Rozterki dzisiejszej Europy w dużym stopniu sprowadzają się do wątpliwości tych, którzy wyprzedali własną wolność w zamian za obiecywane sukces i bezpieczeństwo, a teraz te obietnice okazują się być blagą. Jednak nie dla wszystkich jest jasne, o co mamy się starać w zamian. W odruchu serca nie zgadzamy się na promowanie dawnej mentalności, niegdyś opisanej w słowach piosenki Kazimierza Grześkowiaka: bo nie ważne, czyje co je, ważne to je, co je moje.
Pośród rozmaitych rozterek warto przypomnieć sobie pochodzący z roku 1982 tekst roty przysięgi Solidarności Walczącej: „Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcać swe siły, czas – a jeśli zajdzie potrzeba – swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami”.
Adam Mickiewicz pisał: bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy. Rozpowszechniło się po naszym kontynencie wypełnione trwożliwością udawanie życia, bez wierności głosowi własnego serca. Rok temu papież Franciszek wydał encyklikę o tytule „Dilexit nos”, właśnie o sercu. Nasz obecny Ojciec Święty tytułem swej adhortacji wydanej 3 października 2025 nawiązuje do tamtego dokumentu poprzednika. Jest u Franciszka bardzo ciekawy fragment dotyczący serca i sztucznej inteligencji – próbka tego, jak treści na pozór techniczne zazębiają się z treściami duchowymi. A oto wspomniany fragment encykliki „Dilexit nos” (n. 20):
„W erze sztucznej inteligencji nie możemy zapominać, że do ocalenia człowieczeństwa niezbędne są poezja i miłość. To, czego żaden algorytm nigdy nie będzie mógł pomieścić, to na przykład, ten moment z dzieciństwa, który pamięta się z czułością i który, mimo upływu lat, wciąż się powtarza w każdym zakątku planety. (…) Wszystkie te drobne szczegóły, zwykłe-niezwykłe, nigdy nie będą mogły znaleźć się wśród algorytmów. Ponieważ widelec, żarty, okno, piłka, pudełko po butach, książka, ptak, kwiat… polegają na czułości, którą się zachowuje w pamięci serca”.
My wszyscy mamy być ludźmi z sercami – w biblijnym rozumieniu tego rzeczownika. Nie możemy być konformistami, biernie dopasowującymi się do tego, jak nami miotają prądy. Nie mamy specjalizować się w stosowaniu uników, nie biorąc na siebie żadnej odpowiedzialności. Mamy być ludźmi z sercem. Takich sztuczna inteligencja nigdy nie zdoła zhakować, ani prześwietlić po to, by potem nimi skutecznie manipulować.
Całkiem niedawno, 23 października 2025, polski publicysta i były polityk, Jan Rokita, w swoim blogu komentował fakt, że podczas międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie przeważali zarówno liczebnie jak i jakościowo pianiści z Azji. Rozważania, dlaczego Azjaci są lepsi od Europejczyków, zakończyły się następującą konkluzją: wartości szczególne cenione przez Chińczyków i przez państwo chińskie – niezależnie od tego, jak bardzo to państwo nie byłoby opresyjne – to są rzeczy u nas wyklęte, zakazane, deptane, niszczone. A są to: rygorystyczne wychowanie, dyscyplina, szacunek dla starszych. Szkoła i uniwersytety w Azji są miejscem rywalizacji najlepszych ludzi. Tam wygrywają nie tylko ci, którzy są wybitni, ale też ci, którzy są pracowici. Natomiast w Europie szkoła jest opętana rozmaitymi ideologiami, które pod osłoną praw dziecka de facto polegają na tym, że równamy do najgłupszych i najbardziej leniwych. Wzywa się młodych, by koncentrowali się na własnych emocjach, co rzekomo ma z nich czynić lepszych ludzi.
Następnego dnia, to jest 24 października, podczas praskiej konferencji organizowanej przez czeskie stowarzyszenie Patrimonium Sancti Adalberti, nagrodę św. Wojciecha odebrał polski filozof i polityk Ryszard Legutko. Jedna z jego książek nosi tytuł „Triumf człowieka pospolitego” i opisuje, jak dominujący na Zachodzie progresywizm tworzy takiego właśnie człowieka: pospolitego, słabego, wymarzonego z punktu widzenia tego, by nim manipulować i zarządzać w ramach zachodnich ciągotek centralizacyjnych. Taki człowiek nie będzie oczywiście zwyciężać podczas międzynarodowych konkursów pianistycznych. Na żadnym polu światowej rywalizacji nie będzie zwyciężać.
Czy zatem Europa jest nieuchronnie skazana na porażkę? Być może tak, choć daje się zauważyć nadchodzącą zmianę społeczną, w ramach której coraz większą popularność zyskują ruchy i ugrupowania odwołujące się do wolności.
Dzisiejsza Europa potrzebuje, by odradzały się ludzkie i społeczne dążenia do wolności, bo tylko wolny staje się odpowiedzialny za swą przyszłość i jest zdolny do wysiłku na miarę zagrażającym nam wyzwaniom. Jednak źle rozumiana i źle organizowana wolność może rodzić spore kłopoty.
Ludzki rozwój od stanu dziecięctwa to starania, by osiągać niezależność. Jednak dążenie do niezależności czasem doprowadza do dziwnych sytuacji. Skoro człowiek ma być niezależny, to ci, którzy na starość stają się zależni od pomocy innych, są przeznaczani do eutanazji. Dla niektórych ludzi dowodem na ich niezależność staje się prawo do tego, by samemu decydować o tym, jaką chce się mieć płeć. Z kolei w gospodarce promowana jest niezależność od norm etycznych, które rzekomo krępują rozwój. Przy tym zauważmy, jak w ramach owego rozwoju rośnie uzależnienie większości rynku od dyktatu ze strony najsilniejszych. Warto też wspomnieć, że przemożne dążenie do niezależności rodzi postawy roszczeniowe, gdzie nie pamięta się o obowiązkach obywatelskich, zaś jedynie domaga realizacji swych własnych praw.
Jest sztuką połączyć dwie na pozór sprzeczne wartości: indywidualną wolność oraz dobro wspólne. Niełatwo zrozumieć, że staję się wolny nie po to, aby jak najwięcej zagarniać dla indywidualnej korzyści, ale po to, by umieć być skuteczniejszym w realizowaniu własnego talentu, własnego powołania.
Człowiek w swym czynie ma spełniać siebie, jak na to wskazywał kardynał Karol Wojtyła w książce „Osoba i czyn”. Nie tyle spełniać własne zachcianki, co raczej własne powołanie. Wolność oznacza więc wolność do czynienia dobra. Jeśli ktoś ma ograniczoną wolność na skutek uzależnienia, to choćby miał szczere intencje, nie potrafi ich realizować – brakuje mu wolności do czynienia dobra. Należy dążyć ku wolności po to, by bardziej przydawać się innym w swoim najlepiej rozumianym interesie. I wówczas indywidualna wolność zazębia się z troską o dobro wspólne.
Człowiek swą wolność może wykorzystywać tak na rzecz dobra, jak i zła. Istnieją pewne sytuacje czy wręcz struktury grzechu, kiedy otoczenie popycha człowieka ku złu. W zdrowej gospodarce i w zdrowym społeczeństwie obok rywalizacji musi następować współpraca, bo bez niej wszyscy tracą, zwłaszcza długoterminowo. W krótkim horyzoncie czasowym można cieszyć się z zysku zdobytego w sposób nieprawy, jednak zazwyczaj ten zysk trzeba oddać komuś jeszcze silniejszemu. To nie jest dobre rozwiązanie na trwałość gospodarczą, społeczną i polityczną oraz zagwarantowanie bezpiecznej przyszłości swym wnukom.
Tutaj możemy ponownie przywołać postać Kornela Morawieckiego, który założył w stanie wojennym Solidarność Walczącą. On wiedział, o jaką przyszłość walczyć i po co zdobywać wolność. Ukrywając się udzielił w 1986 roku wywiadu emigracyjnemu kwartalnikowi „Libertas”. Mówił: „Walczymy o wolność przy pomocy ramek i powielaczy. We wrześniu 1983 roku pisaliśmy: nie chcemy porozumienia z władzą z obcego nadania, chcemy tę władzę pozbawić władzy. Nie ulega kwestii, że komunizm jest systemem zbrodniczym i niewydolnym, że jego lata są policzone. Ten system upadnie i to tym prędzej, im prędzej ludzie w nim żyjący dojrzą i wybiorą jego alternatywę. Ekonomiczne, polityczne czy kulturalne osiągnięcia społeczeństw zależą nie tyle od rywalizacji ludzi, ile od ich współdziałania”.
Z kolei w przemówieniu w roli Marszałka Seniora inaugurującego Sejm VIII kadencji 12 listopada 2015 roku powiedział: „Żyjemy nie tylko dla siebie, żyjemy i umieramy dla innych. My razem jesteśmy ważniejsi niż każdy z osobna. Ponad nami są wartości: dobro i prawda, wolność i sprawiedliwość”.
Do czego zatem jest nam potrzebna wolność? Aby walczyć o solidarność między ludźmi i narodami.
Utarło się myśleć, że ustrojowo mamy tylko jedną alternatywę: ograniczanie czy wręcz deptanie ludzkiej wolności w ramach komunizmu, czy innego totalizmu, albo pełne folgowanie wolności pozwalające dać upust egoizmowi oraz chciwości. Tymczasem jest i trzecia propozycja opisywana w myśli chrześcijańsko-społecznej, gdzie indywidualna wolność zazębia się z troską o dobro wspólne. Historycznym przykładem był rozwijany po II wojnie światowej ordoliberalizm Ludwika Erhardta, z jego adaptacją polityczną środowiska Konrada Adenauera i Roberta Schumana. W Polsce mamy to nawet wpisane do polskiej konstytucji. W paragrafie 20. czytamy, iż polskim ustrojem gospodarczym jest społeczna gospodarka rynkowa. Niestety brakuje popularyzowania i rozwijania tej idei na uniwersytetach, próżno też szukać jej rzeczników w kręgach społecznych czy biznesowych.
Na człowieka trzeba patrzeć nie z perspektywy problemu, lecz jego rozwiązywania. Tak na człowieka patrzy Bóg. Z niewiarygodną cierpliwością towarzyszy człowiekowi w realizacji historii zbawienia, bo jej szczęśliwy koniec oznacza budowę nowej ziemi. Dopóki człowiek pozostaje stary, wedle tego jak to opisuje św. Paweł, tak długo wprowadza on ogromne zamieszanie, tak do ludzkiego życia, jak i świata przyrody, niszcząc i degradując wszystko wokół. Ci, którzy o sobie z dumą mawiają, że są „realistami”, twierdzą, że inaczej się nie da. A jeśli ktoś spodziewa się po człowieku czegokolwiek więcej niż tylko egoizmu i chciwości, ten ponoć jest naiwnym pięknoduchem i głupim romantykiem. Ja sam jednak mam nadzieję, że „realiści” się mylą, zaś wzrastanie nowego człowieka, jak to opisuje św. Paweł, jest wykonalne. Nowy człowiek swoją ogromną siłą solidarności oraz innowacyjności poradzi sobie z wszelkimi wyzwaniami i problemami naszego świata. Człowiek z sercem.