Kornel – wizjoner polskiej niepodległości

W sobotę 13 czerwca 2026 roku przybyła do dawnej Zajezdni autobusowej przy ul. Grabiszyńskiej rzesza działaczy opozycji z czasów PRL z Wrocławia oraz innych polskich metropolii. We współpracy z IPN oraz dzisiejszym Centrum Historii Zajezdnia Stowarzyszenie Niezłomni zorganizowało ogólnopolską konferencję Opozycja Antykomunistyczna na Dolnym Śląsku w latach 1945-1990. Nasz dwutygodnik obok regionalnej Solidarności był patronem medialnym przedsięwzięcia.

Wydarzenie miało miejsce w dniu ukazania się w stanie wojennym pierwszego numeru podziemnego czasopisma Solidarność Walcząca, symbolicznie inaugurując działanie tej najprężniejszej w kraju, kadrowej, zakonspirowanej organizacji.

Na temat społecznych protestów, nielegalnych organizacji oraz opozycjonistów w okresie PRL interesujący wykład wygłosił dr Łukasz Sołtysik z wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. My przytaczamy obszerne fragmenty wystąpienia Artura Adamskiego zatytułowanego „Kornel Morawiecki – wizjoner polskiej niepodległości”.

* * *

Artur Adamski: Dziękuję za zaszczyt wystąpienia w tym miejscu. To jest temat dotyczący teoretycznie jednego człowieka, ale naprawdę ogromny. W związku z czym będę się starał wyłowić kilka wątków i znaleźć złoty środek między tym, co najważniejsze, a tym, co najmniej znane, a istotne.

Proszę Państwa, nic nie dzieje się bez przyczyny. Kornel doskonale wiedział od lat najmłodszych, czym jest Polska, w jakiej jest sytuacji i świetnie wiedział, jakich ma poprzedników. Wiedział o tym, że mnóstwo jego przodków walczyło w obronie Polski, że walczyli w powstaniach narodowych.

Kornel Morawiecki, który przyszedł na świat dokładnie w 150. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja w okupowanej Warszawie, był synem żołnierza września 1939 roku i Armii Krajowej. Do tego jeszcze wychowywał się wśród ludzi AK, gdyż dużą część dzieciństwa i młodości spędzał na Kielecczyźnie, gdzie praktycznie wszyscy wujkowie należeli do Armii Krajowej. Byli wśród nich uczestnicy najsłynniejszej akcji tamtejszego podziemia, takiej jak rozbicie więzienia w Jędrzejowie. Gdyby Państwo kiedyś zajrzeli do indeksu którejkolwiek książki na temat świętokrzyskiej AK, zobaczą jak dużo tam jest Morawieckich.

Ale też Kornel, który doskonale wiedział, w jakiejś sytuacji jest Polska, od najmłodszych lat widział każdego dnia, jaką straszną cenę można zapłacić za marzenie o niepodległości. Wśród wspomnień Kornela jest to, gdy miał 4 lata i pierwszy raz jego ojciec wziął go za rękę i poszli na warszawskie Stare Miasto. Ojciec Kornela, który doskonale znał Warszawę, prowadził synka, rozglądał się i patrzył na domy, z których nic nie pozostało i powtarzał ciągle: Boże, gdzie ja jestem. Wdrapywał się na stosy gruzów, rozglądał się i nie poznawał swojego rodzinnego miasta. W pewnym momencie poszli w stronę jakiegoś wąwozu, między dwoma gigantycznymi zwaliskami gruzów. Zobaczyli jakąś większą piwnicę, weszli do środka, ojciec Kornela zapalił zapałkę, pojawiły się zarysy sarkofagów i wówczas ojciec Kornela mówi: Boże, jesteśmy w podziemiach Katedry świętego Jana.

Tak więc Kornel od początku wiedział, jaką cenę można zapłacić. Oraz jeszcze druga rzecz. Zniszczone było nie tylko miasto, zniszczona była nie tylko ogromna część Polski, ale też wyniszczeni byli ludzie. We wspomnieniach Kornel często mówił o tym, że jak się wychodziło na ulicę, pełno było ludzi bez rąk, bez nóg albo takich, którzy stracili rozum, którzy błąkali się, którzy skutkiem tych strasznych tragedii wojennej nie byli w stanie funkcjonować, a także ludzi, którzy ciągle umierali nagle. Taka więc bywa cena wolności.

Do tego Kornel interesował się całym mnóstwem rzeczy od najmłodszych lat. Bardzo dużo czytał, potem wędrował po górach, żeglował, ale największą pasją jego były nauki ścisłe, matematyka, fizyka. Długo przed maturą chodził na wykłady uniwersyteckie, studiował akademickie podręczniki. Któregoś razu zdał sobie sprawę wyliczając te wszystkie wzory, że skonstruowanie bomby atomowej jest tak logiczne, że niemal każdy by to potrafił zrobić i stwierdził, że świat jest w potwornym zagrożeniu. Więc to było kolejne pytanie: jak uzyskać niepodległość w epoce atomu, w realiach takich zagrożeń.

Ale to wszystko nie spowodowało, że Kornel stał się pacyfistą czy jakimkolwiek kapitulantem, absolutnie nie. Zawsze podkreślał, że bardzo dobrze, że walczyliśmy, nawet jeżeli przegraliśmy w 1939 roku, dobrze, że stawialiśmy opór, dobrze, że biliśmy się o niepodległość. Aczkolwiek Kornel rozumiał te wnioski z historii również tak, że nawet jeżeli będziemy walczyć, to jednak z głową i żebyśmy, cytując Mickiewicza – byli rozumni szałem.

Taka dygresja, która bardzo dużo mówi na temat umysłowości Kornela i tego, dzięki czemu później stworzył organizację, która skupiła taką masę ludzi. Wrócę do bomby atomowej. Kornel mnie przekonywał, że to takie proste. On bardzo lubił tematy matematyczno-fizyczne, mówił – słuchaj, ja ci to wyjaśnię, zobaczysz, zrozumiesz. Mnie się do dzisiaj chce śmiać. Zdałem maturę z matematyki, ale gdzie fizyka nuklearna!

Kornel miał taki stosunek do ludzi, w każdym człowieku widział mnóstwo walorów i wszystkich doceniał, pochylał się nad pijaczkami i opiekował się różnymi skrzywdzonymi przez los. W każdym widział człowieka, w każdym widział potencjał, każdy człowiek był wielką wartością i to było naprawdę niesłychane. To zjednywało mu ludzi, bo później, kiedy stworzył potężną organizację, niesamowitą, ja w całym swoim życiu nie poznałem tylu niezwykłych, wspaniałych, bohaterskich ludzi, jak w Solidarności Walczącej. A do tego jeszcze było mnóstwo wybitnych umysłów. Matecznikiem Solidarności Walczącej była Politechnika Wrocławska, więc ludzie z tytułami naukowymi, profesorowie. Do tego – za walkę z reżimem nie brały się łagodne baranki, tylko twarde charaktery, rogate dusze, często konfliktowe osoby, a Kornel był właśnie tym, który potrafił takie osoby jednoczyć.

Z dzisiejszej perspektywy możemy odróżnić różne nurty podziemia czy opozycji. Kornel widział, jaka jest jego rola, widział jaki jest jego cel, on nie dzielił, on właśnie łączył. Wspierał absolutnie wszystkich. Jak uruchomił szkolenia drukarskie, nikogo nie pytał, kto będzie na te szkolenia chodził, wystarczy, że będzie drukował poza zasięgiem cenzury. Jak na przykład były Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej, to Kornel uważając, że świetnie będzie, że więcej ludzi będzie chodziło na te spotkania, które są częścią kultury narodowej wyjętej spod kontroli państwa, to Solidarność Walcząca drukowała również dodatkowe ilości programów tych tygodni.

Więc to jest wyjątkowa, powiedziałbym wręcz taka Kornelowa, antropologia, która powodowała, że był takim niesłychanie skutecznym liderem, do tego jeszcze dającym wolność wyboru formy działalności. Każdy mógł robić to, co chciał, chociaż Kornel od wszystkich wymagał jednej rzeczy. Każdy musiał być drukarzem. Jeden człowiek się od tego wymigał, nieżyjący już Pedro, czyli Jurek Pietraszko, wykładowca na Politechnice. On miał taką długą brodę. Kornelowi powiedział: słuchaj, mi w brodę wchodzą kilogramy farby, nie mogę drukować. „No dobra”. To jest właśnie ta pojednawczość Kornela, budująca porozumienie.

Druga rzecz to właśnie to, że absolutnie wszystko jest możliwe i wszystko człowiek potrafi zrobić. Kornel jeździł samochodami, które już wiele lat wcześniej osiągnęły ostateczną śmierć techniczną, ale on siadał, coś się zepsuło, wychodził, rozglądał się, patyk, sznurek, drut, związał – jedzie dalej. Nie miał zielonego pojęcia o budownictwie, wziął i wspólnie z teściem i przyjaciółmi zbudował dom, w którym można było mieszkać. Wszystkiego się nauczył. Potem założył ogród, uprawiał pole, siał, kosił, orał, założył pasiekę. To były te cechy Kornela, że możemy zrobić absolutnie wszystko, spokojnie, krok po kroku, wszystkiego możemy się nauczyć, z wszystkimi się zjednoczyć, z wszystkimi nawiązać współpracę.

Wracając do tych czasów dawnych, lat pięćdziesiątych. Kornel był przerażony zagrożeniem atomowym, w związku z czym postanowił, że w swoim życiu musi wszystko zrobić jak najszybciej. Dlatego 17 lat miał, gdy zdał maturę i dostał się na studia, 18 lat miał, gdy się ożenił, 20 lat został ojcem, a potem kilka razy to powtórzył. Miał 21 lat, gdy skończył studia, przed 30 doktorat, i to wybitny. W takim dużym tempie, jak najwięcej dokonać.

A dlaczego Wrocław? Otóż medycyna nie należała do największych pasji Kornela, natomiast uznał, że skoro nasz kraj jest pełen chorych, okaleczonych, to najbardziej potrzebni są lekarze. W związku z czym postanowił zdawać w Warszawie na medycynę. I o mały włos by się nie dostał. Był 1958 rok i dowiedział się, że we Wrocławiu można jeszcze złożyć papiery na uniwersytet na fizykę. Przyjechał, zdał egzaminy i w tym momencie został mieszkańcem Dolnego Śląska.

Wrocław wyglądał tak samo jak Warszawa, był taką samą stertą gruzów, od razu czuł się tu jak u siebie w domu. We Wrocławiu i okolicach mieszkało trochę przyjaciół jego rodziny. Między innymi wspomniany przez dr Łukasza Sołtysika pan Roland Winciorek, to też jest postać, która zasługuje na książkę. Właśnie u Winciorków w Wilczynie Leśnym koło Wrocławia Kornel spędzał dużo czasu. Roland był bohaterem wojny, mnóstwo przeżyć, Armia Krajowa, potem Wolność i Zawisłość, brat zabity przez UB. Natomiast Roland, niezwykła rzecz, w swoim dzieciństwie znał Reymonta. Władysław Reymont, moim zdaniem pisarz o wiele większy niż to się uważa, u niego gospodynią w wiosce, która dziś się nazywa Lipce Reymontowskie, była matka Rolanda. Dlatego Roland pierwsze lata życia siedział czasem na kolanach Reymonta. I ja mam wrażenie, że niektóre myśli Reymonta, to są dosłownie myśli, takie jak Kornela. Na przykład, że życie jest po to, żeby działać, rozsypać energię, dobrą energię na całym świecie. To mi brzmi bardzo Kornelowo. A druga, że rzeczywistość jest utkana z tej samej przędzy, co marzenia. I to jest Reymont, ale myślę, że także kwintesencja myślenia Kornela.

Więc Kornel jest we Wrocławiu, mamy marzec 1968 rok, wybuchają strajki, protesty, przy czym we Wrocławiu one mają charakter bardziej wolnościowy, a nie tylko bytowy. Kornel wtedy bierze się za drukowanie, jeszcze w postaci odbitek fotograficznych. Kończył się marzec 1968 strasznymi represjami, dotykają one głównie studentów Politechniki. Akurat na Uniwersytecie Wrocławskim był najwspanialszy rektor, jaki był w całej Polsce, czyli prof. Alfred Jahn, który cały czas stawał w obronie każdego człowieka ze swojej uczelni. Sam za to drogo zapłacił, a w zasadzie nauka polska zapłaciła, ponieważ prof. Alfred Jahn, wybitny polarnik, został potem odsunięty i zablokowano mu drogę kariery.

Natomiast to właśnie wtedy Kornel włączył się w działania i w tym momencie zaczął się pojawiać szereg świetnych, naprawdę niesamowitych ludzi, którzy z Kornelem będą do samego końca. Kolejna działalność Kornela w 1968 roku: w czasie pochodu 1-majowego rozrzucano ulotki w obronie studentów relegowanych i aresztowanych. W sierpniu 1968 Kornel jest znowu w Wilczynie u Winciorków ze swoją żoną Jadzią, ośmioletnią Anią, trzyletnią Martą i dwumiesięcznym Mateuszem i dociera wiadomość o agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Wtedy z Wojtkiem Winczorkiem, synem Rolanda, biorą farby, pędzle i wieczorem idą do Obornik Śląskich, tam, gdzie przebiega jedna z najbardziej uczęszczanych linii kolejowych w Polsce i do samego rana malują wzdłuż torów, w proteście wobec inwazji na Czechosłowację. Potem Kornel z przyjaciółmi rozwiesza w wielu miastach Polski klepsydry śp. Jana Palacha, czeskiego studenta, który w proteście przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i wobec apatii czeskiego społeczeństwa w styczniu 1969 dokonał w Pradze aktu samospalenia.

Takim ważnym momentem w tej historii, takim, który będzie miał bardzo duże konsekwencje w ruchu niepodległościowym, jest budowa chaty pod lasem w Pęgowie niedaleko Wrocławia. Przewinęły się tam setki osób, najprzeróżniejszych środowisk. Przychodzili okoliczni rolnicy, przyjeżdżali studenci, pracownicy naukowi, zwykle te spotkania trwały do późnych godzin nocnych. To było fajne miejsca, żeby trochę odpocząć, był piękny las, niedaleko woda. Przyjeżdżało całe mnóstwo znajomych, przy ognisku śpiewano i dyskutowano, zawiązywały się przyjaźnie. Potem okazało się, że spośród tych ludzi rekrutowało się bardzo wielu późniejszych działaczy podziemia i to z przeróżnych środowisk, bo jak Kornel zaczął drukować i wydawać swoje pisma, to oddziaływało na różne środowiska. I właśnie lata 70. to jest czas, w którym Kornel dojrzewał do idei, jak odzyskać niepodległość.

Podstawowy wniosek był taki, że raczej nie jest realne, żeby Polska do niepodległości wyrwała się sama. Trzeba nawiązać współpracę z innymi narodami, które też może chcą wolności. Oczywiście to mogło wyglądać fantastycznie, jak przerzucić działalność za granicę?! Kornel jako naukowiec miał przyjaciół, fizyków, matematyków, ludzi z dziedzin ścisłych, z kontaktami w Związku Sowieckim. Często ludzie nauk ścisłych dlatego zajmowali się tymi dziedzinami, bo nie były nacechowane ideologicznie. Tam byli również ludzie niekochający systemu. Więc to jest pierwsza rzecz.

Druga, dużo dziwniejsza. Otóż na ziemiach zachodnich mieszkało mnóstwo ludzi, którzy mieli kontakt na wschodzie, gdzieś w Grodnie, Stanisławowie czy Lwowie. Ci ludzie za wschodnią granicą, nie tylko nie kochali Związku Sowieckiego, ale często byli to ludzie, którzy przeszli przez Syberię. Oni tam poznali różnych antykomunistów i to z całego Związku Sowieckiego: z Uzbekistanu, Kazachstanu, etc. I teraz: ludzie związani z Kornelem, którzy od lat jeździli do swoich krewnych mieszkających za wschodnią granicą PRL, zawsze coś przemycali. Najczęściej dewocjonalia, które były zakazane. A potem, jak już współpracowali z nami, to przemycali przede wszystkim umiejętności.

Więc taki był pogląd Kornela na niepodległość – nie w pojedynkę, razem. No i mamy już drugą połowę lat siedemdziesiątych. Jest ożywienie rozmaitych ruchów opozycyjnych: cała mozaika organizacji, środowisk. Kornel miał do nich kontakt, uczestniczył w spotkaniach. Wspominał jedno z takich spotkań, na które przyszli ludzie z różnych środowisk opozycyjnych. I kiedy przyszedł czas, żeby Kornel zabrał głos, powiedział: Słuchajcie, o czym wy w ogóle gadacie? Naszym celem jest niepodległość. O to trzeba walczyć.

W tym czasie zdarzyło się, że Jan Waszkiewicz wydający Biuletyn Dolnośląski, poprosił Kornela o pomoc. Biuletyn miał straszne problemy. Co chwilę SB zgarniało tych biednych drukarzy, zamykali ich, przepadał sprzęt, papier. I sam Jaś Waszkiewicz przyszedł do Kornela i mówi: słuchaj, może ty byś tym się zajął.

Kornel powiedział, w porządku, ale wprowadził swoje reguły. Po pierwsze żelazna konspiracja. Panowie, jak druk, to się zamykacie w tym domu, czy mieszkaniu i nosa nikt nie wystawia. Macie jedzenie, papierosy i nikt z was nie wychodzi. Bo jeżeli was drukarzy jest mało, a funkcjonariuszy SB jest 10 razy więcej, to my nigdy ich nie pokonamy, jeżeli będą takie proporcje. Musimy je odwrócić. Nie może być tak, że na jednego drukarza przypada 10 ubeków. Musimy doprowadzić do tego, żeby na jednego ubeka przypadało 10 drukarzy.

I Kornel zaczął szukać drukarzy. We wszystkich możliwych środowiskach, trafia nawet do hipisów. Właśnie wśród nich był Antek Rosiak, to był facet, który zakładał razem z Mirkiem Chojeckim Niezależną Oficynę Wydawniczą. Do tego jeszcze to był człowiek o świetnym piórze, często utrzymywał się z wygrywania konkursów literackich. Takim drugim był Krzysztof Gulbinowicz, genialne pióro. Tam był Wiesiek Moszczak, znakomity, w zasadzie można powiedzieć, że Wiesiek był pierwszym drukarzem stanu wojennego w Polsce.

Kornel był na początku wstrząśnięty, jak zobaczył to hipisowskie towarzystwo. Ale tak jak to on, uważał, że każdy może się przydać, każdy się do czegoś nadaje – a potem był zachwycony, okazali się tak znakomitymi, ogromnie przydatnymi ludźmi. Kornel uruchomił wielką akcję, żeby jak najwięcej szkolić drukarzy i ta akcja była prowadzona praktycznie do końca lat osiemdziesiątych. Ja wtedy miałem lat osiemnaście i przeszedłem taki kurs. Tam było wielu nauczycieli, najbardziej znani to Barbara Sarapuk i Bogdan Błażewicz, którzy wyszkolili setki drukarzy, a ci, którzy się nauczyli, mieli szkolić następnych.

Kornel mówił: owszem, jeżeli nam się trafi offset, to pracujemy, ale powielacze mają tak, że trudno je zdobyć, a łatwo stracić. Na jednym offsecie, tak bywało w Warszawie, jechało 100 redakcji różnych gazet, ale jak bezpieka zabrała offset, to te 100 redakcji zamieniały się w 100 grupek z pustymi rękami. A ramkę każdy mógł złożyć, każdy mógł na niej drukować. Masa ludzi była w stanie to mieć w domu, stworzyć sobie warsztat drukarski w ciągu jednego dnia, drukować nawet wtedy, kiedy innych zgarną. Tym samym powstawało coś, co da się nazwać – drukiem niezniszczalnym.

Mamy tyle drukarzy, tyle możliwości drukowania, że nigdy żadne siły nad tym nie zapanują. Ci ludzie, którzy później jeździli, żeby przenosić idee i tworzyć organizację również poza naszymi granicami, gdzieś w Związku Sowieckim, czy w innych krajach demoludów, to właśnie oni przyjeżdżali z takimi umiejętnościami, docierali nawet do Uzbekistanu, Kazachstanu i tam uczyli tego innych ludzi. W 2007 roku, jak mieliśmy 25. rocznicę Solidarności Walczącej, przyjechało sporo ludzi właśnie z tych krajów, z dawnego Związku Sowieckiego.

Ja bym powiedział, że w zasadzie rok przed Sierpniem 1980 roku zaczęło się tworzyć coś, co dałoby się nazwać Solidarnością Walczącą, znaczy już pojawiło się takie duże, rosnące grono ludzi, którzy ze sobą współdziałali i którzy, dzięki temu właśnie, 13 grudnia dysponował taką bazą drukarską i ludzką przede wszystkim – wyszkolonymi drukarzami.

Nikt nie był w stanie stworzyć podobnej struktury podziemnej, jaką wtedy 13 grudnia, pierwszego dnia stanu wojennego stworzył Kornel. A przypomnę, że tego dnia został zredagowany pierwszy numer „Z dnia na dzień”, który ukazał się już następnego dnia. Te gazetki ukazywały się co dwa dni, przez parę miesięcy w nakładzie, który – w związku z tym, że każdego dnia ruszały kolejne drukarnie – sięgał 10 tysięcy egzemplarzy.

A do tego jeszcze mówimy o gronie naukowców: fizyków, elektroników, inżynierów. Pojawiają się takie rzeczy, jak emisje audycji radiowych, kontrwywiad SW z nasłuchem częstotliwości esbeckich. Więc dzieją się niesamowite rzeczy i to jest właśnie ta myśl Kornela, że z ludźmi, z którymi się z grubsza zgadzamy, możemy robić wszystko. Po prostu sky is the limit. W związku z tym właśnie ta organizacja Kornela jako jedyna w Polsce zaczęła być definiowana przez bezpiekę jako organizacja o charakterze ofensywnym, czyli organizacja, która się nie tyle broni, tylko wdziera się na takie obszary, które bezpieka uważała, że są niemożliwe, żeby tam się jakakolwiek działalność pojawiła.

Owocowały przeróżne kontakty. Nawet nie było pytania, skąd jesteś, co będziesz drukował. Chcesz drukować, czyli jesteś przeciw komunie, czyli działasz poza zasięgiem cenzury, podważasz w jakiś sposób system, rozwalasz go, to ci pomagamy. To było właśnie takie Kornelowe podejście, że każdy człowiek, opozycja, bez względu na poglądy, może i powinien działać. W samej Solidarności Walczącej były różne odłamy: syndykaliści, solidaryści, liberałowie, konserwatyści, nawet anarchiści się znaleźli. Naszym wspólnym mianownikiem była niepodległość. Obalamy komunizm i mamy niepodległość. To jest nasz wspólny cel i wszyscy, którzy do tego samego zmierzają, z nimi jest nam po drodze.

Więc ta organizacja, która w sumie wydawała 146 tytułów w sferze prasy i której działalność radiowa była wielokrotnością wszystkich innych niezależnych inicjatyw radiowych w Polsce, razem wziętych, ona również – począwszy od roku 1986-1987 – była adresatem propozycji reżimu komunistycznego. To było coś takiego: słuchajcie, w perspektywie najbliższych lat będą częściowo przynajmniej wolne wybory, będziecie mogli gazety legalnie drukować, będziecie mieli prawo startować do Sejmu. Jeżeli chcecie do tego dołączyć, to jest tylko jeden warunek – nie macie się wtrącać w sprawy Związku Sowieckiego.

Dla Kornela była to rzecz nie do zaakceptowania. On już wcześniej spotkał się z przykrością, która jednak wyszła na zdrowie. Otóż w roku 1979 Sowieci napadli na Afganistan. Kornel, którego Biuletyn Dolnośląski otrzymywał wsparcie z takiego funduszu, który znajdował się w dyspozycji Komitetu Obrony Robotników, opublikował artykuł na temat agresji ZSRR na Afganistan. W tym momencie – ciach, nie ma wsparcia. I okazało się ostatecznie, że Biuletynowi wyszło to na zdrowie. Wskutek reorganizacji i rozbudowie siatki kolporterskiej nakłady wzrosły, zasięg się powiększył. Biuletyn miał większy rozmiar, a do tego jeszcze Kooperatywa wydawnicza Wyzwolenie, która wydawała wtedy Biuletyn Dolnośląski, zaczęła drukować książki, różne inne tytuły prasy, znaczki.

Widzicie Państwo, część opozycji uważała, że absolutnie nie wolno mieszać się w sprawy Związku Sowieckiego. A Kornel uważał, że bez współdziałania z innymi narodami, zjednoczonymi tą samą biedą, nie odzyskamy prawdziwej niepodległości. Dlatego musiał to odrzucić.

Zresztą ten człowiek, który najdalszy był od jakiegoś politykierstwa, stwierdził, że woli odejść z kręgu politycznej manipulacji, niż dołączyć do budowania tego ładu, który będzie z gruntu niesprawiedliwy, z gruntu krzywdzący dla Polski, a w perspektywie być może dla polskiej niepodległości zabójczy.

Później, jak Kornel wspominał wybory 4 czerwca 1989 roku, to mówił, że z początku się cieszył ze zwycięstwa, a najbardziej z tego, że lista krajowa jest wycięta. Ale potem okazało się, że dla tych, którzy organizowali tę, tak zwaną solidarnościową stronę, to ważniejsza była lojalność w stosunku do funkcjonariuszy reżimu i ważniejsze były interesy PZPR i tamtej strony niż interesy Polski i Polaków.

Potem przyszło to straszne wydarzenie, w trzecią rocznicę 4 czerwca, kiedy obalono premiera Jana Olszewskiego. Okazało się tego dnia, że większość polskiego sejmu uważa, że agenci mają prawo nie tylko być posłami, ministrami, ale mają prawo zajmować najwyższe urzędy, z urzędem prezydenta włącznie. I stąd pytanie premiera Olszewskiego: „czyja będzie Polska” i w którą stronę Polska będzie zmierzała – jest ciągle aktualne.

Zakończę może cytatem. Otóż 10 lat temu zostały przyznane pierwszej grupie ludzi Solidarności Walczącej Krzyże Wolności i Solidarności. Kornel zwrócił się wtedy do wyróżnionych takimi słowami: te oznaczenia wam się oczywiście należą, ale nie traktujcie ich jako jakiegoś uhonorowania czy podziękowania, tylko traktujcie je przede wszystkim jako zobowiązanie, ponieważ od obowiązków wobec Ojczyzny na żadną rentę, czy emeryturę nie przechodzi się nigdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *