Politycy i dziennikarze dostrzegli na PGE Narodowym w Warszawie flagę UPA. W jednej chwili rozgorzała debata o symbolice ukraińskich nacjonalistów. Mnie jednak w tym wydarzeniu bardziej niż sama dyskusja zaintrygował fakt zauważenia tej flagi. Do tej pory takie symbole widywali jedynie nieliczni – zazwyczaj określani mianem „oszołomów”, „rewizjonistów”, „ukrainożerców”, a ostatnio także „ruskich onuc”.
Do zdarzenia doszło 9 sierpnia 2025 roku, podczas koncertu białoruskiego rapera Maksa Korża na stadionie PGE Narodowym. Na trybunach pojawiła się czarno-czerwona flaga – symbol Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jej obecność wywołała falę oburzenia i błyskawiczną reakcję służb. W wyniku zamieszek na stadionie zatrzymano ponad sto osób, obwinionych o rozmaite wykroczenia i przestępstwa.
Środowiska kresowe, w tym wrocławskie Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, od lat apelowały o wprowadzenie penalizacji banderyzmu. Przez długi czas jednak kolejne rządy nie widziały w tym ani poważnego problemu, ani realnego zagrożenia. Dziś, w obliczu rosnącej świadomości społecznej i kolejnych incydentów, nagle wszyscy zaczynają się oburzać i mówić o „nowym” zjawisku. Tymczasem nie jest to nic nowego, kult Stepana Bandery na Ukrainie rozwija się bez przeszkód i protestów od lat 90. XX wieku. Nie brakuje jednak głosów ukrainofilskich komentatorów, którzy próbują nadawać banderowskiej fladze inne, „pozytywne” znaczenia, na przykład symbolu walki z Rosją.
To podejście jest całkowicie błędne, porównywalne do twierdzenia, że swastyka była symbolem walki z ZSRR, a sierp i młot znakiem sprzeciwu wobec nazizmu. Czarno-czerwona flaga pozostaje emblematem zbrodniczej ideologii, którą posługiwali się sprawcy ludobójstwa. Nie ma i nie może być dla niej żadnych „nowych” znaczeń – jest na zawsze splamiona krwią niewinnej ludności cywilnej. I nic tego faktu nie zmieni. Tak jak nie powinniśmy nigdy akceptować „nowych znaczeń” banderowskiej flagi, tak samo nie możemy bezrefleksyjnie przyjmować tłumaczeń, że Ukraina „nie ma innych bohaterów”. Twierdzenie takie jest w istocie obrazą dla samych Ukraińców – sugeruje bowiem, że w narodzie tak licznym i o tak bogatej, różnorodnej historii, nie ma postaci bardziej godnych pomników niż międzywojenni terroryści i zbrodniarze wojenni. Ale też stanowi moralnie wątpliwą próbę relatywizacji historii, która stawia w centrum perspektywę kata, zamiast pamięci i cierpienia ofiar.
Z problemem kultu UPA na terytorium Rzeczpospolitej będziemy musieli zmierzyć się jeszcze nieraz. Gdybyśmy działali odpowiedzialnie i powstrzymali jego rozwój dekady temu, dziś nie musielibyśmy zmagać się z jego skutkami. Tymczasem wciąż nie wyciągnęliśmy z przeszłości żadnej lekcji, czego koronnym przykładem jest zwrot „w Ukrainie”. Niby drobnostka, niby niewinna zmiana „co ci szkodzi powiedzieć „w Ukrainie” zamiast „na Ukrainie?” – a jednak pokazuje brak świadomości historycznej i kulturowej, który ułatwia relatywizację przeszłości.
Sami uprawiamy banderowską propagandę, świadomie lub nie, gdy zastępujemy zwrot „na Ukrainie” zwrotem „w Ukrainie”. To pozornie drobna zmiana językowa, ale jej konsekwencje są dalekosiężne. Zwrot „na Ukrainie”, w myśl krytyków tego językowo poprawnego zwrotu, ma subtelnie sugerować polską dominację nad Ukrainą. To rzekomy dowód na to, że Rzeczpospolita była okupantem ziem ukraińskich, dokładnie tak, jak przedstawiała to w swoich materiałach propagandowych OUN. Dlatego, aby potępić i odciąć się od naszej kolonialnej przeszłości oraz wyrazić Ukraińcom należny szacunek, powinniśmy używać zwrotu „w Ukrainie”.
W ten sposób w języku codziennym, mediach czy debacie publicznej wkrada się narracja, która relatywizuje polską obecność i podważa historyczne fakty. Pozornie niewinna różnica słów staje się narzędziem subtelnej manipulacji historycznej, umożliwiającą reinterpretację przeszłości i umniejszającą odpowiedzialność sprawców. To przykład, jak łatwo język może kształtować pamięć zbiorową, a przez niedbałość w słowach sami stajemy się współtwórcami propagandy ideologii, która siała śmierć i cierpienie.
Ktoś może pomyśleć, że człowiek, który tak postrzega sprawę, jest przewrażliwiony i wyolbrzymia problemy. Ale czy nie tak samo mówiono o tych, którzy w przeszłości wywieszali czarno-czerwone flagi? Nasza odpowiedzialność moralna i etyczna nie powinna pozwalać na bierność i brak refleksji.