U początku nowego pontyfikatu
W imieniu nowego Ojca Świętego, który przybrał imię Leona XIV, odczytujemy nawiązanie do papieża Leona XIII, a więc tego, który w swoim czasie oficjalnie zainicjował nowoczesną katolicką naukę społeczną, opisując ją na kartach swej encykliki „Rerum novarum” z roku 1891. Leon XIII przez niektórych złośliwie był nazywany czerwonym papieżem, a to dlatego, że wstawiał się za wyzyskiwanymi robotnikami. Podobnie i nasz kardynał August Hlond, prymas Polski z okresu międzywojennego, był złośliwie nazywany czerwonym biskupem, jako syn ubogiego kolejarza i propagator katolickiej nauki społecznej. Co ważne, obaj ci hierarchowie nie zadawalali się samym tylko dbaniem o funkcjonowanie katolickich dzieł charytatywnych, bo widzieli, jak potrzebne będzie głębokie ewangelizacyjne przeoranie całego życia gospodarczego i społecznego.
Przypomnijmy tu słowa Roberta Schumana, polityka, którego proces beatyfikacyjny się toczy: „Osobliwy jest brak zrozumienia misji chrześcijaństwa i ograniczanie jej jedynie do praktyk religijnych i charytatywnych. Wręcz przeciwnie, przynajmniej z powszechnego punktu widzenia, chrześcijaństwo jest doktryną, której zamiarem jest ustalenie moralnych powinności na każdym polu. Będąc dalekim od przypisywania sobie bycia niezawodnym remedium na praktyczne problemy, w których wybór powinien być dyktowany przez sposobność – a już wspominaliśmy o tym w odniesieniu do państwa i jego instytucji – Kościół jest zatroskany o ochronę najważniejszych ludzkich interesów: wolności, godności i prawa do wypełnienia swojego powołania. Sprzeciwia się on wszystkiemu, co mogłoby to utrudnić”.

Aby zagwarantować wolność, godność i prawo do wypełniania swojego powołania nie wystarczy ani papieska encyklika, ani deklaracja konferencji biskupów. Tu potrzebne jest odważne, konsekwentne i cierpliwe zaangażowanie szerokich kręgów wiernych świeckich, działających tak na polu polityki, jak i we wszelkich miejscach życia gospodarczego, społecznego i publicznego. Nie jest tak, że Kościół coś ma nam załatwić. To my mamy być Kościołem. I tu warto sobie choćby pobieżnie wyliczyć, jakim Kościołem mamy być, łącząc to z nadzieją, że następca Leona XIII dalej będzie stawiał drogowskazy wytyczające kierunki społecznego i politycznego zaangażowania katolików.
Potrzebujemy Kościoła, który nie tyle wyznacza wiernym zakres obowiązków, co raczej mocno się angażuje w ich trwający całe życie duchowy rozwój. W zbyt dużym stopniu wewnątrz Kościoła panuje liberalne przekonanie, że ludzie postępują racjonalnie, zawsze dla własnej korzyści. To tymczasem jest nieprawdą. Jeżeli ludzie nie poustawiają dobrze swych spraw duchowych, to sami sobie bardzo szkodzą, dokonując złych wyborów i stając się dla innych bardziej kłopotem niż pomocą.
Kościół musi stale zachęcać ludzi świeckich do prowadzenia we własnych sercach walki duchowej po to, aby coraz bardziej urzeczywistniali to, co jest istotą chrztu świętego, czyli uczestniczenie w trojakiej misji Jezusa Chrystusa – prorockiej, kapłańskiej i królewskiej. Kościół musi stale podpowiadać ludziom świeckim, że Bóg każdego z nich powołuje, i to powołuje nie do bycia biernym konsumentem, ale do bycia tym, kto służy, sam będąc odbiorcą miłości. Następnie mamy dalej przekazywać tę miłość innym, pełniąc rozmaite role, a w tym rodzinne i zawodowe.
Kościół musi stale uświadamiać ludziom świeckim, że pozostają w przymierzu z Bogiem jako wspólnota, nie jako zatomizowane jednostki, i jako ta wspólnota mają pokonywać drogę rozwoju, analogicznie do tego jak Izrael pokonywał drogę przekraczając Morze Czerwone i pustynię. Kościół służy narodom w tym, aby ich rozwój budował coraz bardziej chrześcijańską kulturę, pomagającą poszczególnym osobom przyjmować zdrowe, prawdziwe postawy, ułatwiające prowadzenie nigdy niekończącej się walki z grzechem.
Jak długo panuje liberalne przekonanie, że ludzie postępują racjonalnie, zawsze dla własnej korzyści, tak długo brakuje determinacji, by wspierać rozwój tak samych osób, jak i całych społeczności. Z tego rodzą się małe i wielkie problemy gospodarcze, społeczne i polityczne, a w tym zjawisko ubóstwa. W ramach myślenia liberalnego rozwiązanie problemu ubóstwa polega na tym, by przekazywać stosownie wysokie kwoty finansowe w ramach akcji charytatywnej. Nie zauważa się tego, że gdyby dobrze pomagać ludziom w ich rozwoju duchowym, wówczas krok po kroku coraz mądrzej będą organizowane gospodarki i społeczności, w skali tak lokalnej, jak i globalnej, przez co pomniejszać się będą systemowe przyczyny popadania ludzi i grup społecznych w ubóstwo. W analogiczny sposób ludzkości łatwiej będzie zmagać się z rozmaitymi wyzwaniami i problemami, a w tym z kryzysem ekologicznym.
Jak długo panuje przekonanie, że ludzie postępują racjonalnie, tak długo rodzić się będzie gniew względem ludzi, że tak wiele spraw wygląda źle, co rodzi ciągoty, by w ramach inżynierii społecznej ludziom narzucać to, co rzekomo nowoczesne, a równocześnie traktować ich de facto jako problem, z sięganiem po takie środki pomniejszania tego „problemu” jak aborcja i eutanazja.
Tymczasem gdy zacznie się postrzegać ludzi jako toczących nieustającą walkę duchową we własnych sercach, wówczas rodzi się nie tyle gniew, co współczucie, a zarazem chęć wspierania tych ludzi. To właśnie jest droga prowadząca do wyobraźni miłosierdzia. Wedle tej wyobraźni widzimy swoją równość w tym, że każdy człowiek jest grzeszny i niedoskonały, zaś potrzebujemy wzajemnej współpracy i solidarności po to, by rekompensować własne deficyty.
Święty Augustyn uczył, że ludzkie serce jest niespokojne tak długo, dopóki nie spocznie w Bogu. Nie ma tu nic o rzekomym jednorazowym załatwieniu wszelkich spraw na prawniczej mocy aktu chrztu. Mamy nadzieję, że papież Leon XIV, były zakonnik augustianin, będzie prowadził Kościół ku rozwijaniu wszelkich możliwych sposobów wspierania ludzi świeckich w ich trwającej całe życie wędrówce ku jednoczeniu się z Bogiem, wedle najlepszych wskazań św. Augustyna – dla budowania już tu, na ziemi, w wymiarach gospodarczym, społecznym i politycznym zaczątków Państwa Bożego.
Papież Leon XIII jako pierwszy pchnął Kościół na drogę służby społecznościom wyzyskiwanym w ramach systemu dzikiego kapitalizmu. Potrzebujemy, by papież Leon XIV nadał społecznemu nauczaniu Kościoła dynamikę, pokazując, jak zazębiać życie duchowe z rozwojem ludzkim i społecznym, a przez to nadając chrześcijanom tę rolę względem świata, jaką w pojedynczym człowieku pełni dusza.
Poprzedni papież, Franciszek, ubolewał nad tym, że w skali globalnej kultura odrzucenia przeważa nad kulturą troski. Byłoby dobrze, aby nowy papież, Leon XIV, podjął systematyczne działania mogące zmieniać układ walk frontowych na tej wojnie kultur, zarazem wskazując, że fronty tej wojny przebiegają przez pojedyncze ludzkie serca i tu się decydują sprawy pokoju na świecie.
Kościół nie ma być biernym obserwatorem tych spraw, czy też ich surowym recenzentem, ale właśnie pierwszoplanowym czynnikiem zabiegającym o to, by duchowo-społeczna formacja ludzi świeckich ograniczała skalę kultury odrzucenia, zaś poszerzała zakres obejmowany przez kulturę troski. Aby wypełnić życzenia papieża Franciszka, w tym o poprawę losu ubogich, trzeba na poważnie sięgnąć do Ewangelii, nie zadowalając się tym, że wspólnoty kościelne dbają o wysoki poziom uczuć swoich członków, lecz ucząc świeckich chrześcijan, by odważnie stawali się obrońcami życia, prawdy, wolności i dobra wspólnego.
Podczas swojej pierwszej homilii, jeszcze w Kaplicy Sykstyńskiej 9 V 2025, papież Leon XIV powiedział: „Rozpoczynam moją misję biskupa, który jest w Rzymie, powołanego do przewodzenia w miłości Kościołowi powszechnemu, zgodnie ze słynnym stwierdzeniem św. Ignacego z Antiochii. On, wysłany w kajdanach do tego miasta, miejsca swojej zbliżającej się ofiary, pisał do chrześcijan, którzy się tam znajdowali: wtedy będę naprawdę uczniem Jezusa Chrystusa, kiedy nawet ciała mego świat widzieć nie będzie. Odnosił się do tego, że zostanie pożarty przez dzikie zwierzęta w cyrku, i tak się stało, ale jego słowa odnoszą się w szerszym sensie do zobowiązania nieodzownego dla każdego, kto pełni w Kościele posługę władzy: zniknąć, aby pozostał Chrystus. Stać się małym, aby On był poznany i uwielbiony. Poświęcić się do końca, aby nikomu nie zabrakło możliwości poznania go i kochania.”
Tutaj papież Leon XIV przywołał postać św. Ignacego, który zginął śmiercią męczeńską pożarty przez dzikie zwierzęta na arenie rzymskiego Coloseum. Jeśli misja, jeśli ewangelizacja ma się dokonywać poprzez pokazywanie światu świętości, to trzeba się liczyć i z męczeństwem. Wszyscy zaangażowani katolicy o tym zresztą wiedzą, bo nieraz spotykali się ze swojego rodzaju odrzuceniem czy represjami tam, gdzie stawali jako ludzie sumienia.
Tą drogą idźmy, i niech to stanie się drogowskazem na całość nowego pontyfikatu. Warto się stawać małym, aby sobą nie przesłaniać Jezusa. Nie patrzeć, ile się ma lajków, nie gwiazdorzyć. Po prostu dobrze służyć.