Polskie „wzorce” dla Europy

Wzorzec wyznacza pewien standard, mamy więc okazję poruszyć kwestię polskiego wkładu w europejską cywilizację w ostatnim tysiącu lat.

Trudno tu jednak utrzymać chronologię wydarzeń. Pojawia się bowiem kwestia tzw. historii porównawczej. Dotyczy to oceny podobnych rozwiązań ustrojowych czy założeń ideologicznych w innych krajach europejskich, ale w ujęciu danego okresu historycznego. Trzeba też udzielić odpowiedzi na pytania czy w omawianym okresie można dostrzec przejmowanie pewnych rozwiązań, czy też polski przykład jest rozwinięciem wcześniejszej propozycji innego kraju i czy wreszcie są przykłady, gdzie polska myśl jest wyjątkowa, nowatorska, prekursorska.

Zacznijmy od Komisji Edukacji Narodowej, jako pierwszego w Europie swoistego ministerstwa, tworzącego państwową administrację oświaty, sprawującego nadzór nad edukacją publiczną. Pruski sąsiad zajął się nadzorem państwowym nad oświatą kilkanaście lat później, ale od razu rozpoczął proces upowszechniania edukacji. Skutki przez pierwsze 20-30 lat były raczej iluzoryczne, ale nacisk państwowy z czasem wychował poddanych w kierunku afirmacji państwa pruskiego, a przy okazji zniwelował rażący analfabetyzm na wsi.

Wzorców, gdzie państwo polskie było prekursorem jest niewiele. O wiele więcej można zauważyć chwalebnych rozwiązań na tle porównawczym w danym okresie rozwoju cywilizacji europejskiej.

Przykładu dostarcza wiekopomna Konstytucja 3 Maja z 1791 roku, którą słusznie się szczycimy, ale większość jej rozwiązań występowało już wcześniej w Europie, choć zazwyczaj w małych państwach (np. Republika Wenecka). Ówcześni obywatele szlacheccy uchwalili „ustawę rządową” dla dużego europejskiego państwa, zbierając zasady ustrojowe w jednym dokumencie prawnym. I to jest właśnie polski wyróżnik.

Anglia czy Szwecja wyprzedzały w niektórych rozwiązaniach Polskę, ale były one rozproszone w kilku niejednolitych aktach prawnych. Do koncepcji władzy i roli parlamentu w tych krajach twórcy Konstytucji Majowej sięgali. Podobnie do rozwiązań myślicieli francuskich sprzed Rewolucji Francuskiej z 1789 roku. Warszawska, pierwsza w zamyśle, ustawa rządowa zawiera niewiele nowości, ale są one rewelacyjne acz nieczęsto eksponowane w popularnych omówieniach tego aktu ustrojodawczego.

Artykuł XI Konstytucji Majowej stwierdza: Naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej. Wszyscy przeto obywatele są obrońcami całości i swobód narodowych. Wojsko nic innego nie jest, tylko wyciągnięta siła obronna i porządna z ogólnej siły narodu.

Ów artykuł o sile zbrojnej narodowej był i jest prekursorski. Po raz pierwszy w akcie ustrojowym, a więc w najwyższym akcie prawa państwowego, wskazano, że wojsko jest „narodowe” – a nie „królewskie”, bądź pochodzące od władzy wykonawczej – że stoi na straży suwerenności nie tyle monarchy czy władzy co narodu, że z narodu pochodzi, działa przez naród i wobec narodu wykonuje obowiązki. A co jeszcze ważniejsze i bardzo polskie: wszyscy obywatele kraju, a nie tylko wojsko, mają konstytucyjny obowiązek bronić swojego państwa i swobód narodowych.

Jeszcze ciekawszym, nowatorskim rozwiązaniem prawnym, do dziś nie ujętym tak wyraźnie w konstytucjach europejskich jest obligatoryjne uwspółcześnianie konstytucji i ustroju państwa. Artykuł VI Konstytucji stwierdza: Zapobiegając z jednej strony gwałtownym i częstym odmianom konstytucyi narodowej, z drugiej uznając potrzebę wydoskonalenia onej po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej, porę i czas rewizyi i poprawy Konstytucyi co lat dwadzieścia pięć naznaczamy.

Przyjęto, że co 25 lat odbędzie się sejm nadzwyczajny według osobnych regulacji prawnych. Świadczy to o niebywałej przenikliwości twórców Konstytucji 3 Maja i świadomości, że dane rozwiązania ustrojowe powinny podążać za rozwojem społeczeństwa oraz nowych cywilizacyjnych potrzeb. Uznano, że zmiana jest immanentną cechą ustrojową, nie ma sztywnych ustrojów, trwałych na wieki.

Teraz kilka stwierdzeń poświęcić wypada pojęciu „narodu”. Ustawa rządowa z 1791 roku starodawnym wzorem polskim używa terminu „naród” nawiązując do antycznych rzymskich ujęć republikańskich. Oczywiście nie jest to pojęcie prawne tożsame z obecną definicją – jako ogół obywateli państwa uprawnionych co do praw i obowiązków względem organów państwowych. W dobie rozkwitu szlacheckiego parlamentaryzmu polskiego począwszy od schyłku średniowiecza do XVII wieku utrwaliło się pojęcie podwójnej tożsamości: świadomości przynależności do „narodu państwowego” – czyli ogółu „obywateli” uprawnionych do wpływu na sprawy państwowe i chronionych przez prawo państwowe – lub zwyczajowej tożsamości etniczno-kulturowej.

Narodem państwowym aż do likwidacji Rzeczpospolitej w 1795 była szlachta. Stąd dla wielu zwolenników zachodnioeuropejskiej doktryny państwa nie było zrozumiałe dumne wyznanie historyka i myśliciela Stanisława Orzechowskiego, iż należy do: Natione Polonus, gentium ruthenus (narodu polskiego z rodu ruskiego). Kto dziś wątpi w polskość Gieysztorów, Czartoryskich, Kieniewiczów, Isakowiczów, Emilii Plater, Henryka Sienkiewicza czy Karola Kniaziewicza. Nikt nie miał politycznych zastrzeżeń w Rzeczpospolitej, że ktoś jest rodu ruskiego, niemieckiego lub ormiańskiego. Jakim językiem się posługiwał w rodzinie i wobec sąsiadów nie miało znaczenia. W dobie polskiej tolerancji religijnej dotyczyło to również różnowierczej braci szlacheckiej pod jednym warunkiem, że byli wierni Rzeczpospolitej. Jeśli przybysz był z zagranicy o swoistej legitymacji obywatelskiej czyli przynależności do „narodu” decydował indygenat szlachecki.

Lwowianin, Stanisław Orzechowski, w dziele politycznym „Quincunx” spisanym w języku polskim w 1563 roku, potwierdził swoje sympatie do ruchu egzekucyjnego. Wspierał uporządkowanie prawa i właściwe, skuteczne jego wykonywanie. Odróżniał pojęcia „Królestwo” od „Rzeczpospolitej”. Według jego koncepcji królestwo składa się z 5 elementów, z dominującym Kościołem katolickim jako zwornikiem wiary, moralności i tradycji. Pozostałe elementy – wiara, kapłan, ołtarz (tu doczesna administracja kościelna) oraz król uważał za równorzędne.

Takie usytuowanie władzy królewskiej było w ówczesnej Europie ewenementem. Zdaniem Orzechowskiego, król i szlachta tworzą Rzeczpospolitą – wolny związek oparty na przysługujących im prawach. Dziś można dodać przymiotnik – związek obywatelski, ograniczony wówczas do ogółu obywateli-szlachty. Królowi, czyli władzy wykonawczej praw przekraczać nie było wolno.

Szlachcic, mieszkaniec Królestwa i obywatel Rzeczpospolitej powinien bronić kraju – na wezwanie stawać w pospolitym ruszeniu oraz płacić podstawowy podatek państwowy: podymne. Innych zobowiązań wobec króla nie ma. Koncepcja ta miała później swoje odzwierciedlenie w zasadzie ustrojowej, potwierdzonej w Konstytucji 3 Maja – „Król w Sejmie”.

Zasada ta znana była w Europie ale poza monarchiami absolutnymi. Z różnym skutkiem, w czasach Orzechowskiego realizowała to Republika Siedmiu Zjednoczonych Prowincji Niderlandzkich. Była to konfederacja złożona z autonomicznych prowincji, w których szerzyła się tolerancja sumień i myśli, władza prawodawcza należała do parlamentu. Można zaznaczyć pewne różnice. W obu krajach zachowano w miarę pełną wolność sumienia, ale w Niderlandach w zależności od prowincji występowała ograniczona swoboda sprawowania kultu.

Po słynnej konfederacji warszawskiej z 1573 roku gwarantującej tolerancję religijną przy zachowaniu przywilejów i dominacji katolickiej – polska szlachta poszła dalej niż mieszczaństwo holenderskie, ale jak wiadomo tolerancja religijna w Polsce nie przetrwała próby czasu związanej z potopem szwedzkim. Podatki w mieszczańskiej republice Niderlandów były zróżnicowane, bowiem praktycznie rządziły państwem bogate porty holenderskie. Każda prowincja wybierała swego namiestnika i w jego osobie zazwyczaj naczelnego dowódcy wojskowego. Zasadnicza różnica z Polską polegała na tym, że w Niderlandach „narodem” był stan mieszczański, a w Rzeczpospolitej szlachta.

Trzeba podkreślić administracyjną rolę polskich sejmików szlacheckich, praktycznie zarządzających sprawami państwowymi przy słabej władzy królewskiej. Jeśli pominąć Szwajcarię – był to niemal absolutny wyjątek w skali europejskiej. Polski samorząd terytorialny nie ustępował, a raczej w wielu przypadkach przewyższał rozwiązania zachodnioeuropejskie, ale w praktyce była to administracja dorywcza, dość słaba, a z czasem nieskuteczna. W obu wspomnianych „republikach” pogardzano plebsem, chłopem i pracownikiem najemnym. W Polsce dobrobyt tworzył chłop na pańskiej ziemi, w Niderlandach – kupiec, pośrednik handlowy w tym również parający się zyskownym handlem niewolnikami, ale także rzemieślnik.

Koncepcja Orzechowskiego i jemu współczesnych Polaków przewijająca się w dyskusji politycznej sprzed niemal 500 lat utrwaliła myśl polską w podstawowych założeniach ustrojowych: działanie państwa opiera się na prawie, które ustala swobodnie zwierzchnik – „naród”, władza wykonawcza jest ograniczona i jest przeznaczona do skutecznej egzekucji prawa, kraj broni cały naród, a nie tylko władza wykonawcza. Podatkiem właściwym jest podatek niezbędny i powszechny. Król, jak mawiał Stefan Batory, nie jest władcą sumień swoich poddanych.

W tym miejscu dodać wypada parę wyjaśnień na temat „rzeczpospolitej”. Światli Polacy skorzystali tu z pojęcia znanego antycznemu prawu rzymskiemu. Państwo polsko-litewskie od połowy XVI w. czyli Rzeczpospolita (od łacińskiej Res Publica) nie była przecież Republiką, była owszem „Rzeczą Publiczną”, wspólną, czyli pospolitą rzeczą. Czy jednak dla wszystkich czy raczej dla stanu szlacheckiego?

To, że Polacy wypracowali własną koncepcję „republikańską”, to znaczy doktrynę państwa jako „rzeczy wspólnej”, rzeczy „dla wszystkich” – powinniśmy jako naród eksponować nie tylko w Europie po wsze czasy! Wszystkie narody etniczne i państwowi spadkobiercy Rzeczpospolitej Obojga Narodów powinni być z tego dokonania dumni.

Koncepcja ta koresponduje ze wspomnianą zasadą „Król w Sejmie” to znaczy, że król, władza wykonawcza, czy najwyższy reprezentant państwa nie działa poza prawem. Wiąże się również z polską koncepcją narodu politycznego, gdzie jego członkowie są formalnie równi wobec prawa, w tym w dostępie do urzędów. Zasadę prawną „nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego” (Neminem captivabimus) wypracowano w Polsce już pod koniec I połowy XV wieku, a więc w czasach, gdy dla znacznej większości Europejczyków stanowić mogła tylko przedmiot marzeń. Dodać jednak należy, że korzystali z tego immunitetu posesjonaci, a więc niemal wyłącznie szlachta.

Stwierdzenia tego nie umniejsza fakt, że w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów udział stanu szlacheckiego wynosił 10-11%, a więc był najwyższy w Europie. Co prawda zakres osobowy korzystających z przywileju z czasem poszerzano, ale dopiero konstytucja Królestwa Polskiego z 1815 roku rozszerzyła tę zasadę na wszystkich mieszkańców kraju, bez względu na stan polityczno-prawny.

Polski parlamentaryzm szlachecki i formalna równość wobec prawa w obrębie stanu szlacheckiego nie zrodził się znikąd. Polacy korzystali tu z innych wzorów i twórczo je modyfikowali. Skorzystali na przykład z rozwiązania węgierskiego – „złotej bulli” Andrzeja II z 1222, ograniczonego z początku do sług królewskich, z czasem rozszerzonego na całą średnią szlachtę. Złota bulla gwarantowała nietykalność osobistą oraz majątkową, sprawowanie władzy sądowniczej nad chłopami, zwolnienie z podatków, ograniczenie obowiązku służby wojskowej poza granicami kraju, a magnatom dodatkowo przyznawała prawo do rokoszu przeciw królowi, jeśli złamie prawo.

Rozwiązania powyższe dla polskiego ucha brzmią znajomo. Po ponad 120 latach, Polacy w tworzącym się stanie szlacheckim wynegocjowali z królem Ludwikiem Węgierskim podobne przywileje (w Budzie w 1355 i w Koszycach 1374). Co ważniejsze, począwszy od aktu w Koszycach szlachta polska otrzymywała od polskich królów przywileje generalne, a więc obejmujące ogół szlachty.

Jakże stare zatem, choć tylko w części oryginalne są podwaliny szlacheckiego parlamentaryzmu polskiego, z wszelkimi pozytywnymi i późniejszymi negatywnymi skutkami dla ustroju Rzeczpospolitej. W praktyce politycznej następnych 200 lat okazało się, że z prawa do rokoszu szlachta korzystała wyjątkowo i to raczej z inspiracji możnych. W każdym razie rokosz stal się w Rzeczpospolitej i w późniejszej ocenie jej ustroju synonimem zgubnego w skutkach, a nawet nieuprawnionego buntu.

Ten, wydawać by się mogło, zaskakujący stan rzeczy należy zawdzięczać upowszechnieniu się w Polsce „konfederacji” – dość oryginalnej instytucji prawa szlacheckiego państwa. Zazwyczaj był to legalny związek zgromadzonej szlachty zmierzający do politycznego rozstrzygnięcia kwestii o charakterze ogólnopaństwowym.

Zawiązanie konfederacji odbywało się w ściśle określonej procedurze i do owego związku mógł przystąpić każdy szlachcic zamieszkujący w Polsce. Z czasem ta niespotykana w Europie instytucja prawa państwowego uległa wynaturzeniu, stała się sposobem załatwiania partykularnych interesów oraz pośredniego wpływania państw ościennych na politykę wewnętrzną i zagraniczną Polski. Jednak dzięki powszechnemu zastosowaniu tej instytucji nigdy w Polsce szlacheckiej nie uciekano się do zabójstwa monarchy, czy zamachu stanu w trybie rewolucyjnym. Nie było takiej konieczności, poza jedną próbą, która dotyczyła ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego u schyłku jego panowania i egzystencji Polski szlacheckiej. Konfederacja była bowiem elementem wpisanym w ustrój państwa, a nie jak gdzie indziej – przejawem buntu lub warcholstwa przeciwko władzy centralnej.

Warto na chwałę tej instytucji zaznaczyć, że polska konfederacja była prekursorką współczesnego prawa do petycji – powszechnego w Europie dopiero w połowie XX w.

Tradycja konfederacka ma też jasne strony oświetlone najnowszą historią. W 1981 roku, politolodzy francuscy wysuwali tezę, że polski zryw „Solidarności” i porozumienia z sierpnia 1980 roku odnowiły koncepcję umowy społecznej Jean-Jacques Rousseau. Politolodzy zachodnioeuropejscy uznali wówczas polskie solidarnościowe rozwiązanie za nowatorskie w znaczeniu ustrojowym, bo dotyczące umowy wszystkich obywateli ze swoją reprezentacją polityczną ponad obowiązującym ich formalnym aktem prawnym czyli konstytucją. Podnosili, że wówczas w Polsce odbywało się coś w rodzaju ogólnonarodowego referendum bez karty referendalnej i komisji wyborczych.

Rzeczywiście konfederacja z czasów szlacheckich przypominała nieco obecną w krajach Zachodu procedurę zgłaszania projektów ustaw do parlamentu przez grupę obywateli, stanowiła coś w rodzaju referendum. W dobie polskich królów elekcyjnych była formalnoprawnym sposobem wyłaniania kandydatów na tron królewski.

Elekcja monarchy polskiego począwszy od dekretów Zygmunta III Starego (1530 i 1538) odbywała się w ściśle określonej procedurze poprzez głosowanie osobiste, bezpośrednie i z założenia powszechne w obrębie stanu szlacheckiego. Był to jeden z przejawów demokracji szlacheckiej. W pierwszej wolnej elekcji (1573) przybyło wybrać monarchę ok. 40-50 tys. wyborców – fakt przez ponad 250 lat niespotykany w Europie. Później z uwagi na koszty wyprawy szlachcica na elekcję chętnych ubywało, choć na elekcję 1668 pod Warszawę przybyło podobno pieszo 2 tysiące biednej szlachty mazowieckiej, której nie stać było na konie.

Niemniej ważną tradycją wyboru przez obywateli władzy prawodawczej i najwyższego reprezentanta państwa, była umowa kandydata na owego reprezentanta z władzą prawodawczą. Oczywiście dotyczy to słynnych artykułów henrykowskich zawierających podstawowe zasady ustrojowe państwa, obecnie stanowiące materię konstytucyjną. W przypadku polskim miały one charakter fundamentalny i choć wynikały z prawa zwyczajowego powtarzały zazwyczaj wspomniane wyżej przywileje szlacheckie wraz z parlamentarnym dorobkiem prawnym i konfederackim.

Elekt zaprzysięgał również pacta conventa to jest osobiste zobowiązania polityczne. Przypominało to współczesne programy stronnictw politycznych ubiegających się o mandaty parlamentarne lub dotyczące kandydatów na prezydenta państwa. Zazwyczaj Sejm miał wygórowane projekty wobec elekta, a elekt czasem nie realizował, tego co obiecał. Zatem nic nowego pod słońcem.

Na zakończenie koniecznie trzeba wspomnieć o oryginalnej polskiej koncepcji „państwa podziemnego” jako swoistego państwa alternatywnego z funkcją wojskową jak i cywilną. Z polskiego wzorca wypracowanego w Powstaniu Styczniowym skorzystali Irlandczycy w 1915 roku tworząc przeciwko Brytyjskiemu Imperium powstańczą administrację cywilną. Choć w koncepcji „rządu emigracyjnego” Polacy nie są prekursorami, to Państwo Podziemne w okresie II wojny światowej z własną działalnością militarną, administracyjną i kulturalną jest niewątpliwie polskim ewenementem.

Podobnie opór cywilny, we wszystkich jego przejawach, obejmujący szerokie kręgi społeczne jest polskim dorobkiem politycznym, oryginalnym w Europie. Nie trudno zauważyć, że wynikał z polskiej tradycji prawa do oporu i trwałego osobistego zobowiązania obywatela polskiego do obrony narodu i własnego państwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *