Każdy współczesny ekonomista wie, że istnieje takie pojęcie jak „kapitał społeczny”. Wiemy też, że według zgodnych ocen poważnych środowisk badawczych, kapitał społeczny staje się warunkiem utrzymania konkurencyjności i rozwoju gospodarki, kiedy kapitalizm przechodzi w fazę, którą nazywamy gospodarką rozwiniętą.
W gospodarkach startujących dopiero do wyścigu rozwojowego, indywidualna zaradność przedsiębiorców ma znaczenie decydujące. Starsi Polacy pamiętają, jak wchodząc w wolny rynek po 1989 roku podziwialiśmy zaradnych obywateli, którzy wystawiali na Placu Defilad pod Pałacem Kultury składane łóżka prezentując na nich przywiezione z Turcji towary, które chętnie kupowali zjeżdżający się tam Warszawiacy. Zaczynał się kapitalizm. Przez te ponad trzy dekady jesteśmy w czołówce krajów podnoszących wartość swojego produktu krajowego brutto na mieszkańca, czyli podstawowego kryterium rozwoju gospodarczego. Pewnie więc powinniśmy być zadowoleni.
Trzeba jednak postawić zasadnicze pytanie:
CZY NIE WYCZERPUJĄ SIĘ NASZE CZYNNIKI WZROSTU?
Otóż mam wrażenie, że nie wszyscy dostrzegają kilka ważnych problemów, których źródła przekraczają pole zainteresowań i kompetencje tradycyjnie pojmowanej ekonomii. Tej mianowicie, która wypracowana i nauczana przez poprzednie dwa stulecia, koncentruje się na dylemacie – czy więcej wolnego rynku, czy też interwencji państwa. Nawet koncept dominującej przez ostatnie pół wieku ekonomii neoklasycznej, że potrzebna jest silna interwencja państwa polegająca na… wycofaniu się jego wpływu na gospodarkę, też nie wystarcza.
Okazuje się bowiem, że w świecie coraz bardziej złożonym, gdzie relacje między różnego typu społecznościami stają się coraz bardziej złożone i warunki, nie tylko zresztą działalności gospodarczej, zmieniają się coraz szybciej, ta prosta linia państwo-rynek, stanowiąca oś sporu dawnych szkół ekonomicznych, po prostu nie wystarcza. Wpływ na wyścig gospodarczy zaczynają mieć coraz wyraźniej te aspekty życia społeczeństw, które opisują także inne dziedziny wiedzy. Nagrody Nobla z ekonomii dostają dziś uczeni zauważający społeczne i kulturowe warunki rozwoju gospodarki, choć już nie zawsze wiedzą, jak można na nie wpływać. Nawet w 2002 roku Nagrodę z ekonomii dostał psycholog społeczny – Daniel Kahneman, potrafiący wykazać i opisać błędy myślenia u ludzi zajmujących się zarządzaniem. Nawet najbardziej kompetentnych.
Najczęściej pojawiającym się pojęciem w tym kontekście jest wspomniany na początku kapitał społeczny, czyli oparta na zakorzenionych w kulturze społecznej postawach, relacjach i sposobach myślenia, możliwość i umiejętność współpracy na wyższym poziomie niż solidarność z tymi, którzy uczestniczą we wspólnym projekcie gospodarczym. Często musi to polegać na łączeniu współpracy z konkurencją, tak jak w filozofii klastrowej. Ale istnieje bardzo wiele nabytych przez stulecia nawyków kulturowych, które stanowią bardzo poważną barierę na drodze do zaistnienia podstawowego warunku kapitału społecznego, czyli zaufania.
Polska na przykład, według badań, ma jeden z najniższych poziomów zaufania do obcych spośród krajów europejskich. Tu właśnie przyczyna tkwi w doświadczeniach historycznych. Przez ostanie dwa wieki ciągle jakieś ludy sąsiednie próbowały zniszczyć społeczne nośniki naszej tożsamości, sprawnego i skutecznie działającego państwa i społeczeństwa, czyli podstawy naszej niepodległości, mordując, wywożąc na Sybir, bądź zmuszając do emigracji nasze szeroko pojęte elity przywódcze i niszcząc naturalną tkankę społeczną z jej instytucjami, organizacjami, ośrodkami opiniotwórczymi czy kanałami upowszechniania informacji i ocen. Państwo zaś przez większość tego okresu było zarządzane przez obcych (choć za pośrednictwem miejscowego aparatu), co więc oczywiste, jego celem nie było dobro i powodzenie naszego społeczeństwa. Dużo trudniej więc o wytworzenie tak potrzebnego współczesnej, rozwiniętej gospodarce, szerokiego zaufania do osób obcych (nie chodzi tu o cudzoziemców), stanowiącego główny (choć nie jedyny) składnik kapitału społecznego.
Innym, choć bardzo zbliżonym, warunkiem podnoszenia produktywności jest to za co przyznano Nobla w 2024 roku – tworzenie instytucji włączających (inkluzywnych), w których personel to nie są ludzie zatrudnieni i motywowani karami i nagrodami, po to by pracowali wydajnie. Acemoglu, Robinson i Johnson dowiedli, że nie proste, bezrefleksyjne zaangażowanie dla zysku, a tym bardziej ze strachu, przyczynia się do rozwoju produktywnej gospodarki. Potrzebne jest to, na co od początku kładła nacisk katolicka nauka społeczna, co też od kopernikańskiego przewrotu w teoriach zarządzania, dokonanego przez Eltona Mayo u progu drugiego ćwierćwiecza XX w. stanowi już bezdyskusyjny dogmat na terenie tych nauk (mino, że nie zawsze bywa przez ekonomistów zauważane).
Człowiek mianowicie – czego jednoznacznie dowodzi także współczesna neurologia – jest bardziej szczęśliwy, bardziej zaangażowany w pracę, lepiej rozwijają się w jego mózgu ośrodki odpowiedzialne za poznawanie, rozumienie, uczenie się, a przede wszystkim myślenie kreatywne, szukanie rozwiązań niekonwencjonalnych i ma odwagę podejmowania decyzji, wtedy kiedy pracuje we wspólnocie. Kiedy jest akceptowany przez współpracowników, a szczególnie przełożonych, kiedy docenia się go, słucha co ma do powiedzenia, przez co także uczestniczy w zarządzaniu, kiedy może liczyć na pełną informację, także w zakresie celów strategicznych i dalekosiężnych, kiedy może liczyć na współpracę i pomoc w różnych zadaniach od poszczególnych członków wspólnoty, kiedy tworzy mu się też warunki rozwoju zawodowego i pamięta o innych jego potrzebach, na przykład związanych z rodziną.
Uczeni paleontologowie postawili sobie pytanie, dlaczego homo sapiens zwyciężył wyścig ewolucyjny z neandertalczykami, którzy byli od nas silniejsi, szybsi i ogólnie sprawniejsi, dzielniejsi, lepiej przystosowani do chłodnego klimatu w Europie (my pochodzimy z Afryki) a do tego – wiele na to wskazuje – mogli być inteligentniejsi, mieli bowiem większe i nieco bardziej złożone mózgi. Otóż po przeanalizowaniu różnych hipotez padła najbardziej prawdopodobna odpowiedź – myśmy potrafili tworzyć sieci solidarności. Na różnych poziomach. To one ułatwiły nam zrozumienie i skuteczne przeciwstawienie się zagrożeniom przez wymianę informacji, kumulowanie doświadczeń, tworzenie złożonych struktur społecznych z uzupełniającymi się i wspierającymi funkcjami i zadaniami różnych osób i grup. Potrafiliśmy pomagać w razie potrzeby innym, łączyć siły, nie tylko fizyczne, ale także tworzyć sieci kreatywnego myślenia.
Człowiek staje się we wspólnocie, na bardzo różnych poziomach, dużo bardziej twórczy i skuteczny, niż nawet bardzo sprawny fizycznie geniusz umysłowy, działający samotnie, pozbawiony i nie dający innym zaufania. Jego sukcesy będą efektowne, ale krótkotrwałe, nie będzie mógł przechodzić trwale na wyższy poziom rozwoju.
Dlatego tworząc dziś różnorakie programy polityczne, których bardzo ważną częścią musi siłą rzeczy być tworzenie warunków do rozwoju gospodarczego, nie wystarczy zaproponować i opisać, jakie zadania należą do państwa, na ile może ono z powodu różnych, bardzo ważnych, a nie zawsze oczywistych potrzeb, wtrącać się i ograniczać lub przeciwnie – wzmacniać autonomię podmiotów działających na wolnym rynku.
Polska w najbliższych latach stanie przed bardzo poważnymi zagrożeniami. Narastające niemal wszędzie od pół wieku nierówności generują poczucie krzywdy, stan napięcia i niepokoje społeczne, nierzadko spiralę nienawiści, która na zasadzie sprzężenia zwrotnego narasta i – jak to nienawiść – staje się ślepa. Stąd coraz więcej buntów społecznych kierowanych przez władców ku wrogom zewnętrznym, co najczęściej jest przyczyną wojen. A my nie przestaliśmy leżeć między Rosją a Niemcami. Trwałe zaś, do niedawna, więzi, zapewniające nam bezpieczeństwo, jak NATO i wspólny rynek integrującej się Europy, zdają się w związku z tym przyrostem napięć i egoizmów grupowych, tracić na pewności i sile. Być może zbliżając się do statusu dawanych nam przez naszych sojuszników gwarancji przed II wojną światową.
Kolejne zagrożenie to, wynikające z końcowej fazy cyklów cywilizacyjnych, przemiany aksjologiczne, które prowadzą do załamania demografii w społecznościach, w których narasta poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Jak u myszy w eksperymencie Calhouna. Przez większość okresu III RP dysponowaliśmy w pokoleniach pracujących dwoma wyżami demograficznymi, podczas kiedy w krajach zachodnich, na czele z Niemcami, był to na ogół jeden wyż. To jedna z przyczyn dynamiki naszego wzrostu gospodarczego. Teraz ich gonimy. Załamanie demograficzne w Polsce zaczęło się później, ale ma niestety głębszy charakter. Rodzi się nas coraz mniej, a w połowie lat czterdziestych średnia wieku w Polsce wyprzedzi średnią wieku krajów unijnych. To na pewno nie sprzyja dynamizacji rozwoju gospodarczego, szczególnie innowacyjności i adaptacyjności – koniecznych przy narastaniu globalnej konkurencji oraz coraz szybszych przemianach i złożoności tego świata.
Niezbędna przeto jest bardzo poważna dyskusja, co i w jaki sposób można i trzeba zrobić, dla odbudowywania kapitału społecznego, zaufania nawzajem do siebie różnych grup i podmiotów, tworzenia sieci solidarności i współpracy, budowania instytucji inkluzywnych, pełnej partycypacji w zarządzaniu opartej na podmiotowości każdego pracownika, czyli budowaniu coraz bardziej prawdziwej, partnerskiej współpracy. Na różnych poziomach.
Jest wiele dróg, którym szły narody, którym się udało. Najpierw będzie to budowanie instytucji państwa i gospodarki przez naród dla własnych potrzeb, a nie odziedziczanie ich od jakiegoś systemu zniewolenia. Potem różne formy dialogu społecznego – zarówno wewnątrz instytucji, jak i w szerszych, państwowych i międzynarodowych planach. Bardzo ważną rolę odgrywa edukacja, systemy regularnego kształcenia i okazjonalnych szkoleń.
Bardzo trudnym, ale niezbędnym zadaniem jest budowanie oddolnych, niezależnych struktur i organizacji społecznych. To nie uda się, jeżeli nie będą one zgodnie z zasadą pomocniczości, otrzymywać prawa wpływu na różne wspólne, także państwowe, decyzje. Funkcją wszelkich władz zwierzchnich – według tej zasady – jest pomoc osobom i organizmom niższym w rozwoju i realizacji zadań. Także przez dopuszczanie do ważnych zadań wspólnych, a nie tylko przez biurokratyczne finansowanie.
Wymieniać można bardzo długo. Jednak bez wysiłku zebrania i przeanalizowania tych wszystkich problemów, znalezienia skutecznych dróg wzmacniania kapitału społecznego i dobrych relacji pracowniczych, już niedługo zaczniemy przegrywać z narodami, które podobnie jak my zagrożone są załamaniem demografii, ale mają już nagromadzone bogactwo narodowe – zarówno materialne, jak i to może ważniejsze – wyrażające się wspólnotową i kreatywną kulturą organizacyjną. Nie zaś tylko umiejętnością gniewu i dzielnością walki, co jak wiemy nie pomogło neandertalczykom.
Warto więc dołączyć do tego ciekawego programu „Powered by Poland” także siódmy filar. Bez powrotu do struktur wolnego i potrafiącego współpracować społeczeństwa, sama indywidualna zaradność na tym etapie rozwoju gospodarczego na pewno nie wystarczy. Nie wystarczą też bardzo ciekawe i trafne – prawne i finansowe warunki prowadzenia działalności gospodarczej.