem nawet nie rozważał.

Pierwsze konkretne rozmowy sztabowców Polski i Francji dotyczące udzielenia Polsce gwarancji bezpieczeństwa i wynikających z nich działań na froncie zachodnim, podjęto w maju 1939 roku. Wtedy to minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki uzgodnił z gen. Gamelin, że strona francuska uzależni wykonanie klauzuli przystąpienia do działań zbrojnych od dodatkowych umów pomiędzy państwami. Chodziło o termin wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Anglię na trzeci dzień od momentu niemieckiej agresji na Polskę. Natomiast samo przystąpienie do działań zbrojnych miało nastąpić w 15 dni po wypowiedzeniu wojny przez sojuszników. Jeżeli zatem Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom 3 września, obie armie powinny przystąpić do działań najpóźniej 18 września.
Tymczasem dzień wcześniej, 17 września, ruszyła na Polskę Armia Czerwona. Na jeden dzień przed ustalonym atakiem na froncie zachodnim! Przypadek? Nie. Sowiecki wywiad wiedział o ustaleniach zawartych w Abbeville, których nie znało polskie dowództwo wojskowe. Termin sowieckiego ataku nie był więc przypadkowy. Gdyby zachodni sojusznicy Polski – Francja i Wielka Brytania – nie poczynili takich uzgodnień w Abbeville, Sowieci musieliby zweryfikować swoje wcześniejsze ustalenia z Niemcami o podziale wpływów kosztem Polski.

W tym miejscu należy zadać ważne pytanie, czy Zachód realnie myślał o udzieleniu Polsce pomocy na wypadek wojny? Założenia, które znała strona polska były takie, że wojska francuskie, wsparte brytyjskimi, miały przystąpić do ataku na Niemcy z wykorzystaniem sił lądowych i lotnictwa. Takie zapewnienie strona polska otrzymała także od brytyjskiego gen. Edmunda Ironside’a, który w sierpniu 1939 roku przebywał w Warszawie. Generał Ironside był przewidywany na stanowisko dowódcy Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, które miały wspierać wojska francuskie. Jak się jednak wkrótce okazało, w wyniku politycznych przetasowań w Londynie, gen. Ironside stanowiska dowódcy nie otrzymał. Sami zaś Brytyjczycy przyznawali kilka miesięcy przed wybuchem wojny, że: „Jeśli wojna wybuchnie w Europie wschodniej, to ani Francja, ani my nie będziemy mogli udzielić bezpośredniej pomocy ofiarom agresji niemieckiej, chociaż możemy dokonać dywersji, atakując na zachodzie i stosując presję przez akcje na morzu. (…) W przypadku ataku niemieckiego (…) nie moglibyśmy udzielić żadnego skutecznego wsparcia Polsce, Węgrom czy Rumunii.”
Dodając do tego słowa gen. Gamelina z sierpnia tego roku, który stwierdził, że: „Niemcy zmiotą Polaków zanim zdążę podciągnąć na granicę ciężką artylerię wraz z zapasami amunicji”, widać ponury obraz umyślnego braku zaangażowania zachodnich sojuszników. Aż dziwne, że ówczesne władze w Warszawie nie odniosły się do tych wypowiedzi i nie wyciągnęły istotnych wniosków na przyszłość. Inaczej niż Niemcy i Sowieci, którzy wiedzieli, że Zachód pozostawi sojusznika bez pomocy.
Oczywiście można gdybać, dlaczego Francja prowadziła taką politykę, opartą na zakłamaniu i fałszu? Francuska opinia publiczna w 1939 roku o przyjściu Polsce z pomocą militarną, wyrażała się w pytaniu: Czy mamy umierać za Gdańsk? Słowa były pokłosiem artykułu w dzienniku „L’Oeuvre” pod znamiennym tytułem „Mourir pour Dantzig?” (Umierać za Gdańsk?). Tekst ukazał się 4 maja 1939 roku, a jego autor, Marcel Déat, odrzucał myśl, by z powodu Polski wikłać się w wojnę przeciwko Niemcom. Ten sam dziennikarz, który w młodości był aktywnym działaczem socjalistycznym, pod koniec lat 30. stał się gorącym orędownikiem politycznej współpracy Francji i Niemiec. W czasie wojny poszedł dalej, stając się jednym z najbardziej aktywnych działaczy faszystowskich, kolaborujący z Niemcami. Po wojnie został zaocznie skazany na karę śmierci.
Jego polityczne peregrynacje podobne były do losów premiera Francji Pierre Lavala, który najpierw był socjalistą (i jako premier naciskał, by zawrzeć w 1935 roku sojusz z ZSRR), a podczas wojny stać się orędownikiem ścisłej współpracy z Niemcami. Był m.in. odpowiedzialny za wydalenia francuskich Żydów do niemieckich obozów koncentracyjnych. Cienka okazuje się granica między socjalizmem a faszyzmem, by nie wspomnieć casus Benito Mussoliniego we Włoszech, w młodości także socjalistycznego działacza.
Społeczeństwo francuskie nie tylko nie „chciało umierać za Gdańsk”, ono nie chciało kolejnej wojny z Niemcami, mając w pamięci tragizm lat 1914 – 1918. A kiedy po wojnie Francuzi z gorliwością neofitów, szukali kolaborujących z Niemcami, oskarżali wszystkich dookoła, tylko nie siebie. Najbardziej dostało się Stanom Zjednoczonym, których oskarżano o to, że ci pozostawili Francję osamotnioną w 1939 i w 1940 roku – dlatego właśnie, jak tłumaczono, Francuzom nie pozostawiono wyboru i, by ratować się przed katastrofą biologiczną, poszli na współpracę. Takie polityczne zagrywki, pełne fałszu, mogły być konsekwencją braku we Francji elit, w których honor i tradycja odgrywały ważną rolę. Ale cóż się dziwić. Francuska klasa polityczna, która od czasów rewolucji francuskiej w XVIII wieku, kiedy wybito arystokrację, była na wskroś rewolucyjna i lewicowa, nastawiona na doraźne korzyści.
Kolejne pokolenia Francuzów wyrastają w przekonaniu o słuszności i doniosłości Rewolucji Francuskiej z końca XVIII wieku, która pozbawiła Francję elity politycznej. Fakt – była to elita mocno zdegenerowana systemem rządów kolejnych Ludwików, niemniej jednak, arystokracja zachowywała poczucie swojej misji dziejowej. Nowa elita, oparta na gwałcie i rewolucji, swoją misję opierała na niszczeniu „starego” porządku. Jedynie przez krótki moment za Napoleona I próbowano odbudować w społeczeństwie takie wartości, jak honor i tradycja. Po raz kolejny w 1815 roku poniżona postanowieniami Kongresu Wiedeńskiego Francja, nie odbudowała do dzisiaj tamtych wartości i swojej wielkości. W okresie międzywojennym była zapatrzona w bolszewicką Rosję, a po II wojnie światowej – w Związek Sowiecki. Przychodziło jej to łatwiej niż innym, bowiem bolszewickie hasła trafiały na „urodzajny”, bo rewolucyjny grunt. Nawet kiedy prezydentem był Charles de Gaulle, który, co widać było w jego „Pamiętnikach” z czasów wojny, starał się wskrzesić honor, dumę i wielkość polityczną Francji, nie ustrzegł się zapatrzenia i zbliżenia do Sowietów i swojej antyamerykańskiej fobii.
„Obrona strategiczna” – to ostateczne ustalenia podjęte przez sprzymierzonych 12 września 1939 roku w Abbeville. Bardziej wyrazistym stało się określenie „dziwna wojna”. Jakie były jej konsekwencje? Dla Polski tragiczne. A dla Francji? Parę miesięcy później niemieckie wojska potrzebowały zaledwie dwóch tygodni, by rozbić siły sprzymierzonych. Społeczeństwo francuskie jakoś szybko przeszło nad tym faktem do porządku dziennego. Godnym polecenia są Andrzeja Bobkowskiego „Szkice piórkiem”, w których autor trafnie prezentuje społeczeństwo francuskie w obliczu tamtych wydarzeń. Oto jedno z nich: Jedynie kobiety francuskie mają odwagę powiedzieć czasem na głos, że „nasi uciekali i nie chcieli się bić”, a jak się powie Polak, to patrzą od razu jak na bohatera. „Wy biliście się – Warszawa nie chciała się poddać, ale wy byliście słabi. Ale Francja… to wstyd!”