Waldemar Łysiak – bez kompromisów

O Łysiaku nie znajdziemy w Internecie zbyt wielu informacji. Pisarz, którego książki są rozchwytywane, nie jest ulubieńcem mediów, nie bryluje w studiach telewizyjnych, nie jest bohaterem telewizyjnych debat ani wywiadów. Niedawno dowiedzieliśmy się, że z okazji Święta Niepodległości prezydent Karol Nawrocki odznaczył Waldemara Łysiaka Orderem Orła Białego. Kancelaria Prezydenta przekazała w laudacji, że najwyższe odznaczenie państwowe pisarzotrzymał „w uznaniu znamienitych zasług dla kultury polskiej, za wybitne dokonania w działalności literackiej i publicystycznej”.

Kto, choć pobieżnie zapoznał się z twórczością Łysiaka, nie może zaprzeczyć, że to pisarz wybitny, znawca sztuki i architektury, historyk, człowiek o wszechstronnej wiedzy, obdarzony wyczuciem smaku i przebogatą wyobraźnią. Ma w swym dorobku ponad sześćdziesiąt książek, wiele esejów, felietonów, scenariuszy radiowych i nowel.

Jego ulubioną postacią historyczną jest Napoleon. Już w pierwszej powieści „Kolebka” wydanej w 1974 roku autor opisuje epokę wojen napoleońskich. Pojawia się w niej wątek sensacyjny – spisek na życie Napoleona, a także losy dwóch braci i wielka miłość w tle. Czytelnik może się również przyjrzeć wybitnym postaciom historycznym – generałowi Dąbrowskiemu, księciu Poniatowskiemu i Józefowi Wybickiemu.

W szkicach zawartych w książce „Napoleoniada” pisarz przekonuje, że w czasach zaborów nikt nie zrobił dla Polski więcej niż cesarz. Sami byliśmy zbyt słabi, by wygrać powstania, a Napoleon pokonał zaborców i utworzył suwerenne Księstwo Warszawskie. Książka nie jest jedynie zbiorem faktów i dat, ale lekturą o nietuzinkowym bohaterze z krwi i kości. Dowiadujemy się, że Napoleon był wybitnym strategiem i fortyfikatorem, ale także znawcą literatury, teatru, nauk ścisłych, a nawet medycyny. Również dzięki niemu Polacy „odzyskali” Mikołaja Kopernika, któremu zaborcy usiłowali przypisać niemieckie korzenie. Cesarz podobno był oburzony, że wielki astronom nie miał w Polsce pomnika.

Inne powieści „Szachista”, „Empirowy pasjans”, „Cesarski poker” także nawiązują do epoki napoleońskiej. Tu ciekawostka: książka „Cesarski poker” (1978), choć wydana w PRL legalnie, spotkała się z oficjalnym protestem Kremla złożonym w MSZ. Rosjanie zarzucili książce antyrosyjskość i antyradzieckość przemycane w licznych aluzjach do przeszłości i współczesności. Książka opisuje pojedynek Napoleona i cara Aleksandra I jako swoistą grę w pokera. Czytelnik poznaje niezwykle ciekawe sylwetki psychologiczne obu graczy, ich upodobania, poglądy, a nawet opinie o kobietach. Nietrudno się domyślić, po czyjej stronie opowiada się narrator i dlaczego jego sugestie dotyczące cara, armii carskiej i Suworowa rozzłościły naszych ówczesnych „przyjaciół”.

Waldemar Łysiak jest autorem wielu książek o sztuce. Najwybitniejsze dzieło to „Malarstwo białego człowieka” (1997-2011). Autor przedstawia w ośmiu tomach historię malarstwa od czasów Giotta di Bondone do Gustave’a Courbeta. W każdym tomie autor prezentuje obrazy wielkich mistrzów i wyjaśnia okoliczności, w których tworzyli. Tłumaczy nie dla wszystkich czytelne symbole ukryte w dziele. Artyści posługiwali się nimi, aby wyrazić uczucia, poglądy lub potrzeby (na przykład czaszka jako nietrwałość życia człowieka).

Czytelnik uczy się dostrzegać zależności między sztuką a społeczeństwem, dowiaduje się o zapisanych w obrazach zmianach kulturowych. Łysiak zauważa, że różnice rasowe i kulturowe mają niebagatelny wpływ na sztukę.

„Malarstwo białego człowieka” to pozycja bogato ilustrowana. W każdym tomie są reprodukcje o doskonałej jakości. Czytanie i oglądanie pięknych obrazów to prawdziwa uczta nie tylko dla koneserów sztuki. Łysiak przekazuje bowiem swoją wiedzę w sposób przystępny, przyciągający uwagę odbiorcy prostotą języka, logiką wywodu i bogactwem fascynujących szczegółów.

Pierwszy tom tego dzieła został przyjęty przez krytykę wymownym milczeniem, choć książka była przez kilka tygodni na pierwszym miejscu listy bestselerów. Krytyków szczególnie raził tytuł, rzekomo rasistowski.

W wywiadzie dla gazety „Najwyższy czas” (1997) Waldemar Łysiak odpowiada na pytanie Jacka Skoczowskiego:

Definiuje Pan malarstwo białego człowieka, czyli dawne, przedimpresjonistyczne malarstwo europejskie jako sztukę ilustracyjno-iluzyjną, starającą się stworzyć, przy użyciu różnego rodzaju perspektyw i światłocienia, optymalne złudzenie trójwymiarowej, dotykalnej rzeczywistości. Tego rodzaju malarstwo wytworzyła tylko kultura europejska. Dlaczego tylko ona? Czy inne cywilizacje nie chciały, czy nie mogły?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Raz, że nie sposób definitywnie stwierdzić, czy np. Chińczycy i Japończycy zrezygnowali z malarstwa iluzyjnego, vel iluzjonistycznego, bardziej wskutek nieumiejętności wypracowania właściwych mu środków czy raczej wskutek programowej niechęci do złudzeniowego kopiowania natury. Dwa, że pewne fragmenty szczegółowej odpowiedzi musiałyby brzmieć arcyrasistowsko z punktu widzenia kryteriów politycznej poprawności. Już sam tytuł mojej pracy budzi wściekłość „europejczyków”, wojujących tolerancjonistów itp. – pewien niemiecki edytor stwierdził, że może wydać „MBC” w Niemczech jedynie po zmianie tytułu.

Ale Łysiak nie chciał zmienić tytułu. Jego dzieło nie ma żadnej ukrytej tezy. Jest głosem sprzeciwu wobec szerzącej się obecnie tandety, podnoszonej do rangi arcydzieł. W innym wywiadzie wyjaśnia: zamierzyłem wykład, który pozwoliłby rodakom dobrze zrozumieć sekrety malarstwa ich dawnych mistrzów. A szerzej – dobrze zrozumieć, dlaczego winni być dumni z obszaru kulturowego do którego należą, z dziedzictwa cywilizacji europejskiej stymulowanej przez Hellenizm, Judaizm i Chrześcijaństwo.

O sztuce współczesnej pisze w książce „Dół” (2021), że jej upadek ma związek z odejściem od religii Chrystusowej. Katolicki Sobór Trydencki (1545-1563) wyznaczył sztuce trzy zadania: poruszać, przekonywać i nauczać. Im bardziej dziś człowiek odsuwa się od Boga, im częściej odrzuca klasyczne kanony estetyki, tym więcej pustki w jego wytworach, czyli zwykłego oszustwa. Owszem współcześni artyści chcą poruszać i przekonywać, ale robią to przez prowokację i bluźnierstwo. Deprecjonowanie chrześcijaństwa ma licznych wyznawców, którzy poczynają sobie coraz śmielej.

Ogólne oburzenie wywołała instalacja Doroty Nieznalskiej przedstawiająca genitalia przybite do krzyża. Z kolei w śląskiej Galerii Sztuki Współczesnej wystawiono antyMaryjny obiekt w kształcie waginy podpisany „Clitoris Wielkiej Bogini” i wykorzystywany do „Procesji Wilgotnej Pani”. Waldemar Łysiak ostro sprzeciwia się modzie na profanowanie symboli religijnych, nie znajduje też żadnego usprawiedliwienia dla szerzącej się w sztuce miernoty i nijakości. Żałosne bohomazy wywieszone w galeriach zieją pustką, ale są uznawane za arcydzieła. Na zakończenie rozdziału o upadku sztuki Łysiak wyjaśnia, powołując się na Bena Lewisa w „The Prospekt”, dlaczego pseudoartystyczny „badziew” sprzedaje się za grube miliony: Ceny współczesnych dzieł sztuki zyskują niebotyczny, wręcz maniakalny poziom, gdyż zjawiła się ogólnoświatowa klasa nuworyszy pragnących kolekcjonować tę sztukę. Do boomu przyczyniła się nie tylko sięgająca już pułapu absurdu propaganda ze strony szczwanych marszandów, lecz i narcystyczna wiara bogaczy, że uszlachetniają się, kupując arcydzieła. Ta obsesja nuworyszy na punkcie sztuki współczesnej zostanie zapamiętana jako wyraz głupoty naszej epoki.

Sporo miejsca w swoich książkach Łysiak poświęca Salonowi, czyli grupie ludzi mającej wpływ na opinię publiczną i kształtującej zbiorowy gust. Autor pisze, że początków należy szukać już w renesansie, ale jego pełny rozkwit obserwujemy w XVIII wieku, szczególnie we Francji i Włoszech. W XIX wieku Salony pojawiły się także w Warszawie. W Salonach spotykali się masoni, libertyni, wolnomyśliciele, adwokaci, literaci, biurokraci – zgodnie nienawidzący Kościoła i gardzący narodem. W XX wieku to oni stali się dobroczyńcami rodzaju ludzkiego i budowniczymi raju na ziemi. Nową religią stał się marksizm, a lista jego wyznawców jest bardzo długa.

Salon w PRL, czyli, pisarze, poeci, aktorzy, dziennikarze, trwał wiernie przy komunistycznej władzy i gloryfikował jej najohydniejsze zbrodnie. Władza nie żałowała niczego swoim poplecznikom – pieniędzy, zaszczytów, wysokich nakładów książek, wyjazdów zagranicznych. Warto wczytać się w ten rozdział, żeby zrozumieć, dlaczego ludzie uważający się za elitę intelektualną tak chętnie chłonęli ogłupiającą ideologię.

W roku 1980 niedawni wyznawcy komunizmu przeszli do opozycji i „zbudowali” „Solidarność”. Po dziewięciu latach przy okrągłym stole „pokonali” komunizm i podzielili się władzą z niedawnymi oprawcami. Łysiak przypomina te lata, opisuje wszystkie podłości twórców transformacji, obarczając największą winą różowy Salon na czele z Michnikiem, Geremkiem i Kuroniem. Wylicza grzechy główne Salonu, takie jak: deprawacja i ogłupianie, terror politycznej poprawności, szerzenie kłamstw, zbiorowe wybaczanie zbrodni esbekom i kapusiom, uniemożliwienie dekomunizacji, nazywanie sprawiedliwości „polowaniem na czarownice”, gloryfikowanie każdej erotycznej perwersji, a nawet epatowanie nią dzieci.

Łysiak nie pozostawia na Salonie suchej nitki, co oczywiście nie przysparza mu zwolenników. Na szczęście nie mogą mu niczego zabrać, bo sam już dawno temu zrezygnował z pokusy przywilejów, odmawiając współpracy z tymi, którzy „coś mogą”. Nigdy nie należał do żadnej organizacji, nawet do Związku Literatów Polskich, więc jako człowiek wolny głosi prawdę wszem i wobec.

W „Tygodniku Solidarność” (artykuł przedrukowany w książce „Łysiak na łamach 6” 2001) opublikował kilka tekstów poświęconych Zbigniewowi Herbertowi. Odniósł się między innymi do wywiadu Jacka Żakowskiego z żoną wielkiego poety w „Gazecie Wyborczej”. Wdowa, umiejętnie naprowadzana przez dziennikarza, oznajmiła, że Herbert był niepoczytalny, miał rozdwojenie jaźni, mówił coś innego, niż myślał, bo był chory. Nieraz zachowywał się zupełnie inaczej niż sam by sobie życzył. To go rujnowało. Decyzję Herberta o nawiązaniu współpracy z „Tygodnikiem Solidarność” skomentowała: Zbyszek powiedział: „Nie mam gdzie drukować, to tu będę drukował” (…). I wtedy nagle znalazł się w środowisku, z którym nic go nie łączyło (…). Znalazł się w świecie, do którego przecież nigdy nie należał. Już nad tym nie panował (…) stał się bezbronny jak dziecko. I różni cwaniacy za nos go wodzili (…). Oni po prostu próbują sobie Herberta przywłaszczyć.

Łysiak pisze, że ten wywiad ma wręcz upiorny charakter, przeczy bowiem logice, rzeczywistości i faktom, i głęboko obraża Herberta (antykomunistę ze stażem kilkudziesięcioletnim, i antymichnikowca ze stażem ponad dziesięcioletnim!).

W innym miejscu przypomina: U zarania III Rzeczypospolitej tym „warszawkowo-krakówkowym”, „tolerancyjno-europejskim” liskom wydawało się, że oswoją Herberta i zapędzą do swej psiarni, pełnej wszelkich laurów (nagród, orderów, tytułów, peanów itp.) dla posłusznych, ale sztuczka się nie udała. Herbert pozostał wierny sumieniu, czyli zwykłej przyzwoitości, czyli temu imperatorowi, który Napoleon werbalizował frazą uporczywie cytowaną przeze mnie: „Honor wyklucza zawieranie z nim kompromisów”.

Ta fraza to też dewiza pisarza, który również nie godził się na żadne kompromisy ani dla doraźnych korzyści, ani dla świętego spokoju. Bez miłosierdzia obnażał kłamstwo, głupotę, lizusostwo. Wypominał akolitom Salonu – kreującym się na bohaterów narodowych – ich zaprzaństwo, zdradę i liczne podłości. Próbowali go dopaść, znaleźć jakiś ślad „umoczenia” – bezskutecznie. Niszczyli go więc przez zamilczanie, pozbawianie pracy, usuwanie jego książek z pierwszych miejsc na listach bestselerów – przetrwał i to. Jego książki znikają z księgarń w mgnieniu oka, ma liczne grono czytelników i wielbicieli.

Dziś, sędziwy już pisarz, został uhonorowany tak, jak na to zasłużył – przez samego prezydenta i w dniu Święta Niepodległości. To wielki zaszczyt, ale też radość i satysfakcja dla wszystkich fanów.

Prezydent w czasie uroczystości powiedział, że przez kolejne dekady stał się wzorem intelektualnej suwerenności, intelektualnego zmysłu. I dodał:

– To, co dał mojemu pokoleniu pan Waldemar Łysiak, to też wielka miłość do historii. Polska dziękuje za sprawą Orderu Orła Białego za wszystko, co jako publicysta, autor książek, wielki erudyta, znawca sztuki i kultury zrobił pan, panie Waldemarze, dla Rzeczpospolitej Polskiej.

A oto słowa pisarza wygłoszone w tej ważnej chwili:

Szanowny Panie Prezydencie! Szanowni Państwo!

To niezwykły zaszczyt otrzymać z rąk Pana Prezydenta najwyższe, najpiękniejsze odznaczenie, jakie ma dla swoich synów Najjaśniejsza, umiłowana przez nas Rzeczpospolita. Tym większy honor na mnie spływa, iż pośród tak wspaniałych Polek i Polaków, mogę tych kilka słów podziękowań skierować do Pana Prezydenta nie tylko w imieniu własnym, ale również w imieniu odznaczonych dzisiaj osób.

Znak Orła Białego budzi w nas wszystkich najgłębsze, najszczersze wzruszenia – przypomina o tysiącletnich dziejach, w których pod tym właśnie znakiem jednoczyliśmy się w boju o wielkość, trwałość i niepodległość Ojczyzny. Dzisiaj także – ten najczulej przez nas widziany i rozumiany znak, symbol tego, co w historii ważne na tyle, by poświęcać mu całe swoje życie, mamy przed oczami i spoglądamy na niego z Miłością. Miłość bowiem jest tym, co spaja wspólnotę polską: miłość do naszej ziemi, miłość do ojców i matek, miłość do tych, co byli przed nami i oddali wszystko, by Rzeczpospolita trwała, i miłość do tych, co przyjdą po nas. Obyśmy im dali wystarczająco dużo, aby czuli się dumni będąc Polakami i aby Polskę kochali ponad siebie samych. Tego nas nauczyły pokolenia przeszłe – z czasów Chrobrego, Batorego, Sobieskiego, z czasów księcia Józefa Poniatowskiego, powstańców listopadowych i styczniowych, z czasów Marszałka Józefa Piłsudskiego… I tę naukę traktowaliśmy i traktujemy, jako zobowiązanie, by w naszym dziele życia przekazać tym, którzy przyjdą po nas owo przykazanie – Przykazanie Miłości Ojczyzny. Tak nam dopomóż, Bóg!

Mam wrażenie, że stojąc teraz razem wpatrzeni w Orła Białego, dotykamy tego, co najważniejsze i najpiękniejsze w życiu Polaków – poczucia bycia częścią Wielkiego Narodu.

Za tę niezwykłą możliwość, za ten honor, jaki dzisiaj nas spotyka, ze strony Rzeczypospolitej, za sprawą Pana Prezydenta – najpokorniej i najgłębiej dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *