Dość mam już słuchania, jak to jesteśmy niesprawiedliwie traktowani i prześladowani przez Unię Europejską. Jak nas oszukują, wykorzystują, jak nam wprowadzają obce ideologie, jak psują nam dzieci i drenują gospodarkę.
Czy my jesteśmy jakimś pastwiskiem, na które każdy może przyprowadzić swoje krowy, które wyżrą trawę i zostawią g… nawóz?
Jakbyśmy nie mieli własnego rozumu, własnych celów ani odwagi, by je realizować. U siebie robić swoje. Prowadzić stałe rachunki, wyliczenia, co nam się opłaca, a co nie. Unia Europejska narzuca nam coś, czego nie możemy zaakceptować? To won z Unią Europejską. Amerykanie grożą ustawą 447. Zainteresujmy się szwedzkimi samolotami w miejsce amerykańskich.
PiS przez osiem lat wprowadzał niemal wszystkie dyrektywy UE nieustannie biadoląc, jak to jest dla nas niekorzystne. Jednocześnie deklarował przywiązanie do tejże unii i że z niej nie wyjdziemy, choćby nie wiem co, bo w badaniach wychodził im nieustannie euroentuzjazm w społeczeństwie. Czy to labidzenie to był tylko teatrzyk przed nami – wyborcami? Czy politycy prawicy tak naprawdę są przekonani, że z unii jest więcej korzyści niż strat, więc trzeba coś poświęcić, ale trwać w tym układzie?
No to niech nam to wyjaśnią i nie traktują jak półgłówków.
Obecny układ rządzący robi to samo, tylko jeszcze bardziej, w dodatku z uśmiechem i w podskokach. Uwagę swoich zwolenników koncentruje na „dorzynaniu watah”. Dodatkowo wzmacnia swój przekaz o konieczności integracji europejskiej, bo z jednej strony Putin, a z drugiej Trump.
Czy my mamy jakąś własną myśl polityczną? Własną drogę rozwoju? Plan dalekosiężny, strategię na dziesiątki lat do przodu? Wygląda na to, że obie strony nieszczęsnego duopolu mają swoich protektorów – jedni Amerykanów, drudzy Niemców, więc nie muszą za wiele myśleć. A Amerykanie i Niemcy mają nas tam, gdzie słońce nie dochodzi, bo są normalnymi państwami, które realizują swoje cele strategiczne. A my drepczemy w miejscu. W dodatku po każdych wyborach z grubsza 1/3 narodu jest w euforii, 1/3 w rozpaczy, a 1/3 na emigracji wewnętrznej.
Słuchałem niedawno bardzo interesującego wywiadu z Witoldem Modzelewskim na Przekanale. Modzelewski trochę ironicznie, a trochę poważnie powiedział, że musimy chronić naszą klasę polityczną przed nią samą. Żeby się wzajemnie nie zagryźli. Bo nie mamy innych polityków. Ludzie, wbrew pozorom, nie garną się do polityki. Jeśli ktoś ma „łeb na karku”, to zajmuje się swoim biznesem, zarabia pieniądze. Polityka jest niewdzięczna i stresująca. Bywa też niebezpieczna. Dlatego jakość klasy politycznej jest coraz niższa.
Teza Modzelewskiego stoi w kontrze do popularnych bonmotów w rodzaju „wszyscy won”, albo „PiS, PO jedno zło”. Bo to, co efektownie brzmi – zwykle jest błędne. Gdyby poważnie potraktować takie wezwania i pozbyć się jedynych doświadczonych politycznie ludzi, to w polityce międzynarodowej będziemy jak dzieci we mgle.
Następnego dnia słuchałem w Radiu Wnet wywiadu Krzysztofa Skowrońskiego z Jackiem Bartosiakiem. Bartosiak przedstawił spójną wizję polityki zagranicznej i powiedział interesującą rzecz, która zgrała się ze wspomnianą tezą Modzelewskiego. Otóż to, co jest teraz potrzebne, to zakończenie wyniszczającej wojenki wewnętrznej, pojednanie klasy politycznej w imię poważnych wyzwań i otwierających się możliwości dla Polski.
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale – jak można przeczytać na zielonych banknotach – „In god we trust”. Nie traćmy więc nadziei.