Nie da się ukryć – i ja się ukrywał nie będę – że jak żyję, tak jestem zamieszany w politykę i w sztukę. Zdawałoby się (co poniektórym ponurym ignorantom), że są to tak bardzo odmienne i wrogie sobie żywioły, iż w żaden mądry sposób nie da się ich w jednej osobie połączyć. Wprawdzie Platon chciał wygnać poetów z projektowanego przez siebie państwa, ale byli to trochę inni poeci niż chociażby taki Zbigniew Herbert (którego zresztą z chęcią pozbyliby się nasi politycy swego czasu).
Tak pewnie myśleli Roman Werfel (1906-2003) i prof. Jerzy Falenciak (1910-1986), sekretarze KW PZPR we Wrocławiu, gdy w 1960 roku – nie bez odrobiny niejasnej sympatii do mojej młodej osoby – powtarzali: zrozumcie Makarewicz, że życie i polityka to nie kabaret. Abyłem wtedy znany we Wrocławiu jako aktor kabaretu „Kalamburek”, gdzie odgrywałem postać patronalną – Edula. Edul był „prymusem gębą całą” i, jak to prymus, karmił się spirytusem i miał „dziurek sześć”.

Dzięki wyrozumiałości tych „towarzyszy” wróciłem na studia artystyczne, lecz na pewien czas rozstałem się z polityką i z kabaretem. A jednak nie udało się w życiu, już jako tako dojrzałym, uniknąć motywacji artystycznych i pozbywać się tych politycznych. I te i te będą mi towarzyszyć przez całe życie.
Trzeba przyznać – powiada – że Muzy odpowiedziały na wezwanie. – Naturalnie odparłem – przecież są Muzami! (Platon, Państwo, VIII, 547A)
Wprawdzie nie najlepiej znoszę wysokie temperatury, ale myśl francuskiego filozofa przemogła moje obawy i we wrześniu ubiegłego roku, postanowiłem towarzyszyć mojej drogiej przyjaciółce, pani Barbarze, w jej wyprawie na Majorkę. Zastanawiałem się bowiem: Czy możliwe, abyśmy oddychali tym samym, co George Sand i Chopin, powietrzem wąskiego ogrodu w pobliżu szczytów Valdemosa, atmosferą, w której oboje wadzili się ze sztuką? Nigdy nie łudziliśmy się, że choćby częściowo należymy do zastępu tych świetnych postaci. I nawet nie życzyliśmy sobie tego ryzykownego szczęścia. (Etienne Gilson, Szkoła Muz, Warszawa 1965)
Mieszkania Chopina zamienionego na niewielkie, ale starannie prowadzone muzeum, strzegła kustoszka, jak się okazało Ormianka, z którą mogłem swobodnie porozmawiać w języku znanych mi poetów Puszkina i Jesienina. Wróciwszy do Wrocławia spakowałem nieco drobiazgów i wyjechałem na obchody 80-lecia Liceum im. Stanisława Dubois w Koszalinie, której to uczelni jestem dumnym absolwentem. Bo w tamtym „czasie marnym”, gdy byłem jej uczniem, poeci byli niepotrzebni. Ale w tych murach odzyskaliśmy utracone nasze ojczyzny, a także naszą Itakę. Z głębokości polskiej tradycji płynęły słowa naszych poetów i żywy polski język naszych nauczycieli. Cześć ich pamięci!

To stąd, z tych wydm nadmorskich, wyruszyłem w świat z doświadczeniem teatru (szkolnego) i nieco później Teatru Eksperymentalnego. Jak również teatru politycznego: Polskiego Października, wieców na placach i pochodów na ulicach, debat w kawiarniach, w czasie rajdów w lasach i w klasach. Polityka. Wtedy dwóch kolegów (Jerzy Patan i Jerzy Jachowicz) znalazło się w areszcie. Podobno rozpowszechniali nieprawomyślne ulotki. Ale milicja nie mogła znaleźć świadków potwierdzających rozpowszechnianie. Wyrok umarzający sprawę był spektaklem z rzęsistymi brawami na zakończenie.
W czasie festynu pierwszomajowego, w przerwach między tańcami, recytowałem satyryczne, groteskowe opowiadania Sławomira Mrożka, jak „Szkoda, że państwo nie mogą tego zobaczyć”.
Patrząc z innego wymiaru (z pominięciem wskazań filozofii realistycznej) wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że sztuka i polityka to sfery radosnej twórczości. Sztuka to gra o „nowe epifanie piękna” (list Jana Pawła II do artystów), a polityka to znajdowanie mądrych sposobów na realizowanie dobra wspólnego (zajrzyj do Arystotelesa). I tak zapewne jest w istocie.
Filozofia to raczej próba opisu rzeczywistości. Nauka to nie to samo, co czyste wyobrażenia, poezja nie byłaby jednak najlepszym przewodnikiem dla polityka. W tym właśnie, czyli w RÓŻNICY pomiędzy istotą tego, co chcielibyśmy określać jako SZTUKĘ, a zatem twórczość artystyczną, i w tym, co wypadałoby określać, jako POLITYKĘ, czyli twórcze współdziałanie osób we wspólnocie dla moralnie godnych celów – a dostępną doświadczeniu bardzo różną PRAKTYKĄ – zawiera się ów „potwornościowy wymiar” i sztuki, i polityki.

Tkwiąc od młodości po uszy w sztuce i w polityce miałem wgląd również w ich „wymiar potwornościowy”. Przykład może niezbyt filozoficzny, ale prawdziwy to rozmowy z przestępcami, gdy przydarzyło mi się spędzić nieco czasu w ich towarzystwie we wspólnej celi (zaprowadziła mnie tam polityka). Dwaj złodzieje, jeden stary (może 50 lat), drugi młody (może 22). Oto ten młody złodziej chełpił się swoim rzemiosłem, stary zaś chciał go jakoś zmitygować, wskazując na bezsens takiego życia, którego sam doświadczył. Chciał, na ile mógł, odwieść drugiego człowieka od tego w czym sam tkwił i nawet nie bardzo widział już dla siebie drogę wyjścia.
Morał z tego wynikał taki, że jeśli już mnie samemu nie udaje się zmienić swego życia na lepsze, niech przynajmniej inni, jakoś za moją przyczyną, zyskają taką możliwość. Taki to był „dobry łotr”. Gdybyż więcej ich było!
Przedstawiciele młodszego pokolenia mają inne niż moje doświadczenia. I oto mamy dwa teksty ważnego ich reprezentanta. Antoni Libera (pisarz, tłumacz, znawca twórczości Samuela Becketta) pyta w miesięczniku „Wszystko co Najważniejsze”: Komu potrzebna jest Polska? (WcN, nr 74, 2026) i konkluduje: Polska jako państwo, naród – z jego ponad tysiącletnią historią, tradycją i kulturą – na pewno niepotrzebna jest Rosji ani Niemcom, a szerzej: Europie Zachodniej pod patronatem brukselskiej nomenklatury. (…) Polska potrzebna jest większości naszej wspólnoty, czyli owym ponad 80 proc. populacji, a to w danej chwili oznacza blisko 32 miliony polskich obywateli. Ale Polska potrzebna jest również odszczepieńcom – wbrew ich mniemaniu i deklaracjom – a mianowicie po to, by mieli dokąd wrócić, gdy przekonają się, że w „zjednoczonej Europie” zawsze będą obywatelami drugiej kategorii. Jeśli się straci ojczyznę i nie ma się własnego domu, prędzej czy później zostaje się pariasem, parobkiem, niewolnikiem.
Natomiast o sztuce i poezji, a nawet szerzej – o kulturze, Antoni Libera wypowiada się w wywiadzie „Cóż po poecie w czasie marnym” udzielonym Barbarze Gruszce w „Gościu Niedzielnym” (nr 8, 2026): Odkąd kultura została umasowiona, to znaczy odkąd panuje „równościowa” idea, że „każdy jest artystą i prawie wszystko jest sztuką”, o wyborze wartości decyduje, jak sama nazwa wskazuje, „masa”, czyli przeciętność, a poza tym komercja. (…) Jeśli kultura i sztuka zrywają z tradycją i nie wyrastają dłużej z pnia fundamentalnych idei, a przy tym zaczynają schlebiać gawiedzi, przestają być sobą.

Znaczenie poezji opisuje Libera na przykładzie twórczości Friedricha Hölderlina, którego utworów był tłumaczem: Hölderlinowi chodziło o to, co w ogóle pozostaje trwałe, co jest jedynie istotne. I uważał, że są to mity – kosmogonie, opowieści biblijne, zdarzenia sakralne. A właśnie tym zajmują się poeci – oczywiście nie wierszokleci ani nawet autorzy kunsztownych elegii i hymnów, tylko ci wszyscy, którzy tworzą autointerpretację ludzkości za pomocą słów.
Struktura genomu sztuki – jak i innych tworów zbiorowego geniuszu Zachodu – kształtowała się przez tysiąclecia. Gdy się już ułożyła ta genetyczna kodyfikacja, miała ona za sobą pewien autorytet i wielu entuzjastów tego nowego gatunku ludzkiej aktywności. Byli oni w to tak dalece zaangażowani, że w przedłużaniu tego gatunku (twórczości artystycznej) upatrywali jedyny sens swego życia, porzucając inne ważne cele – przedłużenie gatunku ludzkiego w sensie biologicznym, doskonalenie własnej duszy, pomnażanie dochodów rodziny, wkład w tworzenie finansowego kapitału, przymnażanie wiedzy o naturze, przywództwo polityczne, ratowanie ludzkiego zdrowia i życia, wytwarzanie rzeczy pięknych i użytecznych i wiele innych możliwości rozwoju różnych talentów.
Zanim ten genom narysujemy (zapewne przydałby się model przestrzenny przetworzony przez zmyślny komputer) przyjmijmy chociażby tyle, że wspomniana bez – celowość należała do ważnego jego wyposażenia podobnie jak osoba autora, który cały proces tworzenia dzieła inicjował i po pewnym czasie zmagań z własną niemocą i niekompetencją (przecież poczynał rzecz nową, której kształt bytowania nie był także jemu do końca znany) kończył własnym podpisem.
Pomyślmy, co się stanie, gdy do ułożonego już genomu twórczości artystycznej włączy się jakiś gen z innej parafii na przykład z polityki, albo też na odwrót: do genomu polityki zakradnie się gen sztuki. Doznawaliśmy takich wzruszeń, gdy okazywało się, że skądinąd poważni i wybitni politycy poddawali się natchnieniu poetyckiej muzy. Ulegał takim tchnieniom także poważny filozof i niezbyt wrażliwy teolog protestancki Georg Hegel, tworząc wielotomowe poematy nazywane filozofiami. Finałem tych rozważań była ewolucja ludzkości ku ideałowi państwa pruskiego.
Aktualnie zaś mieliśmy parę bliskich w czasie i przestrzeni przykładów. Oto pani Barbara Nowacka – minister edukacji w rządzie pana premiera Donalda Tuska znalazła w historii Polski polskich nazistów budujących obozy koncentracyjne. I podała to odkrycie do wiadomości na międzynarodowej konferencji poświęconej ofiarom Holokaustu. Z kolei niezwykłą poetycką wizją geografii i dziejów Europy podzielił się pan Friedrich Merz – kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Wskazał oto Rosję jako sąsiada Niemiec na wschodzie. Podzielił się również wizją II wojny światowej, która miałaby trwać krócej, niż obecnie wojna na Ukrainie, bo raptem od czerwca 1941 do maja 1945 roku.
Coś w tym jest! – jak powiedział pewien młodzian wskazując na katafalk z trumną własnego ojca.
Poza boskim źródłem natchnienia, termin [muza] oznacza często samo natchnienie, albo – jeżeli powtórzyć za Platonem – majaczenie w stanie opętania. Takie majaczenie w przypadku „duszy subtelnej i czystej, budzi ją i unosi – mówi Platon w Faidrosie (XXII). Lecz jeżeli ktoś zbliża się do wrót poezji bez owego tchniętego weń przez muzy delirium, przekonany, że starczy mu doskonałość rzemiosła, aby stał się poetą, temu daleko do sztuki doskonałej. (cyt. za E. Gilson, Szkoła muz, 1965). Jak się wydaje także i w wielu innych przypadkach zmieszania genomów sztuki-poezji i polityki doskonałość rzemiosła mocno szwankuje.
Ten genom sztuki, gdy spotka się z dążeniem zmierzającym do użycia wszelkich środków dla zrealizowania zamierzonych celów społecznych (politycznych), a nawet posłużenia się wszelkimi strukturami jako środkami – zostanie poddany próbom modyfikacji. Mniejsza z tym, gdy idzie o takie działania perswazyjne, w które może zostać uwikłany artysta i przyjąć polityczne intencje za własne. Jego wola i ryzyko, zysk lub strata. Gorzej, gdy to jedna grupa zyska status przywileju sprawowania władzy i utrwali ten status środkami niegodziwymi, a zatem wciąż będzie poszukiwać jakichś kolejnych środków utrzymania swojej pozycji i niejako po drodze do tego celu natknie się na sztukę. Ta zaś ma już swoje miejsce i – jak się rzekło – pewien autorytet i trudno oprzeć się pokusie, aby nie zawłaszczyć sobie i tej sfery ludzkiej aktywności.
Stanie się to w sposób najprostszy z możliwych – przez nazwanie sztuką, a więc twórczością tego, co jakoś daje się używać dla podtrzymania statusu uprzywilejowanej grupy. Jednakże nie da się używać sztuki bez naruszenia jej genomu, ponieważ ten genom to właśnie istota twórczości artystycznej, która innego celu nie ma poza własnym istnieniem. Nie posiada też żadnej określonej formy, chociaż z każdej może dowolnie korzystać.
Pozycja sztuki w kulturze nie jest jednakże najmocniejsza. Toczy ona przecież nieustający spór z zastanym katalogiem form swobodnej zabawy. Czyni tak w myśl owej paradoksalnej „bez – celowości”. (Można za Jerzym Rosołowiczem mówić o „funkcji bezwzględnej”). Zdarzają się wszakże i takie przypadki, gdy spotkanie dzieła i świadków jego obecności staje się wspólnym świętem z udziałem autora.
We wrześniu 1968 roku grupa rzeźbiarzy uzyskała możliwość realizacji swoich pomysłów w metalu (odlewy żeliwne, montaż z blach stalowych) w fabryce Urządzeń Mechanicznych w Chocianowie (koło Lubina) na Dolnym Śląsku. Robotnicy z działu remontowego służyli niezbędną pomocą.
Pewnego razu, gdy przez miasteczko przewalały się transporty wojsk polskich i sowieckich w drodze z „bratnią pomocą” do Czechosłowacji, nastąpiła przerwa w dostawie prądu. Staliśmy przy warsztatach pijąc kawę i oddając się zgubnemu nałogowi palenia papierosów. Zapytałem tak dla podtrzymania rozmowy naszych współpracowników, jak się im podobają nasze pomysły i niektóre skończone prace. Zapadło krępujące milczenie. Wreszcie po paru minutach pan Petryczko – ślusarz – znakomity fachowiec, powiedział nachylając się ku mnie z wysokości swojej herkulesowej sylwetki: Panie Zbyszku to, co robicie to nam się ani podoba ani nie podoba.
Zaskoczyła mnie taka filozofia, tym bardziej, że wszyscy byli nam bardzo pomocni. Zapytałem więc o motywację tej ofiarnej współpracy. Odpowiedzieli wskazując, że zauważyli, iż pracujemy zmieniając koncepcje, poznając nowe możliwości techniki. Nie pracowaliśmy na zadane zamówienie. I tak rozmawialiśmy między sobą – ciągnął dalej Petryczko – i doszliśmy do tego, że to, co my robimy, te nowoczesne maszyny na eksport, to one i tak kiedyś pójdą na złom, bo technika się zmienia. A może to właśnie, co po nas zostanie, to te wasze rzeźby. Pomyśleliśmy, że dobrze jest, jeżeli są jeszcze w Polsce takie wariaty, co robią co chcą, a nie to, co im każą.
Niektóre nasze rzeźby eksponowano na wystawie młodych rzeźbiarzy w Krakowie w następnym roku i zostały wyróżnione medalami. Zastanawiałem się wciąż czego chcę, co nie jest mi „zadane”. W przygotowanej na luty 1969 roku wystawie indywidualnej zawarłem więc tylko to, co mi się podobało. Z Chocianowa przyjechali moi przyjaciele, żeby sprawdzić czy na pewno zrobiłem to, co chcę, a nie to co mi każą i stwierdzili, że takiego wariactwa to na pewno nikt nie zamawiał.
Recenzje były negatywne. Pewien działacz przechodząc koło salonu Biura Wystaw Artystycznych, przez przypadek zatrzymał się i stwierdził, że ta moja „Wystawa sztuki” – w krzywym zwierciadle przedstawia naszą socjalistyczną rzeczywistość. Wystawę zamknięto przed terminem. A tam nic nie było o polityce!
Nietrudno podjąć działania perswazyjne, które w miejsce bezcelowej idei „sztuki dla sztuki” nadadzą twórczości artystycznej jakiś sens, wzbogacą ją o szlachetne, społeczne cele, bardziej nakierują na „dobro wspólne”. A to dobro wskazuje palcem polityk, bo sam artysta na tym się nie zna. Polityką rzecz jasna zajmują się politycy, a nie artyści. Tak oto „chromosom” celu politycznego (wspólnego dobra) połączy się z indywiduum autora, wzajemnie przecież się wzbogacając. Autor dzieła pozostanie instancją inicjującą proces, ale jakby już pół na pół z politykiem.
Towarzyszyć będzie tym subtelnym modyfikacjom, chwalonym zazwyczaj przez opinię publiczną, refleksja jak gdyby naukowa, która jednak nie bada już tego, czym sztuka w jej dziełach jest, lecz stara się dociekać, czym sztuka powinna być, a więc i tym jakie powinna, lub nie powinna przyjmować formy. Wprawdzie artyści zachowują na początku takiej modyfikacji pewien autorytet co do formy, ale w końcu tej odwróconej ewolucji (inwolucji) także i to, co do nich należało, niejako wyłącznie, stanie się problemem nauki i władzy. Inwencja może się jeszcze jakoś przejawiać, ale nie ona jest ważna, lecz właściwe, to jest zgodne z założonymi celami oddziaływanie, takie jakiego oczekuje polityk.
W służbie nakierowanej na społeczne cele (szlachetne oczywiście) trzeba się wreszcie odwołać do społecznej – szerokiej i jak najszerszej – zrozumiałości tych dzieł. I wreszcie się taką powszechną zrozumiałość osiąga na drodze kolejnych kompromisów z inwencją autora, a w końcu i on działa pod dyktando średniej świadomości estetycznej.
To co nazywa się sztuką, już się nią tylko nazywa. Wymiar potwornościowy został osiągnięty! Dokonała się bowiem kompletna inwolucja (ewolucja wsteczna). Dzieło zostało zredukowane do funkcji zestandaryzowanego komunikatu.
Taka inwolucja może mieć miejsce nie tylko w systemie totalitarnym, chociaż tam, czego mogliśmy doświadczyć, ma swoje znakomite przyspieszenie. Dzieje się tak zawsze, gdy dyrektywa polityczna zostanie włączona, nawet w skądinąd godnym celu, na przykład walki z cenzurą wszelkiego rodzaju lub walki z Kościołem katolickim, co już jest chyba mniej godnym celem. Idziemy więc po spirali od Żdanowa do jakiegoś Żdanowa-prim. Dlatego muszą się dzisiaj ukazywać nieprzetworzone, ale komunikacyjnie dobitne, formy wzięte z podkultury „blockersów”, z ikonografii i inskrypcji szaletów, z bilbordów i gabinetów figur woskowych.
Dominująca rola środków społecznego przekazu, których wrażliwość ma inne cechy niż reguły przyzwoitości, powoduje, że „sztuka sama dla siebie” definiowana tradycyjnie poprzez formę, staje się w Polsce dostępna informacyjnie mniej więcej w takich samych proporcjach jak w latach 1949-1955. Jak sobie przypominam zajmując się wtenczas muzyką, malowaniem i rysowaniem, a także poezją i historią miałem możliwość wyjścia poza ograniczony politycznie przekaz tradycji, korzystając z tego co było znane, niekoniecznie bardzo cenione, w najbliższym kręgu rodzinnym i zaufanych nauczycieli, w tym i artystów malarzy. Niewykluczone, że przekaz tradycji owej „sztuki czystej”, „formalistycznej” może mieć i dzisiaj podobnie niewielkie szanse upowszechnienia.
Chętnie zaprosiłbym autora do telewizji.