Darka poznałem na początku obecnego wieku. Przyjeżdżał od czasu do czasu do Wrocławia, przywożąc swoje „zakazane” książki, które oddawał w komis zaprzyjaźnionym księgarniom. Jedną z nich była księgarnia znajdująca się na wrocławskim dworcu PKP. I tam się poznaliśmy.
Już wtedy był osobą „zadżumioną”, przez środowiska „politycznej poprawności”, w szczególności zaś nazywane siebie szumnie „naukowymi” albo „uniwersyteckimi”. Zadżumienie Darka było na tyle silne, że „powszechnie szanowany autorytet” Władysław Bartoszewski w czasopiśmie „Wprost” stwierdził: „Człowiek taki jak pan Dariusz Ratajczak, który otwarcie głosi w Polsce poglądy zaprzeczające masowej eksterminacji Żydów w Oświęcimiu powinien stanąć przed wymiarem sprawiedliwości.”
Prof. Andrzej Zoll, także „powszechnie szanowany prawnik”, uważał, że: „Kara jaka go spotkała, to zdrowy objaw społeczny”. W lipcu 2000 roku ten profesor prawa, pisał: „Ci, którzy powołują się na wolność słowa, broniąc prawa do głoszenia takich poglądów, jakie zawarł w swej broszurze Dariusz Ratajczak, muszą pamiętać, że nieograniczona wolność słowa to pożywka dla przyszłego dyktatora. I dzisiaj trzeba przeciwko wypowiedziom łamiącym tabu protestować. Potem może być za późno.” Ten sam Andrzej Zoll, znany specjalista od dawania tzw. dobrych rad (czego przykładem było „doradzanie” marszałkowi Szymonowi Hołowni w kwestii „zalegalizowania” wyboru Karola Nawrockiego na urząd Prezydenta RP), kiedy wybuchła sprawa „kłamstwa oświęcimskiego”, radził aby „Ratajczak wyjechał”.
Inny „powszechnie szanowany publicysta”, Andrzej Osęka piszący „jedynie słuszne” felietony w „jedynie słusznych” pismach, radził, by autora „Tematów niebezpiecznych”: „mijać, nie podawać ręki”. Jako że ani właściciele księgarni, ani ja nie byliśmy „jedynie słusznymi” wyrazicielami tamtych poglądów, braliśmy książki Darka, by je rozprowadzać, a nawet, o zgrozo, rozmawialiśmy z Autorem.
Darek okazał się być sympatycznym i otwartym człowiekiem, który sam był zdumiony zakresem fali nienawiści, jaka wytworzyła się po opublikowaniu zbioru esejów. Książka „Tematy niebezpieczne” ukazała się w jednym z opolskich wydawnictw w 1999 roku w niewielkim nakładzie i stała się przyczyną ataków na autora. Publikacja jest zbiorem esejów omawiających pomijane albo marginalizowane tematy historyczne. Jednym z nich była prezentacja poglądów tzw. rewizjonistów Holokaustu. Badacze ci, poddają w wątpliwość cały szereg utrwalonych twierdzeń związanych m.in. z wielkością i zakresem zbrodni, jaka dotknęła Żydów podczas II wojny światowej. Dr Dariusz Ratajczak w publikacji prezentował poglądy tamtych badaczy. Rozwijając te wątki, w książce „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne” (Kociaty, Nowy York 2001), pisał:
Rewizjoniści Holokaustu, czy tylko ci bardziej wątpiący, są historyczną i społeczną rzeczywistością. Mamy prawo zgadzać się z nimi lub nie, aby jednak zająć własne stanowisko, należy poznać to wewnętrznie zróżnicowane (światopoglądowo, ideologicznie, nacyjnie, rasowo) środowisko. Jest to przecież warunek konieczny merytorycznej dyskusji; dyskusji pozbawionej zacietrzewienia lub kończącej się na sali sądowej.
Dlatego też powodowany uczciwością historyka przytaczam wypowiedzi (również streszczenia wywodów) kilkunastu ludzi, którzy kwestionują istnienie komór gazowych w niektórych niemieckich obozach koncentracyjnych, zaprzeczają oficjalnej wersji Holocaustu lub protestują przeciwko wykorzystywaniu – ich zdaniem – tej niewątpliwej tragedii, do celów bieżącej polityki. Zapewne rozumny człowiek zaznajomiony z oficjalnie i powszechnie przyjętą wersją wydarzeń, sam wyciągnie odpowiednie wnioski. Z korzyścią dla prawdy historycznej.
Bez względu na walory badawcze przytaczane przez autorów określanych rewizjonistami Holokaustu, „salon” uznał, że Ratajczak uderza w „sacrum”, czyli w świętości, które „maluczkim” uderzać nie tylko nie przystoi, ale jest zabronione. Bo „sacrum” należy czcić, nie podważać, broń Boże atakować. Samo zaś wątpienie w ustanowione „sacrum” stanowi atak, a więc winno być wyeliminowane ogniem i mieczem. Świętością zaś wówczas było twierdzenie m.in. że w obozie koncentracyjnym w Auschwitz mordowano Żydów i przede wszystkim Żydów. Przy okazji mordowano także inne narodowości, ale głównie Żydów. Jakoś wówczas nie przebijał się do szerszej wiedzy fakt, że pierwszymi więźniami osadzonymi w Auschwitz było ponad siedmiuset Polaków, których przywieziono z Tarnowa 14 czerwca 1940 roku.
Ratajczak przytoczył w wypowiedzi jednego z rewizjonistów: „Centrum Holocaustu jest Oświęcim. Centrum oświęcimskiego Holocaustu jest Brzezinka [to dlaczego Żydzi rzucili się na żwirowiskowe Krzyże? – DR]. Centrum Holocaustu w Brzezince są krematoria II i III. Do „komór gazowych” w tych krematoriach nie można było wrzucić cyklonu B, gdyż nie było opisywanych przez świadków otworów wrzutowych w dachu. Tym samym legitymizacja Republiki Federalnej Niemiec upada [w Niemczech rewizjoniści Holocaustu są ścigani prawnie; władze niemieckie od 65 lat trudnią się represjonowaniem „politycznie niepoprawnych”. To taka teutońska specyfika – DR], ponieważ nie było dziur w dachu.”
Autora „Tematów niebezpiecznych” pozbawiono pracy na uczelni opolskiej, na której był uznawany za autorytet wśród studentów i innych pracowników. Był nim do czasu, gdy wokół dr Ratajczaka nie zaczęła się zagęszczać atmosfera. Po atakach medialnych na autora niewielu przyznawało się do znajomości z nim. Wytoczono mu proces sądowy o tzw. „kłamstwo oświęcimskie”. Proces zakończył się w 2001 uznaniem winy oskarżonego, jednocześnie odstąpiono od kary ze względu na „nieznaczny stopień szkodliwości społecznej czynu”. Postępowanie sądowe umorzono warunkowo na rok. Jednym z powodów odstąpienia od kary był fakt, że do momentu wytoczenia procesu sprzedano… pięć książek.
Środowisko naukowe pozbawiło dr Dariusza Ratajczaka możliwości pracy w szkolnictwie. Jak na ironię, kiedy nagonka na autora stała się faktem, jego książki były coraz bardziej poszukiwane przez czytelników. Inna sprawa, że księgarnie nie chciały robić sobie kłopotów i jego książek nie sprzedawano. Dla Darka wyrok bez kary nie zakończył jego problemów, był raczej ich kontynuacją. Nazwisko przewijało się w mediach, co sprawiało, że przestał być postacią anonimową. Ta wątpliwa popularność sprawiła, że trudno mu było znaleźć pracę. Jakąkolwiek. Ktoś zatrudnił Darka do pracy w magazynie za kilkaset złotych. Najgorsze było to, że atakowano także jego najbliższych, rodzinę. W 2007 w „Gazecie Wyborczej” pod wielce wymownym tytułem „Kłamca nie ma już siły” autorka publikacji pisała, że Ratajczak byłby skłonny się pokajać:
Jestem rewizjonistą, bo uważam, że Holocaust był okropnym wydarzeniem w historii ludzkości, ale dotknął i Żydów, i Ormian, i Polaków, i Japończyków. XX wiek był okropieństwem i nie można jego tragedii dzielić na nacje.
– Kwestionuje pan istnienie komór gazowych i twierdzi, ze cyklon B służył do dezynfekcji?
– Absolutnie nie! To głupoty!
– Żałuje pan dzisiaj, że napisał te książkę?
– Nie, bo jako naukowiec miałem obowiązek prezentować różne poglądy. Mój błąd polegał na tym, że w tej publicystycznej, a nie naukowej pozycji nie napisałem, że cytuje rewizjonistów. Naprawiłem to w drugim wydaniu w 2005 roku. Sądzę, że reakcja przyjaciół, społeczeństwa, uczelni na to, co zrobiłem, była niewspółmierna do tego, co zrobiłem. (…)
– To jak by pan tę książkę dziś napisał?
– Dziś to bym jej w ogóle nie napisał. Bardzo utrudniła mi życie. Wpisano mnie w szablon antysemity. Niesłusznie, ja jestem liberalnym konserwatystą, ale nikt nie chce o tym ze mną rozmawiać. Zastanawiam się, czy moje życie nie jest katastrofą. Bo jestem sam, straciłem pracę, przyjaciół, żonę, dzieci.
Do tej wypowiedzi, w szczególności odnoszącej się do ostatniego fragmentu, podchodzę ostrożnie. Wszak ja sam w rozmowach pytałem Darka, czy nie żałuje tamtej publikacji. Machał ręką i mówił, że jest historykiem i najbardziej żałuje, że zawiódł się na kolegach z uczelni i środowisku historyków. Raczej był zdziwiony medialnymi atakami za poglądy naukowe. Żal mu było rodziny, małżonki i dzieci, które były narażone na pytania i okazywaną wrogość w swoich środowiskach. Zaszczucie Darka było tak wielkie, że on sam szukał dla siebie miejsca i pomysłu na dalsze życie. Nie znalazł.
W dniu 11 czerwca 2010 roku znaleziono jego ciało w samochodzie zaparkowanym pod jednym z centrów handlowych w Opolu. Po śmierci dr Dariusza Ratajczaka pojawiły się wpisy. Niektóre sugerowały, że Darek popełnił samobójstwo, inne, że zmarł na skutek przedawkowania alkoholu. Warto, a nawet należy przytoczyć słowa osób, które oddawały sens jego postawy. Jak zwykle trafnie ujmował to publicysta Stanisław Michalkiewicz:
Ponieważ dr Dariusz Ratajczak z uporem podtrzymywał wersje wydarzeń historycznych sprzeczne z podanymi do wierzenia przez Ministerstwo Prawdy, mogło ono wezwać w sukurs Ministerstwo Miłości, dla którego skłonienie nieboszczyka znajdującego się w stanie daleko posuniętego rozkładu do prowadzenia samochodu, nie stanowi, jak wiadomo, najmniejszego problemu.
Zbigniew Rutkowski, w latach 80. działacz podziemia, bibliofil, publicysta i społecznik, który miał szczęście znać Darka Ratajczaka, wspominał:
Miewał lepsze i gorsze momenty swego życia, jak każdy z nas, ale zawsze z optymizmem patrzył w przyszłość. Informacja o jego rozchwianiu psychicznym i samobójstwie jest dla mnie ewidentnym fałszem. Dowodem tego jest książka, którą trzymacie Państwo w ręku – „Tematy śmiertelnie niebezpieczne” („Jak to się robi w Norwegii”). Byliśmy umówieni z Darkiem, iż na przełomie czerwca i lipca odbierze w Poznaniu swoją autorską część nakładu tej książki. Kto na miesiąc lub dwa tygodnie przedtem (zależy, kiedy przyjmiemy datę śmierci Darka) odbiera sobie życie? Darek podchodził do każdej kolejnej książki jak do narodzin swego nowego dziecka. Czy mógłby się targnąć na swoje życie na miesiąc, dwa tygodnie przed odbiorem swej najnowszej książki?
Właśnie, czy Darek mógł targnąć się na swoje życie? Oczywiście nie znam w pełni Jego rozterek, jakie mógł mieć w ostatnim okresie życia. Wiem natomiast, że z godnością i podniesioną głową przyjmował kolejne bolesne razy. I niewielu próbowało Mu podać pomocną dłoń. Jednym z nich był Józef Białek, wydawca czasopisma „Opcja na Prawo”, w którym Darek miał możność publikowania swoich artykułów, no i zarabiania na nader skromne życie.