Pacyfikacja zamiast ochrony

Prawo działa nie tylko wtedy, gdy jest wygodne dla Berlina, Brukseli albo polskich komentatorów powtarzających cudzą narrację. Prawo albo obowiązuje wszystkich, albo staje się dekoracją do politycznej przemocy.

W ostatnich dniach media zalała fala manipulacji i bezwzględnego hejtu wymierzonego w delegację Ruchu Obrony Granic oraz Roberta Bąkiewicza. Machina propagandowa próbuje za wszelką cenę odwrócić kota ogonem i wmówić opinii publicznej, że Polacy pojechali do Berlina łamać prawo.

Choć sam nie brałem bezpośredniego udziału w tych wydarzeniach, jako członek Ruchu Obrony Granic całym sercem i pełną wiedzą solidaryzuję się z naszymi poturbowanymi kolegami. Nie mogę milczeć, gdy brutalna siła fizyczna i kłamstwo medialne próbują zastąpić twarde fakty prawne.

A fakty te są porażające dla strony niemieckiej. Robert Bąkiewicz wraz z delegacją ROG udał się pod berliński pomnik upamiętniający polskie ofiary niemieckiego terroru z czasów II wojny światowej. Ich intencja była czysta, skromna i głęboko zakorzeniona w naszej tożsamości – chcieli w spokojny sposób odmówić modlitwę i złożyć symboliczny krzyż w miejscu pamięci narodowej.

W odpowiedzi zostali zaatakowani przez niemiecką policję, która zachowała się w sposób skandaliczny. Robert został powalony na ziemię, skopany i zakuty w kajdanki, a z miejsca zdarzenia zabrała go karetka pogotowia z podejrzeniem wstrząsu mózgu oraz pękniętych żeber.

Niemiecka narracja o rzekomej „nielegalności” polskiego zgromadzenia rozpada się w pył przy jakiejkolwiek rzetelnej analizie przepisów. Przede wszystkim warto podkreślić to, co przemilczają media: pomnik ten znajduje się w otwartej przestrzeni publicznej, która nie jest objęta żadnymi nadzwyczajnymi zakazami ani specjalnymi strefami wyłączonymi z manifestacji. Wbrew kłamstwom powtarzanym w Internecie, znajduje się on POZA strefą objętą szczególną ochroną ze względu na bliskość budynków państwowych. To miejsce, gdzie regularnie i bez żadnych przeszkód swoje poglądy manifestują chociażby organizacje klimatyczne.

Co więcej, w trakcie wydarzenia polska delegacja dopełniła wszelkich starań i formalnie zgłosiła zgromadzenie jako spontaniczne, a policja to zgłoszenie przyjęła. Zgodnie z niemiecką ustawą o zgromadzeniach, taka forma ekspresji jest w pełni legalna i od momentu zgłoszenia korzysta z natychmiastowej ochrony państwa.

Rozwiązanie takiego zgromadzenia przez policję wymaga zaistnienia skrajnych przesłanek, takich jak bezpośrednie i realne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Nic takiego nie miało miejsca.

Największy skandal kryje się jednak w sferze prawa międzynarodowego i porażającej hipokryzji zachodnich instytucji. Zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, miejsca pamięci podlegają szczególnej ochronie prawnej. Zgromadzenia w takich miejscach, mające na celu oddanie hołdu ofiarom, są bezpośrednio i bezwzględnie chronione przez art. 11 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (EKPC). Niemieccy funkcjonariusze mieli prawny obowiązek to zgromadzenie zabezpieczać, a nie je pacyfikować.

Tutaj ujawnia się obrzydliwy mechanizm podwójnych standardów. Kiedy Europejski Trybunał Praw Człowieka wydaje wyroki uderzające w Polskę, w nasz ustrój i suwerenny porządek prawny – choć w ogóle nie ma do tego prawnych kompetencji – Berlin i unijne salony natychmiast domagają się od nas ślepego i bezwzględnego posłuszeństwa w imię mitycznej „praworządności”.

Kiedy jednak te same umowy i orzeczenia dotyczą tego, do czego faktycznie zostały stworzone – czyli realnej ochrony fundamentalnych praw człowieka, w tym prawa Polaków do pokojowego manifestowania i modlitwy za pomordowanych przodków – Niemcy zupełnie się nimi nie przejmują. Brutalnie je ignorują i depczą butami policyjnymi.

Rodzi się więc fundamentalne pytanie: po co nam międzynarodowe umowy i konwencje takie jak EKPC, które w teorii mają wiązać wszystkich, a w praktyce stanowią bicz wyłącznie na kraje takie jak Polska, podczas gdy silniejsze państwa, jak Niemcy, mogą je sobie bezkarnie lekceważyć?

Ta rażąca dysproporcja prawna idzie w parze z brutalnością, która w demokratycznym państwie nigdy nie powinna mieć miejsca. Nawet gdyby z urojonych powodów niemiecka policja dopatrzyła się tam jakichkolwiek uchybień proceduralnych, dysponowała całym wachlarzem tak zwanych miękkich środków: od wezwań przez megafony, przez wyznaczenie kordonu, aż po próby negocjacji.

Tymczasem od razu rzucono się na Polaków z nieludzką agresją. Ponieważ członkowie ROG zachowywali się w stu procentach pokojowo i nie stawiali najmniejszego oporu fizycznego, działanie policji nie miało nic wspólnego z legalnymi środkami przymusu bezpośredniego. Środki te mają bowiem służyć wyłącznie przywróceniu porządku, a nie fizycznemu odwetowi. To, co zobaczyliśmy, było ordynarnym pobiciem bezbronnych ludzi.

Niemcy od lat prowadzą wobec Polski bezwzględną politykę dominacji historycznej, próbując rozmyć własną odpowiedzialność za zbrodnie i zamknąć usta każdemu, kto upomina się o sprawiedliwość i reparacje. Nie możemy pozwolić, aby brutalna siła fizyczna i medialne kłamstwa wymazały prawdę o tamtych wydarzeniach.

Dzisiaj stajemy przed koniecznością zorganizowania profesjonalnej i kosztownej pomocy prawnej dla Roberta Bąkiewicza oraz poturbowanych uczestników, aby dowieść bezprawia strony niemieckiej przed tamtejszymi sądami.

List do zwolenników Ruchu Obrony Granic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *