Węgrzy wybrali Pétera Magyara

Tusk po węgiersku czy Orbán w wersji light?

Na Węgrzech odbyły się wybory. Do nowego parlamentu – po raz pierwszy od upadku komunizmu – nie weszła ani jedna partia postkomunistyczna, a nawet żadna partia lewicowa. Wiązało się to jednak również z tym, że po 16 latach rządzenia partia Viktora Orbána Fidesz (czytaj: fides) została zmuszona do przejścia do opozycji w parlamencie.

Jedną z przyczyn jego porażki było to, że w końcowej fazie kampanii wyborczej wyszło na jaw wiele faktów dotyczących rosyjskich wpływów na Węgrzech. Dla większości wyborców najwyraźniej to już było nie do przyjęcia. Także nie dali oni wiary wizji rzekomego zagrożenia ze strony Ukrainy, która stanowiła najbardziej powtarzaną mantrę ustępującego rządu. Partia Tisza (czytaj: tisa), zorganizowana wokół krytyki rządu Orbána, zdobyła 71% mandatów w parlamencie, co stanowi rekord w historii węgierskiej demokracji, podobnie jak niemal 80-procentowa frekwencja wyborcza.

Sam premier Orbán określił porażkę jako bardzo ciężką i ogłosił, że bierze na siebie odpowiedzialność za nią. Nie musimy się jednak z tą oceną koniecznie zgadzać. Wspólna lista dotychczas współrządzących partii Fidesz i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej zdobyła blisko 39%, co w wielu innych krajach europejskich uchodziłoby za znakomity wynik. Inną kwestią jest to, że ponad połowę węgierskiego parlamentu stanowią zwycięzcy jednomandatowych okręgów wyborczych, a wśród 106 okręgów kandydaci Fideszu i chadeków zwyciężyli jedynie w 10.

Magyar Peter na platformie X. Niewidomy dr Vilmos Kátai-Németh, zostanie ministrem spraw społecznych i rodziny.

Główny rywal Viktora Orbána, powstała dwa lata temu partia Tisza – której lider Péter Magyar wcześniej sam należał do obozu Fideszu – zdobyła 53% głosów na listach. Jednocześnie w wyborach w okręgach jednomandatowych zdołała wygrać aż w 96 z 106 okręgów. Dzięki temu w parlamencie będzie miał większość przekraczającą dwie trzecie. Taka większość wystarcza do zmiany konstytucji w dowolnym momencie, a więc zapewnia rządowi bardzo szerokie pole manewru.

Orbán, który także przez 16 lat dysponował większością konstytucyjną, wielokrotnie korzystał z niej. Najprawdopodobniej Péter Magyar również tak zrobi. Kiedy przejął z rąk prezydenta republiki mandat do utworzenia rządu, wezwał jednocześnie prezydenta, wybranego przez poprzedni parlament, do złożenia rezygnacji. A co się stanie, jeśli prezydent nie zrezygnuje? Magyar stwierdził, że dysponując większością przekraczającą dwie trzecie, nie będzie trudno znaleźć na to sposób.

W tegorocznych wyborach łącznie można było głosować na pięć partii. Spośród trzech mniejszych ugrupowań żadnemu nie udało się wygrać choćby w jednym okręgu wyborczym. Partia postkomunistyczno-lewicowa Demokratyczna Koalicja osiągając 1,1% głosów oraz Partia Psa o Podwójnym Ogonie z 0,8%, nie dostały się do parlamentu. Lista radykalnie prawicowego Mi Hazánk („Nasza Ojczyzna”) zdobyła jednak – mimo bardzo wysokiej frekwencji – blisko 6%, dzięki czemu wprowadziła do parlamentu 6 posłów.

Oprócz Mi Hazánk, również Fidesz oraz Chrześcijańscy Demokraci uważają się za partie prawicowe. Jeśli chodzi o Tisza, to nie zwykła ona określać się jako prawicowa i na ogół unika ideologicznej autoidentyfikacji. Ponieważ jednak należy do Europejskiej Partii Ludowej, zagraniczni analitycy zazwyczaj klasyfikują ją jako ugrupowanie centroprawicowe – czego Tisza, choć nie potwierdza, ale też nie zaprzecza. Jeśli przyjmiemy, że Tisza rzeczywiście jest prawicowa, tyle że „umiarkowana”, to można powiedzieć, że Węgry będą miały parlament w 100% prawicowy, co również jest czymś wyjątkowym w historii kraju i Europy.

Demonstracja Tiszy, transparent udający bilet lotniczy Fideszu do Moskwy.

Różne odcienie prawicy będą w nim reprezentowane, będą ze sobą konkurować, ale także – do pewnego stopnia – współpracować. Wszystkie dyskusje będą prowadzone w gronie szeroko pojętej prawicy. Wygląda na to, że węgierski wyborca całkiem dobrze się czuje bez tego, by w parlamencie wybranym przez niego znajdowała się lewica lub jakiekolwiek wyraźnie liberalne ugrupowanie.

Trzeba jednak dodać, że na Węgrzech wielu uważa Tiszę za partię de facto liberalną. Naczelny ideolog Viktora Orbána, Balázs Orbán opisał Pétera Magyara, jako podobnego do Emmanuela Macrona, który ma kilka miłych słów do wyborców prawicowych, ale w sumie jest liberałem. Na tej samej zasadzie wyborcy Fideszu skłonni są także uważać, że Péter Magyar jest węgierskim Donaldem Tuskiem. Mają ku temu zresztą pewne podstawy, ponieważ polski premier niewątpliwie należy do grona wzorów przyszłego węgierskiego premiera.

Natomiast „stara opozycja”, złożona z postkomunistów i liberałów, od której Tisza najpierw przejęła rolę przywódczą w obrębie opozycji, a teraz wyparła ją także z parlamentu, oskarża Tiszę o to, że nie stanowi prawdziwej alternatywy wobec dotychczasowego rządu. W kampanii mówiono, że jako premier Péter Magyar będzie jedynie „Orbánem light”.

Powstała niemal śmieszna sytuacja, gdy dwa dni po wyborach ktoś zorganizował publiczną debatę między liberalno-lewicowym prezydentem miasta Budapeszt Gergelyem Karácsony a jednym z założycieli Fideszu, Zsoltem Németh. (To ten sam Németh, który tuż przed wyborami węgierskimi przyjechał do Wrocławia, by darować miastu popiersie generała Józefa Bema.) Polityk Fideszu, właśnie odsuniętego od rządów, rozpoczął rozmowę od triumfalnego ogłoszenia, że w parlamencie nie ma już partii postkomunistycznej. Z kolei stojący od dawna w opozycji wobec Fideszu prezydent stolicy, zamiast cieszyć się z odsunięcia Fideszu od władzy, przez całą debatę narzekał, że Tisza będzie rządzić samodzielnie – i to z większością dwóch trzecich.

A jednak Tisza, mimo tej superwiększości, nie będzie miała zanadto wygodnej sytuacji. Nie posiadając wyraźnej własnej ideologii, zorganizowała się wokół jednego wspólnego mianownika – odsunięcia od władzy Viktora Orbána. Dzięki temu Péter Magyar zdołał przejąć zarówno wyborców partii postkomunistycznych, lewicowych i liberalnych, jak i przyciągnąć rozczarowanych, prawicowo-chrześcijańskich zwolenników Fideszu. Cel został jednak osiągnięty – i teraz trzeba będzie sprostać oczekiwaniom całkowicie zróżnicowanego elektoratu.

Cztery dni po wyborach rozeszła się wiadomość, że Péter Magyar zamierza powołać na stanowisko ministra edukacji przewodniczącą szkół Zakonu Cystersów, panią Ritę Rubovszky, która przez długi czas pełniła funkcję przewodniczącej Europejskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Katolickich. Konserwatywni wyborcy pokonanego Fideszu i chadecji przyjęli to z ulgą. Natomiast liberalni komentatorzy w mediach społecznościowych, którzy do tej pory wypowiadali się za Tiszą, wpadli wręcz w histerię. Przyszły premier ostatecznie ogłosił, że na ten urząd mianuje Juditę Lannert, uważaną w konserwatywnych mediach za „ultraliberalną” i popierającą LGBT.

Podobnie jak Tusk, również Magyar obiecał, że zdobędzie środki unijne, które Bruksela dotąd wstrzymywała wobec Węgier, powołując się na rzekome niedobory praworządności. Chodzi o około 27 miliardów euro, co – jak na rozmiary Węgier – stanowi bajeczne źródło finansowe. Z tej sumy 10 miliardów przepadnie, jeśli do sierpnia nie zostanie osiągnięte porozumienie z Brukselą. Do tej sytuacji przymusowej nawiązała Ursula von der Leyen, mówiąc, że zmianę rządu na Węgrzech Unia powinna wykorzystać do zniesienia prawa weta stosowanego w ramach wspólnej polityki zagranicznej. Nie będzie to jednak łatwe, mimo trudnej sytuacji przyszłego rządu węgierskiego, ponieważ uzyskanie spornych środków formalnie nie jest uzależnione od ustępstw Węgier w kwestii weta. Ponadto wymagałoby to również zmiany Traktatu o Unii Europejskiej, co oznaczałoby otwarcie puszki Pandory.

Sytuacja w kwestii gender jest bardziej chwiejna. Uzyskanie środków finansowych jest bowiem także formalnie uzależnione od wzmocnienia praworządności, która – jak urzędnicy Unii są skłonni interpretować prawo – obejmuje także rozszerzenie praw osób LGBT. Co więcej, część wyborców Tiszy popierałaby reformy w tym kierunku. Nie jest jednak oczywiste, że nowy rząd będzie nadmiarnie chętny do daleko idących ustępstw w tej sprawie. Wśród jego wyborców znajdują się bowiem również przekonani chrześcijanie. Według jednego z badań, większość ochrzczonych Węgrów, a także mniej więcej jedna trzecia regularnie chodzących do kościoła, głosowała na Tiszę.

Nowy rząd jednak nie będzie miał za silnej pozycji negocjacyjnej. Będzie mu bardzo zależało na zdobyciu środków unijnych, dziedziczy bowiem szczególnie trudną sytuację gospodarczą. Węgierska gospodarka od pięciu i pół roku pozostaje w stagnacji. Dotychczasowa polityka Fideszu, oparta na bardzo silnej ingerencji państwa w gospodarkę, sprawiła, że duża część węgierskich firm odzwyczaiła się od prawdziwej konkurencji. Firmy powiązane z Fideszem czerpały zyski głównie z państwowych zamówień, a nawet te, które pozornie z powodzeniem weszły na rynki międzynarodowe, często zawdzięczały to temu, że węgierska dyplomacja zdobywała dla nich kontrakty w Rosji lub Chinach. Finansowanie funkcjonowania państwa w dużej mierze opierało się na różnicy cen ropy naftowej kupowanej tanio w ramach dobrych relacji węgiersko-rosyjskich, a następnie sprzedawanej drogo na stacjach benzynowych.

Niską cenę ropy rząd Orbána okupił wysokim kosztem politycznym. Rosyjskie wpływy w kraju oraz rosnąca izolacja Węgier w Europie stały się głównym tematem w ostatnich dni kampanii wyborczej. Dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi opublikował nagrania zachodnich służb wywiadowczych z rozmów telefonicznych węgierskiego ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z jego rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem, w których miał on przyjmować „prośby” dotyczące tego, kogo węgierska dyplomacja powinna usuwać z unijnych list sankcyjnych. Na innym nagraniu węgierski minister spraw zagranicznych oferuje, że za pośrednictwem ambasady w Moskwie przekaże stronie rosyjskiej dokumenty UE, które Ławrow chciał zobaczyć. Podobne informacje ujawniono również w związku z rozmowami Szijjártó z ministrem spraw zagranicznych Iranu, sojusznika Rosji. Jak zapytano ministra Szijjártó o komentarz, odpowiedział, że przecież wszystko co występuje na tych nagraniach jest absolutnie normalne.

Znany potentat biznesowy, który wcześniej utrzymywał bliskie relacje z rządem Viktora Orbána, oświadczył, że stawką wyborów jest przynależność Węgier do Europy albo do Rosji. W ostatnim dniu przed wyborami ambasador Węgier w Rydze również opublikował wpis, w którym stwierdził, że Węgrzy nigdy nie trzymali się z Rosją, lecz zawsze byli związani ze światem zachodnim. Jak napisał, Węgrzy wysyłają swoje dzieci na studia nie do Rosji, lecz do Ameryki, Niemiec czy Finlandii. Zostało to też powszechnie odebrane jako otwarty bunt jednego z przedstawicieli orbánowskiej polityki zagranicznej przeciwko dotychczasowemu serwilizmowi wobec Rosji.

Wszystko to wyszło na jaw po tym, jak wcześniej Fidesz i chadecy przez długi czas ostro spierali się z Ukrainą. Od lat krytykowali ją za to, że nie składa broni wobec rosyjskiej agresji oraz w imię sprawy ukraińskiej wysyła na front także młodych ludzi z mniejszości węgierskiej. Mieli oni umrzeć za sprawę narodową w której mniejszości, w tym również Węgrów, pozbawiono szeregu praw językowych i edukacyjnych.

W ostatnich tygodniach przed wyborami krytyka Ukrainy ze strony rządu Fideszu przerodziła się wręcz w histerię. Partię Tisza przedstawiano jako „piątą kolumnę” Ukraińców, której jedynym rzeczywistym celem ma być wciągnięcie Węgier do wojny. Prezydenta Zełenskiego – na podstawie jednej, dwuznacznej wypowiedzi – oskarżano o to, że chce doprowadzić do atentatu na Viktora Orbána. Głoszono, że Ukraińcy celowo nie naprawiają uszkodzonego w wyniku rosyjskiego bombardowania rurociągu naftowego Drużba (Przyjaźń), ponieważ chcą w sferze energetyki zmusić węgierski rząd do uległości. Węgierska jednostka antyterrorystyczna, bez żadnej podstawy prawnej, zatrzymała i skonfiskowała samochód ukraińskiego banku państwowego przewożący gotówkę i złoto, twierdząc, że pieniądze te z pewnością mają posłużyć finansowaniu wojny.

Kiedy Viktor Orbán skierował nawet wojsko do ochrony węgierskich elektrowni i innej infrastruktury krytycznej, aby – jak mówiono – nie padły ofiarą ewentualnego ukraińskiego ataku, wielu zaczęło postrzegać te wydarzenia jako farsę. Czyżby Ukraińcy nie mieli dość krzywdy wynikającej z rosyjskiej agresji, skoro mieliby chcieć wplątać się w konflikt wojenny z państwem członkowskim NATO? Jeden oficer, który wbrew regulaminowi wojskowemu udzielił wywiadu na temat panujących w armii rzekomo fatalnych warunków, powiedział, że żołnierze żartują między sobą z zagrożenia ze strony Ukrainy. Gdy kończy się ciepła woda pod prysznicem, mówią: „Uwaga, Ukraińcy już zajęli kotłownię”.

W rezultacie wybory stały się swojego rodzaju referendum na temat zasadniczych zagadnieritń polityki zagranicznej. Partie rządzące oraz skrajna prawica podkreślały zagrożenie dla węgierskiej suwerenności płynące z Brukseli i Kijowa, jednocześnie bagatelizując zagrożenie ze strony Moskwy. Tisza oraz postkomuniści zajmowali stanowisko przeciwne. Partia Psa o Podwójnym Ogonie nie dużo uwagi poświęcała polityce zagranicznej. Biorąc to wszystko pod uwagę, można powiedzieć, że na podstawie wyników wyborów w tym „quasi-referendum” odrzucenie rosyjskich wpływów i straszenia Ukrainą wygrało z koncepcją polityki zagranicznej Fideszu stosunkiem 53% do 45%.

Zanim tematy polityki zagranicznej wysunęły się na pierwszy plan, a kampanią wyborczą w dużej mierze jeszcze rządziły kwestie korupcji, problematycznych inwestycji, złego stanu infrastruktury, stylu życia polityków czy ochrony dzieci – układ sił między Viktorem Orbánem a Péterem Magyarem wyglądał mniej więcej w sposób wyrównany. Co prawda, większość ośrodków badania opinii publicznej od końca zeszłego roku notowała lekką, ale powoli rosnącą przewagę Tiszy. Natomiast przed samymi wyborami, wraz z tym, jak straszenie „zagrożeniem ukraińskim” dla wielu stało się coraz bardziej śmieszne, a jednocześnie w centrum uwagi znalazły się kwestie rosyjskich wpływów – przewaga Tiszy zaczęła gwałtownie rosnąć.

Nie jest wykluczone, że Viktor Orbán w każdym przypadku przegrałby te wybory. W danej sytuacji gospodarczej nie miał zbyt dużej szansy na zwycięstwo. To jednak, że przegrał stosunkowo dużą różnicą, wydaje się być w wielkiej mierze skutkiem wizerunku jego uzależnienia od Rosji. Wydarzenia najbliższych lat pokażą, czy węgierska klasa polityczna wyciągnie jakąś lekcję z tych doświadczeń.

Fot. Zdjęcie z demonstracji Tiszy z transparentem udającym bilet lotniczy Fideszu do Moskwy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *