Straszą wojną, ale boją się szkolić rezerwistów

Politycy opowiadają o nadciągającym zagrożeniu i możliwej wojnie z Rosją, lecz polski system obronny coraz bardziej przypomina dekorację z konferencji prasowej. Rezerwiści dostają przydziały bez zadań, ćwiczeń praktycznie nie ma, a państwo zdaje się bardziej obawiać mobilizacji obywateli niż samego kryzysu. W efekcie między wojenną retoryką a rzeczywistymi przygotowaniami rośnie przepaść, której nie zasypią ani nowe czołgi, ani kolejne efektowne prezentacje w PowerPoincie.

Premier Donald Tusk ostrzega, że Rosja może zaatakować Polskę nawet w ciągu kilku miesięcy. W mediach słyszymy o „największym zagrożeniu od dekad”, o konieczności budowy odporności państwa i przygotowania społeczeństwa na trudne czasy. Problem polega na tym, że między tymi dramatycznymi deklaracjami a rzeczywistością zieje przepaść większa niż lej po rosyjskiej bombie FAB.

Piszę to jako żołnierz rezerwy z przydziałem mobilizacyjnym. Formalnie jestem elementem systemu obronnego państwa. W praktyce mam jednak wrażenie, że państwo samo nie bardzo wie, po co właściwie mnie tam wpisało.

Najpierw dostałem przydział do brygady pancernej w Świętoszowie. Tyle że szkolenie odbywałem jako radiooperator. Potem przeniesiono mnie do brygady obrony terytorialnej, ale już bez konkretnego stanowiska czy sprecyzowanych zadań. Innymi słowy: w razie wojny mam się stawić, a później najwyżej ktoś zdecyduje, czy mam obsługiwać radio, czołg czy może ekspres do kawy w sztabie.

Najbardziej pamiętam jednak rozmowę podczas wręczania przydziału mobilizacyjnego. Oficer Wojskowego Centrum Rekrutacji uspokajał mnie, żebym „się nie martwił”, bo ćwiczeń raczej nie będzie. I to jest chyba najlepsze podsumowanie polskiej polityki obronnej.

Państwo mówi obywatelom: „wojna może być za chwilę”. Jednocześnie do rezerwisty mówi: „ale spokojnie, szkolić pana nie będziemy”.

Przecież to absurd. W krajach, które naprawdę poważnie traktują bezpieczeństwo, rezerwa jest regularnie ćwiczona. Finlandia co roku organizuje szkolenia dziesiątek tysięcy rezerwistów. Nawet państwa bałtyckie intensywnie rozwijają szkolenia obywatelskie i systemy mobilizacyjne. Także wojna na Ukrainie pokazuje, że najważniejszym „zasobem” nie jest nowoczesny sprzęt, tylko ludzkie ręce, które ten sprzęt obsłużą. Tymczasem w Polsce człowiek odnosi wrażenie, że największym zagrożeniem dla systemu byłby obywatel, który faktycznie nauczyłby się czegoś użytecznego.

Od lat słyszymy o gigantycznych zakupach uzbrojenia. Czołgi z Korei. Himarsy. Apache’e. F-35. Tylko że nowoczesna armia to nie katalog sprzętu i efektowne zdjęcia z defilady. Armia działa wtedy, gdy istnieje sprawny system mobilizacji, logistyki i szkolenia rezerw. A tego właśnie najbardziej brakuje.

Bo czym właściwie jest dziś polska rezerwa? Ilu ludzi zna swoje zadania? Ilu wie, gdzie ma się stawić? Ilu przeszło realne ćwiczenia w ostatnich latach? Ilu potrafi współdziałać w pododdziale? Ilu ma aktualne przeszkolenie medyczne? Ilu potrafi obsługiwać nowoczesny sprzęt? Państwo chyba woli tego nie sprawdzać, bo mogłoby się okazać, że ogromna część systemu istnieje głównie na papierze.

W Polsce uwielbiamy tworzyć „strategie”, „doktryny” i „koncepcje odporności państwa”. Gorzej z praktyką. Obrona cywilna przez lata praktycznie nie istniała. Schronów brakuje. System alarmowy jest niewydolny. Rezerwiści nie ćwiczą. A jednocześnie politycy opowiadają o nadchodzącym zagrożeniu tonem zwiastującym rychły koniec świata.

To trochę tak, jakby kapitan statku ogłaszał alarm o nadciągającym sztormie, po czym uspokajał załogę: „Ale spokojnie, ćwiczeń ewakuacyjnych nie będzie, żeby się państwo nie stresowali”.

Trzeba uczciwie przyznać, że możliwości szkolenia istnieją. Są „Wakacje z wojskiem”, dobrowolna służba wojskowa i różne kursy organizowane przez armię. Chętnych nie brakuje – wielu ludzi naprawdę chce zdobywać umiejętności i przygotować się na kryzys. Problem pojawia się później. Po kilku tygodniach szkolenia trafiają często do tej samej zapomnianej rezerwy: bez regularnych ćwiczeń, jasnych zadań i realnego utrzymywania gotowości. Państwo potrafi dziś zachęcić obywatela do wejścia do systemu, ale dużo gorzej radzi sobie z jego późniejszym wykorzystaniem.

I właśnie dlatego coraz trudniej traktować poważnie te wszystkie dramatyczne wystąpienia. Bo państwo, które naprawdę obawia się wojny, przygotowuje ludzi. Państwo, które ogranicza się do konferencji prasowych i uspokajania rezerwistów, buduje raczej armię powerpointową niż realny system obrony. Cóż się dziwić, że niektórzy rozważają opcję – może faktycznie lepiej spakować plecak ewakuacyjny i dać nogę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *