3 maja 2026 roku skończyłby 85 lat
Poznałem go osobiście za pośrednictwem Macieja Zięby – w tamtym czasie podziały polityczne wśród przeciwników komunizmu były jedynie powierzchowne.
Choć wychowałem się w domu, w którym patriotyzm był codziennością, miał on specyficzny odcień. Mój ojciec, podoficer KOP, został ranny w walce z Sowietami w 1939 roku. Uniknął rozstrzelania, uciekając z niewoli, a później dowodził kompanią AK „Wiklina” na Zamojszczyźnie. Po wojnie koledzy z partyzantki często nas odwiedzali, ale ich działalność kombatancka i polityczna była przesycona poczuciem klęski. To, o co walczyli i za co ginęli ich towarzysze, legło w gruzach. Na naszych oczach rozkwitał, a potem gnił realny socjalizm.

W 1980 roku miałem 25 lat. Już wcześniej, od końca 1979, kolportowałem „Biuletyn Dolnośląski”, a wtedy, dzięki przyszłemu prowincjałowi dominikanów, trafiłem bezpośrednio do ekipy Kornela. Do czasu mojego aresztowania w marcu 1982 roku niemal każdy wieczór – a często i noc – spędzałem z Nim. Wspólnie z Romkiem, Heleną, Jarkiem, Krysią i innymi, redagowaliśmy „BiuDola”. Po powstaniu Solidarności, również w legendarnej piwnicy przy Mazowieckiej, tworzyliśmy odezwy, ulotki i gazetę plakatową „Nasze Słowo”. 13 grudnia 1981 roku przyszedł czas na podziemne „Z dnia na dzień”. Pierwszy numer gazety ukazał się już nocą z niedzieli na poniedziałek 13/14 grudnia.

Od początku, gdy poznałem Kornela, uderzała mnie w Nim jedna ważna cecha: zachęcanie nas do twórczego wkładu w redagowanie tekstów. Za każdym razem, gdy coś napisał, pytał: „Co o tym myślisz? Jak to oceniasz? Co byś zmienił?”. Choć ostatecznie i tak decydował sam, dawał nam szansę wypowiedzi. Czuliśmy, że nas – młodszych o kilkanaście lat – szczerze szanuje. To budowało. Przy nim uczyliśmy się nowoczesnego patriotyzmu – nie tego kombatanckiego, podszytego goryczą porażki, lecz dynamicznego, dopasowanego do współczesności.
Zawsze towarzyszył temu szacunek do człowieka, choćby był wrogiem. Prawda miała pokonać zbrodnicze idee i system, a nie ludzi, którzy za nim stali. Z tego ducha w czerwcu 1982 roku wyrosła Solidarność Walcząca. Choć z nazwy wojownicza, o odwecie myślała wyłącznie jako o ostateczności, na wypadek krwawej rozprawy WRON-y z narodem.

Charyzma Kornela – wówczas ukrywającego się – sprawiała, że ludzie aktywni garnęli się do Solidarności Walczącej licznie. Wróciłem do podziemnej działalności w 1984 roku i bez wahania zasiliłem struktury SW. Kornel – zarówno w konspiracji, jak i w późniejszym życiu, a nawet po śmierci – posiadał niezwykły dar przyciągania ludzi. Działał jak magnes. To, że uwielbiały Go kobiety, jest zrozumiałe – miał w sobie ogromny urok. Ale i mężczyźni podążali za Nim jak za naturalnym liderem.
Gdy został Marszałkiem Seniorem, „dawny” Kornel powrócił w pełnym blasku. Stał się dobrem ogólnonarodowym i ważnym punktem odniesienia w debacie publicznej. Przygotował grunt dla swojego syna, Mateusza. Nawet teraz magia Jego grobu na Powązkach potrafi sprawiać rzeczy zadziwiające; wydarzyło się tam wiele istotnych spraw.
W moim życiu Kornel jest obecny nieprzerwanie od blisko pół wieku. Bóg zapłać za to.