Królowa Serc

Pani Jadwiga, kochana Jadzia, druga Mama, najlepsza Przyjaciółka. Poznałam panią Jadwigę dość prozaicznie, choć z perspektywy czasu uważam, że nieprzypadkowo. W 1981 roku nagrywałam rekolekcje wielkopostne we wrocławskiej katedrze. Głosił je znany jezuita o. Hubert Czuma. Gdy z magnetofonem pod pachą wychodziłam z kościoła, podszedł do mnie mąż Jadzi – pan Kornel Morawiecki. Zapytał, czy mogłabym pożyczyć mu kasetę z nagraniem tej nauki. Pomyślałam, że zapewne chciałby usłyszane treści zamieścić w swoim „Biuletynie Dolnośląskim”. Podał mi adres domowy i prosił, bym za 1-2 miesiące udała się tam. Powiedział, że rzadko bywa w domu, ale małżonka z pewnością mi je przekaże. I tak trafiłam do domu państwa Morawieckich, mieszczącym się wówczas przy ul. Kilińskiego. Mieszkanie było skromne, ale już wtedy odczułam ogromną życzliwość, gościnność tego domu i jego Gospodyni. Przychodziłam kilkakrotnie i w ten sposób poznałam panią Jadwigę.

Potem był stan wojenny, a ja rok przed jego wprowadzeniem otrzymałam swoją pierwszą pracę w Szpitalu Wojskowym. Moje kontakty z panią Jadwigą były kontynuowane, czułam, że znajomość ta zaczyna się przeradzać w coraz większą zażyłość. Starałam się wyobrazić sobie, co musi przeżywać kobieta, która została z trojgiem niepełnoletnich dzieci, zatroskana o los męża, pana Kornela. Jak powszechnie wiadomo, sześć lat ukrywał się ścigany listami gończymi, w podziemiu założył i kierował „Solidarnością Walczącą”, która swoim zasięgiem obejmowała całą Polskę i rodaków spoza jej granic. A pani Jadwiga była nękana częstymi rewizjami, groźbami, adresowanymi także wobec dzieci. Nieznani sprawcy przebijali jej opony w maluchu lub wybijali szyby w chatce w Pęgowie.

Niewyobrażalnie dużo dobra otrzymałam od śp. Pani Marszałkowej. Przejawiało się ono w uwadze, szacunku, bezwarunkowej akceptacji, w chrześcijańskiej agape w słowach, czynach, w całej postawie wobec mnie, ale także w stosunku do innych osób, tych dobrze znanych i tych nowo poznawanych… Nie pamiętam, by kiedykolwiek była mocno zdenerwowana, wytrącona z równowagi. Cechowało Ją opanowanie, takt, akceptacja, wręcz afirmacja napotykanych ludzi. Posiadała olbrzymią wiedzę, doświadczenie życiowe, ale nigdy nie starała się z tego powodu wynosić ponad innych, także wtedy, gdy Jej syn został premierem i wspaniale pełnił funkcję szefa rządu.

Wszyscy w Jej towarzystwie czuli się poważani, uszanowani. Jadzia, obok wyjątkowej mądrości, przejawiała głęboką wiarę katolicką, pokorę i pogodę ducha, mimo wielu trosk. Jej katechetą w Liceum nr 1 we Wrocławiu był Sługa Boży Ksiądz prałat Aleksander Zienkiewicz. Posiadając liczną rodzinę pamiętała też o przyjaciołach, znajomych, by również im złożyć życzenia świąteczne, czy imieninowe. Mogłabym dużo pisać o różnych sytuacjach, doświadczeniach, które dane mi było przeżyć w kontakcie z Jadzią… Bogu i Jej za to dziękuję.

Kiedyś, dawno temu, otrzymałam od Jadzi książeczkę Phila Bosmansa „Być człowiekiem”. Jej treść zachwyciła mnie wtedy i wciąż do niej wracam. Przytoczę z niej mały urywek: Ewangelia Miłości jest czymś „szaleńczym”. Kto wkroczył na drogę tej Miłości, wycofuje się z pozycji siły, wyzbywa się zarozumiałości i pragnie służyć innym. Ewangelia jest zwiastunem Miłości, która cierpi, która jest znaczona „szaleństwem” Krzyża.

Tak żyła śp. Jadwiga. Była pełna miłości, jak nauczał Jezus, i do Boga – Miłości, do krainy wiecznej szczęśliwości, jak głęboko wierzymy, już dotarła. Oręduj Droga Jadziu za Polską, za Bliskimi, już ze Świata nie z tej Ziemi.

Teresa Łyżwa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *