W połowie lat 30. ubiegłego wieku prasa w Polsce rozpisywała się o skandalu, który dotyczył nastoletnich paniczów pochodzących z pewnego znamienitego kresowego rodu.
Młodzieńcy zabawiali się okradając zaproszonych gości. Nie robili tego z biedy. Na co dzień mieszkali w mieście, chodzili do prywatnej szkoły, a podczas wakacji jeździli „do wód”, zwiedzali europejskie kurorty. A w przerwach, „dla sportu”, uszczuplali dobytek znajomych rodziców z drobnych kwot, czasami z biżuterii.
Goście po pewnym czasie zorientowali się, że ktoś ich „smyka”, kładli to jednak na karb przypadkowego zagubienia. I proceder trwałby w najlepsze, gdyby nie pokojówka, która zauważyła skradzione przedmioty w czasie sprzątania pokoju. Zorientowała się, kto był sprawcą owych kradzieży. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego nie powiadomiła „swoich państwa”, może sama chciała dla siebie coś zyskać, trzymając w szachu „paniczów”. W każdym razie pewnego dnia zniknęła z domu. Było to wkrótce po kolejnej akcji kradzieży. Podejrzenie padło na pokojówkę, która do tej pory nie dawała najmniejszych nawet powodów do oskarżeń.
Zawiadomiono policję, szukano jej po okolicach, ale żadnego śladu nie znaleziono. Do czasu. Kradzieże także ustały, więc sprawa była dla policji i domowników jasna. Kilka miesięcy później, przypadkiem, odkryto zwłoki pokojówki w jednej ze studni leżących w obrębie pałacu. Policja ponownie wszczęła dochodzenie. Już po kilku dniach zatrzęsły się okoliczne dwory. Sprawcami byli panicze!
Skandal szybko rozprzestrzenił się na cały kraj. Dziennikarze mieli o czym pisać. Ci z pism lewicowych nie zostawiali suchej nitki nad stanem moralnym „rodowych”. Dziennikarze związani z prawicą oskarżali sanacyjny system wychowawczy – wszak młodzieńcy większą część przebywali w szkołach w mieście, pod opieką pedagogów. W prasie konserwatywnej, związanej z ziemiaństwem, starano się uderzać w tło ówczesnego świata, które pod wpływem „nowinek” kulturowych traciło tradycyjne wartości. Wszyscy zaś głośno utyskiwali nad stanem moralnym młodzieży. Oskarżano więc młodzież o kosmopolityzm, o bankructwo moralne, o brak zapału do nauki i pracy, o utratę chęci odnajdywania swoich dróg życiowych itp. itd.
Minęło kilka lat. Nadszedł czas wojny i okupacji. Młodzież, którą wcześniej gremialnie obarczano wszelkimi winami, tłumnie stawała w szeregi wojska we wrześniu 1939 roku. Młodzi ludzie sami szukali możliwości walki z okupantami. Pisząc te słowa w pamięci mam fragment z książki Stanisława Wasylewskiego „Lwów”, wydanego w 1931 roku:

Jeszcze miesiąc temu zbierał znaczki pocztowe, cieszył się na saneczki i ślizgawkę, kopał piłkę, klął koniugacje i szkołę austriacką. Mamusi nie słuchał często, pana profesora z reguły. Z dumą doszywał co roku nowy srebrny pasek na kołnierzu, z dwóch przedmiotów wykazany całkowicie, z jednego do większej pilności. Dopiero w listopadzie 1918 zdał egzamin. Lecz co się teraz stało, co się w tobie stało chłoptasiu? Nie boisz się? Naprawdę! Ani trochę? Popatrz, wszakże major Płut usłyszawszy strzały zaszył się w pokrzywę. Fredrowski Papkin wybiegnie z dziarską miną na wroga, gdy go już nie będzie, a ty sam jeden z węgłów kamienicy, z karabinem dwa razy większym od szanownej osoby. Łobuzie jeden, czemu tupiesz obcasami o żabicę chodnika? Łobuz tupie dlatego, żeby wróg myślał to cała kompania ciągnie z sąsiedniej ulicy z odsieczą. Jak to się stało, jakim cudem obudziłeś w sobie lwa? Bo przecież nic się nie zmieniło. Te same oczy pustackie i swawolą tak samo na lekcji. I rumieniec na gębinie, jak wtedy, gdy go wywołało zdobycie drogocennej marki (znaczka pocztowego). Zła nota z obyczajów groziła mu w ubiegłym półroczu i teraz nie lepiej. Zdobyli we trzech karabin maszynowy, lecz trzymają się dalej na pozycji. Choć jest stanowczy rozkaz odwrotu. Polskę mają w źrenicach i dumne słowa na ustach: „Mamusiu, mamusiu!”.
To fragment odnoszący się do młodych „Lwowskich Orląt”, które chwyciły za broń w 1918 w obronie polskiego Lwowa. Taka sama młodzież dwadzieścia lat później stanęła pospołu do walki przeciwko Niemcom i Sowietom. W obronie Warszawy i Grodna. A w czasie okupacji niemieckiej – jak „Alek”, „Rudy” i „Zośka” z Szarych Szeregów, uwiecznieni w książce Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” – położyli głowę, bo im się śniła niepodległa Polska.
Duch walki o wolną Polskę był tak duży, że 5-letni Jędrek spod Zakopanego, próbował uciec z domu do partyzantów. W rękach dzierżył siekierę większą od siebie. Złapany przez matkę, na pytanie, po co mu siekiera, odparł: „Zarębiem Miemca”. To niewiele starsi od niego w polskich miastach malowali na ścianach kotwice – znaki Polski Walczącej, a doroślejsi z bronią w ręku walczyli w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie nie złożyli broni, walcząc z okupantem sowieckim. Albo szukali dla siebie miejsca wszędzie tam, gdzie można było znaleźć skrawek wolnej Polski.
Potem, w latach osiemdziesiątych XX wieku, uczestniczyli w protestach zakładając antykomunistyczne organizacje w szkołach czy na uczelniach. To także ci, co dzisiaj pamiętają o ważnych dla Polski rocznicach, często sekowani za swoje poglądy, za swój patriotyzm, którego się nie wstydzą. Nazywani łobuzami, kibolami, a nawet bandytami czy faszystami. Są niepokorni. Ale czy obrońcy Lwowa, Grodna, Warszawy byli pokorni?

„Pokorne ciele dwie matki ssie” – przysłowie, które każe być spolegliwym wobec możnych i ważniejszych tego świata. Młodzi nie są spolegliwi, czując sercem Polskę, szukają w niej swego miejsca. Zawsze są, kiedy Polska ich potrzebuje. To jest domena młodości. W tym miejscu przypomnę słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego o swojej młodości: W dzieciństwie moim ciągle szeptano mi w uszy tak zwane mądre przysłowia: „Nie dmuchaj pod wiatr”, „Głową muru nie przebijesz”, „Nie porywaj się z motyką na słońce”. Doszedłem potem do wniosku, że silna wola, energia i zapał mogą te właśnie zasady złamać. I obecnie, kiedy stoimy wobec wielkich zadań dalszej budowy państwa polskiego, właśnie potrzeba nam ludzi, którzy potrafią tej starej mądrości i tych słów się przeciwstawić.
A co z tymi „paniczami”, jak potoczyły się ich losy? Swemu rodowi przysłużyli się niesławą. Ze względu na zbyt młody wiek, a może i skuteczne zaangażowanie obrońców, no i gotówka papy, sprawiły, że nie trafili do więzienia. Przez kilka lat byli w jednym z zakładów poprawczych, gdzie próbowano ich resocjalizować. Jak wiele szumowin tamtego czasu, uwolniła ich wojna. Papa raz jeszcze okazał się być „dobrym papą” i wysłał synków do Szwajcarii. Wojnę spędzili poza Polską. Nie próbowali włączyć się do walki o wolną Polskę. Prowadzili jakieś podejrzane geszefty. Dalej obrzucali błotem swoje szacowne nazwisko rodowe, które w przeszłości miało nie tylko takie indywidua.
Zmarli gdzieś w zapomnieniu i w niesławie. Ich haniebny czyn stał się pożywką dla komunistycznej ideologii.