Demokracja referendalna

Samorząd terytorialny miał uformować społeczeństwo obywatelskie małych ojczyzn, a stał się zabetonowaną kolesiowską kliką transformacyjnych dorobkiewiczów.

Na stołecznych chodnikach ślizgawica. W konsekwencji rosną kolejki na i tak obleganych SOR-ach. Przyczyna oczywista – zabrakło piasku. Stołeczny magistrat bezradny, bo przecież prezydent Rafał Trzaskowski przekonywał, że planeta płonie. Tymczasem trzeba instalować koksowniki i zachwalać namioty ogrzewalne. Tak jakby stolicy nie stać było na zagospodarowanie choćby części licznych przecież pustostanów na noclegownie dla – jak się teraz mówi – osób będących w kryzysie bezdomności. Co tam jednak bezdomni, gdy trzeba realizować wizję miasta 15-minutowego i zadłużać stołeczny budżet, planując kolejne linie metra, gdy druga wciąż niezrealizowana. A teraz zalewana wodami gruntowymi. Na peronach wiadra na kapiącą wodę, w ścianach pordzewiałe pręty zbrojeniowe. Niezależnie od tego nadal dyskryminuje się kierowców, zwężając ulice. Sytuacja dojrzała do referendum.

Kraków. System kamer identyfikujących Strefy Czystego Transportu. Screen zarządzenia Prezydenta Krakowa.

Krakowski magistrat nie gorszy. Już ustanowił rozległą Strefę Czystego Transportu. Kontrolę wjazdu do strefy zapewnia rozległa sieć kamer odczytująca numery rejestracyjne pojazdów zintegrowana z systemem informatycznym SCT. Mieszkańcy protestują – także okoliczni rolnicy i samorządy małopolskie. Apelują do władz o poluzowanie represji wynikających z tej strefy – ograniczenie jej do ścisłego centrum, wprowadzenie wyjątków dla mieszkańców powiatu krakowskiego. Mieszkańcy Niepołomic proponują preferencyjne warunki dla krakowiaków, w zamian za takowe dla niepołomian. Niemniej magistrat pozostaje nieprzejednany.

W końcu mieszkańcy postanowili wybić się na referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego (PO). Odbierają go jako człowieka niepoważnego, który zadłuża miasto i jeszcze obiecuje budowę metra. Wprowadził zasadę kolesiowatości w spółkach miejskich oraz zasadę niezwykłej przychylności dla deweloperów. Już po paru dniach inicjatorzy referendum (z różnych ugrupowań) zebrali 50 tys. podpisów (chcą dojść do 100 tys.). Niestety nie brakuje chuligańskich incydentów, chociaż zwolennicy status quo dużo mówią o demokracji i tolerancji.

Michał Drewnicki, wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa, został zaatakowany za zbieranie podpisów w sprawie referendum. Jak widać, nie będzie łatwo zlikwidować PO-monopol na zarządzanie wielkimi miastami. Ubiegłoroczny przykład Zabrza pokazał, że można – wybrano nowego prezydenta.

Radomska potańcówka w klimacie PRL na 50-lecie radomskich „ścieżek zdrowia” pokazała zasiedziałą zażywność grubokreskowych postkomuchów, pozujących do zdjęć z ZOMO-wcami-przebierańcami. Tym bardziej szkodliwą, że nie realizującą interesów wszystkich mieszkańców. Dlatego domagają się odwołania prezydenta i rozpisania nowych wyborów. W Płońsku doszło już do tego, że radni proponują podwyżkę dla burmistrza, by nie brał łapówek. Argumentów za referendum nie brakuje też w innych miastach.

W Gdańsku „sprywatyzowano” ciepłownictwo (GPEC), wyprzedając je za bezcen niemieckiej spółce miejskiej Leipziger Stadtwerke. Teraz ona zgarnia większość dywidendy z zysku, skoro dysponuje 83% udziałów. Za to awaria goni awarię. Dlaczego mieszkańcy nie „referendują” – oto jest pytanie.

Przepisy przewidują, że do ważności referendum potrzeba 30% udziału mieszkańców, do odwołania prezydenta czy wójta – 60% uprawnionych. W praktyce trudno osiągnąć takie wyniki. Stąd prezydencki projekt obniżenia progów ważności referendów lokalnych. W razie blokady przez administrację 13 grudnia, prezydent może zwrócić się do społeczeństwa o rozpisanie referendum – byłoby to referendum obywatelskie. Jak na razie można było mówić o demokracji, o społeczeństwie obywatelskim – ale bez konkretnych rezultatów.

Demografia na SOR-ze

Administracja 13 grudnia nie radzi sobie ze służbą zdrowia. To już tradycja. Wystarczy przypomnieć rządy tzw. pierwszego Tuska. Brakowało dofinansowania placówek, nie urealniano wycen świadczeń zdrowotnych. Teraz też mieszkańcy muszą bronić likwidowanych oddziałów szpitalnych. W Wadowicach obronili porodówkę. Tylko w styczniu tego roku zamknięto 18 oddziałów porodowych. Szpitale powiatowe borykają się z rosnącymi kosztami działalności, ceną energii i podwyżkami wynagrodzeń. W tej sytuacji szpitale powiatowe i samorządy zapowiadają protest 3 marca. I nie może być innej reakcji, bo to władze lokalne odpowiadają za służbę zdrowia i to je rozliczą mieszkańcy w najbliższych wyborach samorządowych. Władze centralne daleko, a pomysły prywatyzacji służby zdrowia coraz bliżej. Zresztą funkcjonariusze PO z Podkarpacia już sygnalizują rządowy trend – są pieniądze na lodowisko (2,5 mln zł), a nie ma na porodówkę.

Związek Powiatów Polskich apeluje do administracji 13 grudnia o jasną deklarację co do likwidacji szpitali powiatowych, protestuje przeciwko proponowanym rozliczeniom finansowym, ustaleniom najniższego wynagrodzenia. Resort zdrowia pozostaje nieprzejednany. Po półgodzinnym spotkaniu niczego nie ustalono. Bo przecież sanacją systemu zdrowia nie może być obniżka wynagrodzeń ani tym bardziej przerzucenie odpowiedzialności za zdrowie obywateli na samorządy i dyrektorów szpitali. Tymczasem szpitale wstrzymują planowane przyjęcia z powodu lawiny pacjentów ze złamaniami. Oblodzone chodniki to efekt zaskoczenia służb miejskich przez zimę. W tej sytuacji nie pomoże nawet obniżenie stawek żywnościowych, na którym resort chce zaoszczędzić 900 mln zł. Zarządzający szpitalami powiatowymi nie kryją gorzkiej prawdy – ograniczone środki dla szpitali nie będą przeznaczone na leczenie pacjentów, ale na podwyżki wynagrodzeń pracowników.

Jakby tego nie dość, na samorządy terytorialne zawisło orzeczenie TSUE o transkrypcji tzw. homo-związków – frontalny atak na tradycyjną rodzinę jako podstawę zdrowego społeczeństwa. Jak na razie tylko nieliczne samorządy zadeklarowały zastosowanie orzeczenia TSUE. Odmowa powinna być powszechna, bo przepisy o transkrypcji są niezgodne z zasadami konstytucyjnymi, z prawami europejskimi. Pozostaje kwestia obywateli, czy administracja 13 grudnia będzie egzekwować nieprawne luksemburskie orzeczenia.

Gospodarka kolesi

Narzekania na brak mieszkań nie ustają, ale administracja 13 grudnia – zajęta dziurawieniem budżetu – nie podejmuje się rozwiązania tego problemu. Nie robi też nic z coraz rozleglejszym zjawiskiem tzw. pustostanów. W wielu miastach o zmroku można zauważyć nieoświetlone domy czy mieszkania. Wykupione przez deweloperów czy fundusze inwestycyjne (także zagraniczne) „dojrzewają” do spekulacyjnych cen. W miastach zachodnioeuropejskich mieszkańcy protestują przeciwko takiej „gospodarce lokalowej”, atakują lokalne władze. W naszym kraju poprzestają na narzekaniu. A trzeba protestować, bo stołeczny prezydent nie dość, że nie buduje mieszkań komunalnych, to jeszcze nie rewitalizuje starej zabudowy i toleruje pustostany.

Forsowana przez PSL zmiana ustawy o władzach samorządowych, znosząca dwukadencyjność włodarzy lokalnych, to z daleka widoczna pazerność działaczy tej partii, pod pozorem rozwoju demokracji terytorialnej. Ich „zaradność” stała się już przysłowiowa. Krewni i znajomi w różnego rodzaju radach, spółkach komunalnych, placówkach oświatowych czy służby zdrowia. W miastach rządzonych przez zwolenników PO podobnie.

Wrocławscy urzędnicy miejscy wymieniali się synekurami w radach nadzorczych spółek komunalnych w sąsiednich miastach. Niemniej prezydentowi udało się ujść przed referendum. Właśnie takie czeka Aleksandra Miszalskiego, który zadłużył już krakowską kasę o 2 mld zł (jest już 8 mld zł). Fotografia z nim gwarantuje intratne zatrudnienie w spółkach miejskich. Nieważny wiek (19-letnia asystentka prezydenta stała się rzecznikiem praw dziecka), czy brak wykształcenia (szef krakowskiej KO został doradcą prezesa firmy komunalnej). Te kariery to argumenty w rozpisanym referendum o odwołanie krakowskiego prezydenta. Zresztą nie brakuje dalszych, gdy miasto zostało oddane na pastwę deweloperów, ekologistów czy rozpijaczonych turystów.

Skamielina PO-stkomuny

Można do woli dywagować o demokracji lokalnej, o podmiotowości obywatelskiej, ale gdy w łódzkich kamienicach zamarzają ludzie, trzeba przejść do rzeczywistości. A tę często trudno zracjonalizować, jak ludzkie wybory. Swego czasu PO-słowie ziemi kłodzkiej przekonywali mieszkańców, że zbiorniki retencyjne są niepotrzebne. Jednak przyszła powódź. Strat do dziś nie usunięto. Mimo to poszkodowani mieszkańcy głosowali na PO. Trudno rozeznać się w takich preferencjach, trudno to zrozumieć. Długoletnia tresura PO-stkomunistyczna robi swoje.

Tymczasem rozwinęły się różne formy realizacji demokracji lokalnej – z woli lokalnych samorządów. Konsultacje społeczne mają uzasadnić poczynania władzy, a nie wolę lokalnej społeczności. Bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie postulowałby zwężania ulic, likwidacji przejść podziemnych czy nachalnego zazieleniania miasta. Niemniej magistrat argumentuje, że działa zgodnie z konsultacjami społecznymi. Zresztą iluzorycznymi, gdy kilkaset osób decyduje o funkcjonowaniu kilkusettysięcznego miasta.

Inna atrapa aktywności społecznej to tzw. budżety obywatelskie. Mieszkańcy aprobują propozycje władz miejskich, które forsują swoje rozwiązania. Nie mogą jednak wysuwać swoich pomysłów. Postulat poszerzenia ulic, rewitalizacji śródmieścia, zaprzestania dyskryminacji kierowców nie zyskałby aprobaty magistratu, nie mówiąc o tym, czy w ogóle znalazłby się w wyobraźni obywateli.

Towarzysz marszałek rotacyjny uważa, że to Armia Czerwona wyzwoliła nasz kraj, i podobnego zdania są władze wielu miast, pielęgnując pomniki wdzięczności, wbrew obowiązującej ustawie dekomunizacyjnej. Mieszkańcy Rzeszowa nie mogą doczekać się usunięcia pomnika wdzięczności czerwonoarmiejcom. Podobnie w innych miastach, gdzie pamięć o nich jest równie żywotna jak PRL-owskie pomniki. Tymczasem stolica opracowuje strategię „Warszawa 2040+”, kreśląc wizję miasta multi-kulti, przyjmującego migrantów, otwartego na „różnorodność”, na zmiany cywilizacyjne. Ma być jak w miastach zachodnioeuropejskich. Stołeczni obywatele będą edukowani – „jak nie być rasistami”. To kolejny argument za referendum w stolicy. Zamiast demokracji walczącej – niech króluje demokracja referendalna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *